Dorota G: Wszystko, nawet zegarek, mam bardzo ładne, ale rzadko damskie.
Beata W: Jak się pracuje z samymi facetami i jest się pirotechnikiem, to rzadko kiedy bywa się kobietą.

Wybuchowe dziewczyny

Lotnisko Warszawa Okęcie. Godzina 14.00. Hala przylotów. Czekam na Dorotę G. z grupy Zespołu Interwencji Specjalnych Nadwiślańskiego Oddziału Straży Granicznej. 172 cm wzrostu, krótko ostrzyżone włosy, czarny mundur, przy pasku kominiarka i broń. - Prawdziwy? - Tak, ale pasażerom mówię, że na wodę.
Dorota jest stremowana. Przez radio przywołuje koleżankę i prosi o wsparcie. - Praca w naszej grupie jest zespołowa i polega na zaufaniu. Na interwencje zawsze idą dwie osoby. Nie ma czegoś takiego, że koleżanka szybciej ucieknie, bo ma dłuższe nogi - tłumaczy.
Rozumiem, co chce mi powiedzieć. Od tej chwili będziemy rozmawiać we trzy. Przecież spotkanie z dziennikarzem to prawie jak interwencja.



Z odsieczą nadciąga pirotechniczka Beata W., małego wzrostu, ale z groźną miną. Ma na sobie kamizelkę z bardzo ważnym i ciężkim (7 kg) sprzętem:
- Walter P 99 - broń
- kajdanki - plastikowe i metalowe,
- nóż pirotechniczny ze śrubokrętami i piłkami,
- paralizator.

Rozmawiamy, ale widzę, że kątem oka bacznie obserwują, co dzieje się na lotnisku.
Ląduje samolot z Egiptu. Pasażerowie odbierają bagaże. Walizka na wózku zostaje bez opieki. Pani Beata przerywa wywiad.
Beata W.: Nie wolno ruszać walizki. To może być bomba, która działa na dotyk lub ruch.
Ostrożnie sprawdza, czy nie ma nalepki z nazwiskiem właściciela. Jest. Minutę później zapominalski wzywany jest przez megafon.
Jeśli się zgłosi, za pozostawienie bagażu grozi mu mandat w wysokości 100 zł. Pani pirotechnik ma bloczek mandatowy w pogotowiu, za paskiem.
Co będzie jak właściciel się nie ujawni?
Będzie trzeba zrobić rozpoznanie pirotechniczne, zapytać pasażerów, czy czegoś nie widzieli, ewakuować z lotniska ludzi, zaznaczyć strefę zagrożenia, zawiadomić przełożonych.

Takie sytuacje na Okęciu się zdarzają. A bomba to nie zegarek i dwie laski dynamitu. I nie jest tak, jak na amerykańskich filmach, że w ostatniej sekundzie przed detonacją przecina się zielony lub czerwony kabelek.
Pirotechnicy bomby neutralizują, a nie rozbrajają. Do ładunku wybuchowego strzela się z armatki. Do akcji przygotowuje się cały zespół interwencyjny, ale w finale akcji pirotechnik zostaje sam na sam z bombą.
Pirotechniczki starają się nie myśleć o zagrożeniach. - Żeby robić, to, co my, trzeba być trochę "popaprańcem" - mówi Dorota.
Z drugiej strony kontroler lotów, widząc na radarze kropeczki, nie myśli o tym, że jest to samolot z setką ludzi na pokładzie. Inaczej mógłby oszaleć.
Beata W.: Czasami czuję wewnętrzny niepokój. Ten, kto się nie boi, jest głupi. Gdyby jednak łapał mnie paraliżujący strach, musiałabym odejść na emeryturę.

Zamiast do salonu SPA jeżdżą na tygodniowe obozy kondycyjne.
- Mamy szkolenia pirotechniczne, wysokościowe i poligonowe - ćwiczymy ostrą amunicją i bojowymi materiałami wybuchowymi. Jak koledzy trenują walkę wręcz, to my też. Koledzy nie traktują nas jak kobiety, tylko jak fachowców.
- Wczoraj musiałam rozdzielać dwóch pasażerów, którzy pobili się w samolocie. O kobietę. Ostrzegłam ich, że jeśli nie wykonają mojego polecenia, użyję środków przymusu. Uspokoili się - opowiada Beata W.
Umiecie powalić jednym ruchem na ziemię faceta?
Dorota G.: Im "zawodnik" większy, tym ma większą masę mięśniową i szybciej mogę go obezwładnić paralizatorem. Nigdy jednak nie należy lekceważyć przeciwnika, bo cherlawy, niski facet może się okazać mistrzem karate.
- Malują się panie do pracy?
- Nie!!!
- Dlaczego?
- Jakby to wyglądało? Oko "zrobione", trwała i mundur!? - dziwi się Dorota.
- Ja się przyznaję. Raz przyszłam umalowana do pracy. Chciałam sobie "napędzić" urody. Kolegów zatkało. Po godzinie powiedzieli: "Idź mała, umyj się".
A jak szłam na wesele, to założyłam sobie tipsy. Dzień później był wyjazd na obóz kondycyjny. Nie zdążyłam ich zdjąć i efekt była taki, że zjeżdżałam z 30 metrów na linie z długimi, pomalowanymi paznokciami. I wie pani co, żaden mi się nie złamał - zwierza się Beata.
- A mąż nie wolałby, żeby była pani bardziej kobieca? - pytam.
Beata W.: On też jest w służbach mundurowych i rozumie specyfikę mojego zawodu. Zresztą ja nie mogłabym żyć z facetem, który jest cywilem, np. księgowym. Pewnie wciąż wypytywałby mnie, gdzie idę i co będę robić. A mój mąż rozumie, że mi wszystkiego nie wolno mówić. Rozkaz to rozkaz. Tajemnica to tajemnica.
Dorota G.: Ja mojemu siedemnastoletniemu synowi też nie mówię, że idę na służbę, tylko że idę do pracy. Nie wtajemniczam go w szczegóły. Po co ma się denerwować? Syn nie widzi mnie w mundurze, bo przebieram się na lotnisku, a do domu wracam w cywilnym ubraniu. Zwyczajnie robię zakupy, sprzątam, gotuję...
Pirotechniczki mają też wystrzałowe hobby. Jedna wędkuje, druga nurkuje i odnawia stare motorówki.
Dorota G.: Łowię metodą spławikową. Mój największy okaz to półmetrowy karpik.
Beata W.: W Polsce nurek ma ciemno, zimno, do domu daleko... ale ja to lubię.
I jeszcze pływanie po jeziorze motorówką i jazdę terenówkami.
- Kiedy ostatni raz panie płakały?
Dorota G.: Nie pamiętam. Bardzo dawno temu.
Beata W.: Jak mój syn był mały.
Z bezsilności, bo mnie złościł. Teraz jest policjantem. Nigdy nie płakałam z powodów zawodowych.

Czy leci z nami pilotka?
Joanna Biedermann: Nie jestem babą z wąsami. Jestem normalną kobietą.

"Kapitan Joanna Biedermann wita Państwa na pokładzie samolotu ATR 72 linii lotniczych Eurolot. Nasz lot do Budapesztu potrwa półtorej godziny". Tak jeszcze niedawno Joanna witała pasażerów. Teraz lata jako II pilot jednego z najnowocześniejszych samolotów pasażerskich świata Embraer 170 w Polskich Liniach Lotniczych LOT.

Siedzimy w warszawskiej restauracji. Joanna przyleciała właśnie z Paryża. Sala dla niepalących. Pilot przecież nie pali. Pani oficer zamawia miętową herbatę i tłumaczy swój wybór. - Lubię miętową herbatę, a dodatkowo jest zdrowa. Pilot musi dbać o swoją kondycję.
- Podobno pilot nie może mieć ani jednej plomby w zębach? - To nieprawda. Superzdrowym to trzeba być, jak chce się lecieć w kosmos, a jak pilotuje się rejsowy samolot, to wystarczy być sprawnym fizycznie i psychicznie. Na świecie latają nawet piloci z jednym okiem.

W kokpicie samolotu są dwa miejsca. Jedno dla kapitana, drugie dla oficera. Jeden członek załogi steruje samolotem, drugi odpowiada za łączność radiową i kontroluje pilota, który prowadzi samolot. Joanna Biedermann pełniła już obie funkcje. Najpierw w Eurolocie. Teraz w Locie.
- Zdarza się, że cała załoga - piloci i personel pokładowy to kobiety, ale nikt nigdy nie powiedział mi, że jak są dwie baby za sterami, to on nie poleci. Choć faktycznie pasażerowie czasami są zaskoczeni. Raz starszy pan czekał na mnie na lotnisku, bo koniecznie chciał zobaczyć, że to nie był żart i samolot pilotowała kobieta.
Ani wśród ekipy naziemnej, ani wśród pilotów, kobieta za sterami samolotu pasażerskiego nie robi większego wrażenia. Po prostu pilot!
- Zaprogramowaliśmy się, że lotnictwo to zawód męski, a to wcale nieprawda - mówi Joanna.

Pani pilot lata jednak w spodniach. Podczas lotu musi trzymać wolant - drążek między kolanami i gdyby założyła spódnicę, mogłoby to przywoływać głupie skojarzenia. - Byłyby niezłe widoki dla kolegów, a pilot musi skupić się na locie - mówi Joanna.

Pierwszy raz pojechała na lotnisko w Grudziądzu, kiedy miała 16 lat. Namówiła ją koleżanka z klasy. Zapisała się na kurs szybownictwa.I tak się zaczęło. Później były nagrody, m.in. IV miejsce na Szybowcowych Mistrzostwach Świata Kobiet w klasie standard, i kolejne szkolenia - najpierw na małych samolotach szkoleniowych, później na pasażerskich.
- Nie ma różnicy między szybowcem, samolotem turystycznym i pasażerskim. No, może szybowiec służy do zabawy - jak narty czy żaglówka.
- Wolisz start czy lądowanie?
- Jedno i drugie jest fajne. Pilot nie czuje mdłości, żołądek nie podchodzi mu do gardła, żadnego szumu w uszach. Po prostu muszę być skupiona. Czuję odpowiedzialność za pasażerów.
Szybko jednak dodaje, że odpowiedzialność to nie to samo co strach. A bardziej od pilotażu stresował ją moment, kiedy w ogóle nie miała pracy.

Kobiety często nie wiedzą, czego chcą. Ale nie Joanna. Ona marzy o własnym szybowcu, aby startować w zawodach. Każdą wolną chwilę razem ze swoim partnerem, również pilotem, spędza na lotnisku.
- Jak lotnik widzi błękitne niebo i cumulusy, to nic innego się dla niego nie liczy. Przy takiej pogodzie latam też balonami, ale rekreacyjnie, tak o... zwyczajnie, jak się jeździ na nartach.

Prowadzenie domu odkłada na zimę, kiedy nie ma sezonu szybowcowego. Aby zyskać więcej czasu na hobby, nawet zakupy robi przez internet. Klika na bułki, proszek do prania, marchewkę, i podaje, o której będzie w domu, by odebrać towar. Tak jest szybciej i wygodniej. A tak lubi latać nad Barceloną, Lazurowym Wybrzeżem, Alpami...

Pani pilot przyznaje, że na niczym nie zna się tak dobrze, jak na lataniu. Inne zajęcie, inny zawód nie dawałyby jej tyle satysfakcji.
Kiedy ostatnio płakałam? Nie pamiętam! Ale wzruszyłam się, jak Adaś Małysz zdobył czwartą Kryształową Kulę.

Jak Magda została strażakiem...

Magda Tomala: Nigdy nie myślałam, że to koniec... Na szczęście, jak dotąd nicpoważnego mi nie groziło.

24 czerwca 2006 roku podchorąży, 24-letnia Magdalena Tomala, pojechała do ślubu wozem strażackim, a przed kościołem koledzy zrobili dla niej szpaler z toporków. Męża poznała na I roku studiów w Szkole Głównej Służby Pożarniczej w Warszawie. Długo musiał zabiegać o jej względy. Na pierwszą randkę dała się zaprosić dopiero po pół roku.

Odkąd pamięta, marzyła o męskim zawodzie. Wahała się tylko, czy nosić mundur żołnierza, policjanta czy strażaka. W pierwszej klasie liceum zapisała się do kółka strzeleckiego. Nauczyciel pochwalił ją po pierwszym treningu. Kule z wiatrówki trafiły w jeden punkt na tarczy. Czyli: ma dobrą rękę i jest opanowana.
Mama nawet nie próbowała jej powstrzymać przed wyjazdem do Warszawy. Na pocieszenie w domu zostały jej jeszcze 3 córki.
Od początku wiedziała, na co się decyduje. Najpierw czteroletnie studia w trybie skoszarowanym, w ciągłej gotowości do akcji. W szkole się mieszka i uczy. Na jej roku było 51 facetów i 5 dziewczyn. Magda szybko nauczyła się strażackiej nomenklatury: roczniki na studiach to kompanie, grupy to plutony, "lodziarka" to mniejszy samochód strażacki. O 6 rano pobudka i szlifowanie kondycji. Na zaliczenie Wf-u - bieg na 600 m. i wyciskanie sztangi - trzeba podnieść 50-proc. swojej wagi. Czyli 31 kilogramów. Po śniadaniu - apel i zajęcia.

W szkole obowiązuje droga służbowa. Do komendanta (zresztą też kobiety) trzeba złożyć oficjalną notatkę o ślubie, a do dowódcy kompanii zwrócić się z prośbą o przepustkę, kiedy chce się pojechać do domu.
Najtrudniej ją dostać na pierwszym i drugim roku studiów. Zdarza się, że trzeba zostać w szkole nawet na święta. Musi być przecież ekipa do obsadzenia wozów strażackich. No i te ćwiczenia...
Magda: Najtrudniejszy był dla mnie bieg po schodach, w pełnym umundurowaniu ważącym ok. 20 kilogramów. Musiałam doprowadzić z kolegami wodę na 10. piętro.

Po czwartym roku studiów ci, którzy mają wysoką średnią, mogą złożyć podanie o dodatkowy rok nauki - czyli pójść na magisterkę. Dostaje się co najwyżej 15 osób. Magdzie i jej koleżankom udało się. W maju będą magistrami inżynierami młodszymi kapitanami Państwowej Straży Pożarnej. Faceci mogą im tylko zazdrościć.

Kiedy pierwszy raz wyjeżdżała na akcję, serce biło jej jak oszalałe. Wypadek na Wisłostradzie. Pamięta, że wyjechali "giebelsonem na gwizdkach", czyli samochodem strażackim na sygnale. Zanim na miejscu wypadku pojawili się lekarze, opatrzyła poszkodowanego. Miał złamaną nogę i rozciętą głowę.
Pani podchorąży nie brzydzi się widoku krwi. No może trochę, kiedy sama skaleczy się przy robieniu kanapek dla męża.
Ostatnio kupili sobie samochód. I to jaki! Starego dużego fiata. Mają też oryginalnego trabanta. Ciągle w nich dłubią.
To nie koniec zakupowych szaleństw. Wreszcie, po pięciu latach, kupiła sobie sukienkę. Wcześniej i tak nie miałaby kiedy jej nosić. Od rana do wieczora mundur, mundur, mundur.

W sferze zawodowej jest zupełnie opanowana i na chłodno analizuje sytuację. Tak jak wtedy, kiedy gasiła pierwszy pożar. Palił się magazyn przy sklepie spożywczym. Kiedy sytuacja została opanowana, koledzy oblali ją wodą z węża.
- W straży jest taka tradycja, że jak ktoś ugasi swój pierwszy pożar, to musi przejść chrzest.
Kiedy się studiuje i pracuje z samymi facetami, trzeba być kimś pomiędzy kobietą a kumplem. Na początku musisz pokazać, ile jesteś warta, na co cię stać.
Trzeba też przygotować się na uszczypliwe uwagi, że "baba, a pcha się do gaszenia pożarów".
Ale to zdarza się bardzo rzadko, bo koledzy są pomocni i wyrozumiali. Dowódca też jest tolerancyjny dla swoich studentek. Raz tylko się zezłościł, kiedy dziewczyny z różnych kompanii umówiły się, że pójdą razem na służbę. 7 bab na 17 facetów to było za dużo nawet dla wyrozumiałego dowódcy.
Na razie Magda nie ma dzieci. Po skończeniu studiów strażackich trzeba 5 lat czynnie pracować w zawodzie. A poza tym, jak pogodzić dziecko ze specyfiką 24-godzinnej służby?
- Kiedy ostatni raz płakałaś?
- Nie pamiętam. Ale nigdy przez pracę.