Do remontu przygotowuję się starannie. Kupuję specjalistyczne czasopisma, przyglądam się mieszkaniom znajomych, weekendy spędzam w sklepach z wyposażeniem wnętrz. Muszę siły mierzyć na zamiary, a konkretnie mówiąc, przeliczyć pomysły na twardą gotówkę. Nie zamierzam jednak rezygnować z jakości. W końcu nie remontuje się mieszkania co rok.

Niestety wszyscy wokół też remontują na potęgę. Zlecenia zapełniają kalendarze polecanych fachowców aż do nowego roku. W desperacji sięgam po gazetę. Kiedy szef kolejnej wydzwonionej przeze mnie ekipy godzi się omówić zakres prac, mam wrażenie, że już spotkało mnie nadzwyczajne szczęście. Nie przychodzi mi nawet do głowy pytać go o referencje.

Szefowo, damy radę
Przy pierwszym spotkaniu robi na mnie dobre wrażenie. Starannie ogląda mieszkanie, dociekliwie wypytuje o oczekiwania, podpowiada praktyczne rozwiązania. Ustalamy stawkę za robociznę i termin realizacji zlecenia. Chętnie przystaję na propozycję dostarczenia kleju, gipsu, fugi. W ten sposób mam zaoszczędzić czas i pieniądze, bo firmy podobno negocjują u dostawców korzystniejsze ceny materiałów. Decydujemy, że moja ekipa równocześnie odnawiać będzie kuchnię i łazienkę oraz pomaluje ściany. - Po co przeciągać to w nieskończoność? - pyta retorycznie fachowiec. Kiedy wychodzi, dopytuję się tylko, czy na pewno ze wszystkim sobie poradzi, bo ja cały dzień siedzę w pracy. - Szefowo, damy radę - uspokaja mnie, uśmiechając się ciepło. - Wszystko będzie na cacy.

Szefowo, na początek zaliczka
Od rana na próżno czekam na pojawienie się mojej ekipy remontowej. Z dwugodzinnym spóźnieniem przyjeżdża tylko szef. Przeprasza, ale z powodu "obsuwy" u innego klienta prace rozpoczną się jutro. - Mógł pan wcześniej zadzwonić i oszczędzić sobie drogi. A ja nie spóźniłabym się do pracy - nie ukrywam lekkiej irytacji. - Szefowo, a zaliczka na materiały? - fachowiec patrzy na mnie jak na kosmitkę. - Ile? - pytam w pośpiechu, bo myślami jestem już w biurze. 1500 zł. Kwota wydaje mi się zaskakująco wysoka! Ale spec spokojnie stwierdza: - Na początek wystarczy. Hm, ja przecież nie mam bladego pojęcia, ile może kosztować worek gipsu i te inne mazidła. Wyjmuję więc z kredensu żądaną sumę. Żegnamy się słowami "do jutra" i pędzę do pracy. Coś mi świta w głowie, e najpierw praca, potem płaca i właśnie wręczyłam obcemu mężczyźnie równowartość niemal moich miesięcznych zarobków, ale wizja eleganckiego mieszkania przesłania ewentualne wątpliwości.

Szefowo, co się odwlecze...
Następnego dnia do drzwi puka spóźniona tylko godzinę (jest postęp!) jedna trzecia mojej ekipy. A gdzie reszta? - pytam zdziwiona. - Jaka reszta? - też dziwi się pan, który sprawia wrażenie raczej delikatnego i chorowitego.
- Przydzielono tylko mnie. Pozostali są na innych obiektach - słyszę. Sięgam po telefon, próbuję złapać szefa. Bezskutecznie. Chyba rzeczywiście jest bardzo zajęty. Nawet nie ma czasu odebrać telefonu. Trudno, jestem w sytuacji bez wyjścia. Nie zaryzykuję większego spóźnienia do pracy. Przecież szef ekipy chyba wiedział, co robi, jak go do mnie przysyłał. Może jest wybitnym specjalistą od układania glazury? W ciągu dnia udaje mi się wreszcie skontaktować z jego przełożonym. - Szefowo, co się odwlecze, to nie uciecze. Wszystko zrobi się na czas.

Szefowa się nie denerwuje
Następnego dnia wpuszczam do domu standardowo spóźnionych fachowców. Dobra wiadomość: jest ich trzech. Tylko mam wrażenie, że w ekipie brakuje tego z wczoraj. Szkoda, wolałabym, żeby skończył ten, kto zaczął. - Co pani chce, chłopak musiał nagle wyjechać do domu - tłumaczą panowie. Trudno. Swoją drogą, ma oddanych kolegów, natychmiast zastąpili go w pracy... Ale nie cenią go chyba zbyt wysoko, skoro za chwilę z łazienki dobiega okrzyk: - Czy on oszalał? Kto zaczyna od układania kafelków na podłodze? Wychodzę ufna, że ta kolejność nie jest jednak święta. Ale z pracy wracam z lekkim niepokojem, że coś z tym moim remontem idzie chyba nie tak. Plącząc się w zwojach folii i klucząc między brudnymi kubełkami, docieram do łazienki. I zamieram na progu. Ściany mają zupełnie inny kolor niż kupiona przeze mnie glazura.
- Co wy tu zrobiliście? - pytam zdezorientowana. - A o co chodzi? Bo położone jest na tip-top. - Skąd te płytki?! - teraz już krzyczę. Rzucam się w kierunku pudełka, z trudem wyszarpuję kafelek i tajemnica się wyjaśnia: moi specjaliści ułożyli glazurę odwrotnie! Łzy napływają mi do oczu. Dlaczego mnie to spotyka? Śmiałam się z remontowych anegdot, ale skąd mogłam podejrzewać, że nie były wcale podkoloryzowane? - I co ja teraz zrobię? - wolam przez łzy do moich fachowcw. - Szefowa się nie denerwuje! Taka młoda, a taka nerwowa - martwi się glazurnik, który być może powinien był zostać terapeutą. W pracy z zestresowanymi klientkami mógłby mieć sukcesy. Na pewno natomiast nie umie kłaść płytek.

Szefowo, wyschnie, będzie okej
Nazajutrz zjawia się tylko malarz i już nawet nie próbuje tłumaczyć nieobecności kolegów. Chyba nie całkiem świeżym wakiem rozprowadza farbę na ścianie. Przyglądam się chwilę jego pracy. - Co tak ciemno? I jaskrawo?- wyrażam swoją obawę. - Niech się szefowa nie martwi! Jak wyschnie, będzie okej - odpowiada malarz. Ale na kolorach to ja akurat się znam i odróżniam wściekły róż od pastelowego!
- Niech mi pani wierzy, efekt po wyschnięciu farby będzie zupełnie inny. Zresztą sama pani wybrała ten kolor... - uspokaja mnie cały czas kolejny specjalista. - Ja? Pan żartuje? - zdziwienie moje nie ma granic. - To szefowa nie wie, że wybierając kolory z palety, trzeba uważać, bo zazwyczaj po pomalowaniu są one ciemniejsze?
Szefowa nie wiedziała. Szefowa wychodzi. Szefowa ma dość! Wracam do domu, w którym kolory ścian gryzą się jak wściekłe. Jestem kompletnie załamana. Moje mieszkanie to brudna ruina pełna wnętrzarskich nieporozumień. To się nie dzieje naprawdę. Pójdę spać, a kiedy się obudzę, znowu będę w moim przytulnym, miłym i czystym mieszkanku!

Szefowo, to musi kosztować
Jak łatwo zgadnąć, obudziłam się w kompletnym chaosie, pomiędzy śladami działalności kolejnych fachowców i z bolącą świadomością, że będę musiała coś z tym zrobić. I jak na zamówienie wraz z trzema całkiem nowymi członkami ekipy zjawia się szef. Kolor ścian bardzo mu się podoba. Wyraźnie sugeruje, że się złośliwie czepiam. Mocne nasycenie barw jest teraz modne, a nawet zalecane. Szkoda, że nie bierze pod uwagę moich preferencji. W końcu ja za to płacę! Prawdziwy problem jednak mam w łazience. - No, my skuć możemy, ale to musi kosztować! - Jak to?! Mam płacić za spartaczoną pracę i nowe płytki? Jestem z natury ugodowa, ale na taką bzdurę to nawet ja się nie zgodzę. - Ale to pani wina! Kogo chłopaki mieli pytać? Pani nie pokazała, to oni nie wiedzieli! Jak się pani nie podoba, to my tu pracować nie musimy. Na brak zleceń nie narzekamy - zaczyna mi grozić menedżer moich fachowców. Zaczynam mięknąć. A jeżeli naprawdę sobie pójdzie? Kto to doprowadzi do porządku? Chcę znowu mieszkać w domu, nie na placu budowy! - Kupię nowe płytki - mówię zrezygnowana. - Ale panowie ułożycie je za darmo. Atmosfera się oczyszcza. Szef zaciera ręce i wyraźnie już pogodniejszy, zagaduje: - To może szefowa wyasygnuje na kolejne fakturki? - Wydał pan już wszystko? Czy to jest ze złota? - moje zdumienie nie ma granic.
- Szefowo, dziś wszystko kosztuje. W sklepie zapłaciłaby szefowa jeszcze drożej. Płacę. Mam inne wyjście?

Szefowo, wypadki się zdarzają
Sytuacja jest poważna. Wydałam dwa razy więcej, niż zakładałam. Kończą mi się oszczędności. Tymczasem to remont powinien się kończyć. A prace rozkręcają się z impetem. To jakiś obłęd. W ostatnich dniach przez moje mieszkanie przewinęło się z dwunastu fachowców. I to chyba nie dlatego, że firma rzuciła tutaj najlepsze siły, ale raczej kierowano do mnie tych, którzy akurat nie mieli nic lepszego do roboty. Żaden nie skończył tego, co zaczął. Nie liczę ewidentnych wpadek: w łazience wciąż straszy zła strona kafelków. Zrezygnowana przysiadam na rogu wanny. I razem z nią ląduję na podłodze! Wybucham nerwowym śmiechem. Okazuje się, że fachowiec obciął kawałek wanny, bo wyraźnie mu się nie mieściła. Uszczelnił to silikonem. A miał wkuć wannę w ścianę. Trzęsącymi (ze złości? z nerwów? z bezsilności?) palcami wystukuję numer szefa. Wykrzykuję mu swoje żale.
- Każdy może popełnić błąd - dowiaduję się od mojego fachowca. To akurat racja. A największy popełniłam ja, decydując się na współpracę z tą ekipą.
Ale dość tego. Przyszła pora, by poprosić kogoś o pomoc.

Szefowa wzywa tatę
Odwiedzam rodziców. Zdaję relację z przeżyć na budowie. Odpowiadam na pytania taty. Skąd wzięłaś tę ekipę? Dlaczego dałaś tak dużą zaliczkę? Ile zapłaciłaś za gips? Nie sprawdziłaś cen w sklepie? - Ja nic nie wiem - bronię się rozpaczliwie.
Następnego dnia tata zjawia się u mnie wczesnym rankiem, jeszcze przed ekipą. Z przyrządami do mierzenia sprawdza blaty w kuchni. W kilku miejscach poziomnica kołysze się jak huśtawka. - Co to za rupieć? - wskazuje archaiczną obcinarkę do glazury. - Oddać do muzeum, a nie przycinać kafelki za tyle pieniędzy! Spoglądam na stertę zniszczonych płytek. A na co przyklejona jest ta glazura? Ten klej nie cieszy się dobrą opinią - wskazuje na opakowanie.
- Dziewczyno, jak mogłaś pozwolić na zrujnowanie ci mieszkania?! - denerwuje się ojciec. - Stać cię na wyrzucanie pieniędzy w błoto? Spisujemy straty. Nowe płytki do łazienki. Wśród gruzu tata dostrzega połamane kosztowne dekory. Ściany do przemalowania. W dodatku fachowcy nie zabezpieczyli pralki i jest cała poobijana. To chyba są mocne podstawy, żeby podziękować ekipie za ich usługi. Tego dnia, jak weszli, tak szybko wyszli z mojego mieszkania. Tata nie zostawił na nich suchej nitki. W pośpiechu zapomnieli zabrać antyczną obcinarkę. Żaden problem, drodzy fachowcy, oddam do muzeum.

Prawie szczęśliwe zakończenie
Fachowców już nie mam na głowie, ale nie mam też gdzie się myć. Na szczęście tata przypomina sobie Marka, kolegę, który ma firmę budowlaną. Dzwonimy. Właściwie ma mnóstwo zleceń, ale zwyczajnie jest mu mnie żal. Dlatego pomoże, choć nie od razu. Czekając na ratunek, postanawiam przemalować ściany. Potraktuję to jako sposób na odstresowanie. Pod czujnym okiem ojca udaje mi się ujarzmić kolory. Tatę mianowałam kierownikiem budowy. Ja się już naszefowałam. Straciłam czas, nerwy i pieniądze. Ale zyskałam rzecz niemal bezcenną: życiowe doświadczenie.


Nim rozpoczniesz remont
Najskuteczniej, choć boleśnie, uczysz się na własnych błędach. Wy nie musicie ich już popełniać. Skorzystajcie z moich doświadczeń.

- Jeśli ekipa remontowa, to tylko z polecenia. Wybierz dwie czy trzy. Obejrzyj efekty ich pracy. Zażądaj kosztorysów. Bądź czujna. Zdarza się, że stawki się zaniża, by zdobyć klienta. Dlatego z wybranym fachowcem spisz dokładną umowę. Ustal sprawy finansowe oraz termin realizacji zlecenia. W razie problemów możesz zrezygnować z niesłownej ekipy lub obciążyć ją finansowo.
- Staraj się nie wypłacać zaliczek na materiały budowlane i pensje dla pracowników przed wykonaniem prac. Jeśli już, to przekazuj szefowi niewielkie kwoty po wykonaniu kolejnych etapów remontu.
Dobrym rozwiązaniem jest także "fundusz gwarancyjny", czyli odłożenie około dziesięciu procent przeznaczonej na honorarium dla fachowców kwoty i wypłacenie jej w miesiąc po wykonaniu prac (wiele błędów wychodzi dopiero po pewnym czasie).
- Do propozycji zakupu artykułów budowlanych przez firmę remontową podejdź ostrożnie: to jedna z metod wyciągania pieniędzy od klienta, który nie orientuje się w cenach. Kilogram gipsu może cię słono kosztować.
- Zwróć uwagę na narzędzia, jakimi posługuje się ekipa: nie powinny być zbyt zużyte.
- Jeśli pracujesz i nie masz czasu na nadzorowanie robót, poszukaj kogoś, kto zrobi to w zastępstwie. Nie musi być specjalistą w zakresie budownictwa. Niech będzie to osoba, która ma pojęcie o pracach remontowych, potrafi ocenić sytuację i w razie potrzeby umie bronić swojego zdania. Mimo to, nim wpuścisz fachowców do domu, wynieś cenne rzeczy, zabezpiecz meble i sprzęt gospodarstwa domowego.
- Uprzedź pracowników, że zależy ci na uniknięciu szkód w mieszkaniu. Cierpliwie powtarzaj to przy każdej okazji!
- Wreszcie walcz o swoje. Dyskutuj, szukaj rozwiązań, nie gódź się na rozwiązania, które ci się nie podobają. Na stwierdzenia "szefowo, ale tak się nie da" odpowiadaj: "nie ma rzeczy niemożliwych".