Wystarczyło powiedzieć "tak" i jestem oficjalną narzeczoną z wielkim brylantem na palcu.
Termin ślubu: 13 października 2007.
I co dalej? Układam w głowie scenariusz ślubu. Jest jednak problem. Mój temperament i pomysły nijak się mają do oczekiwań mojego narzeczonego. Ja: romantyczka, zakochana w luksusie. On: szalony, zafascynowany lotnictwem i jazdą konną. Ja: chciałabym wesele w stylowym dworku i kościół z czerwonym dywanem obsypanym płatkami róż. On: wesele pod gołym niebem i tradycyjne polskie oczepiny.
Nie zgadzamy się też w kwestiach:
- listy gości,
- weselnego menu,
- orkiestry,
- dekoracji,
- fotografa.
Wiemy jedno - chcemy się pobrać.

Jennifer Lopez w romantycznej komedii "Powiedz tak" (Wedding Planner) gra konsultantkę ślubną, która spełnia najbardziej szalone wymagania narzeczonych. Wybiera odpowiednie miejsce na wesele, bukiet, garnitur, suknię, kamerzystę, tort i zaproszenia. I jeszcze potrafi zażegnać konflikt między zakochanymi.

Potrzebowaliśmy polskiej Jenifer.
Znaleźliśmy. I to nie jedną.

Z jak Zorro

Ślub za 40 tys. zł.
Młoda para wystylizowana na Zorro i jego ukochaną Elenę. W ogrodzie przy ścianie z czerwonych cegieł ustawiony biały namiot. Ślub w hacjendzie zbudowanej specjalnie na tą okazję. Goście tańczący ze szpadami i w charakterystycznych maskach.

Taki ślub organizowała Inga Mućko, z firmy a'lapre. Umawiamy się w jej biurze. Stara kamienica w centrum Warszawy. Na parterze kwiaciarnia, galeria i sklep z antykami. Drzwi otwiera uśmiechnięta konsultantka i od razu proponuje kawę. Eleganckie meble, drewniana podłoga. Na stole albumy ze zdjęciami bukietów, domów weselnych, dworków, pałacyków i wzorów zaproszeń. Do wyboru do koloru. Pani Inga zapewnia, że wyczaruje nam niezapomniany ślub i wynegocjuje u podwykonawców niższe ceny.

Pani Inga pyta, czy mamy wspólną pasję. - Podróże – zgodnie odpowiadamy. Świetnie! Proponuje, aby nasz tort był w kształcie dwóch walizek, na jednej będzie siedzieć cukrowa figurka w welonie - moja podobizna, na drugiej - lukrowany pan młody. Stoliki okrągłe. Każdy nazwany tak jak kraj, który zwiedziliśmy. Ciocia Krysia z wujkiem Jurkiem usiądą przy stoliku „Włochy”, a nasi przyjaciele przy „Litwie”.
Nie jestem przekonana do tego pomysłu, a mój narzeczony nie chce siedzieć na torcie.

Tłumaczymy, że mamy różną wizję przyjęcia. Nie możemy się zgodzić co do tego, gdzie powinno być zorganizowane.
Inga Mućko: Wszystkie elementy ślubu powinny do siebie pasować. Wesela w pałacu wymaga eleganckich zaproszeń, lincolna, harfy i wykwintnych dań. Do karczmy pasują zaproszenie z zabawnym wierszykiem, kapela góralska, bryczka zaprzężona w konie i pieczenie barana.

Marcin, mój narzeczony, upiera się przy ślubie w plenerze. Nie ma problemu. Trzeba tylko uzyskać zgodę z urzędu stanu cywilnego lub od biskupa. Z tym drugim może być problem, bo prawo kanoniczne zabrania udzielania ślubów poza kościołem. Biskup w drodze wyjątku może wydać pozwolenie, jeśli w sąsiedztwie miejsca, które wybraliśmy na ślub jest poświęcona kapliczka. Ale tym będzie się martwić wedding planner.
Konsultantka proponuje, abyśmy rozstawili biały namiot przy dworku pod Warszawą. 200 metrów dalej jest stadnina koni. Tym samym i ja, i mój narzeczony dostaniemy to, o czym marzyliśmy. On plener, ja dworek.
Dostajemy również do wyboru listę weselnych atrakcji:

- rzeźby lodowe,
- czekoladowe fontanny,
- fajerwerki,
- pokazy iluzjonistów,
- piramida z kieliszkw do szampana,
- pokaz laserów,
- taniec brzucha,
- recitale gwiazd.

Mojemu narzeczonemu podoba się pomysł z rzeźbą lodową: na środku sali weselnej ustawia się gigantycznego lodowego łabędzia. W środku butelka. Z dzioba ptaka przez całą noc sączy się wódka i to odpowiednio zmrożona.

Postanawiamy wszystko przemyśleć, a pani Inga obiecuje, że w ciągu doby prześle nam wstępny kosztorys przyjęcia na 120 osób. Mamy nadzieję zmieścić się w 40 tys. zł. Liczymy oczywiście na rabaty. Dzięki wedding planerce nasze przyjęcie może być tańsze nawet o 30 procent. Nie wspominając już o oszczędności czasu.

Mission Impossible

Ślub za 35 tys. zł.
Angielski, dwupoziomowy autobus mknie ulicami Warszawy. Na pokładzie goście weselni. Razem z młodą parą zwiedzają sentymentalne dla nowożeńców miejsca – poznania, pierwszego pocałunku, zaręczyn. Kwartet smyczkowy gra przeboje: I fell good lub Mission Impossible. Później będzie uroczysty obiad w restauracji i dyskoteka dla młodzieży.

– Wedding planner jest przedłużeniem młodej pary - informuje nas Katarzyna Gajek-Krawczyk z firmy Aspire. Dwuczłonowe nazwisko świadczy, że jest już po ślubie i wie o czym mówi. Radzi, abyśmy skoncentrowali się na sobie, na naszej miłości, a jej pozwolili zająć się resztą spraw, na przykład kolorem serwetek na weselnych stołach.
Propozycja pierwsza: warsztaty psychologiczne „Przedślubnik”. Sześć par, dwóch psychologów, jedna sobota, 800 zł od osoby. - To nie to samo, co kurs przedmałżeński w kościele – zapewnia pani Katarzyna. Na „Przedślubniku” dowiemy się, jak budować związek partnerski, jak się konstruktywnie kłócić, jak polubić się z nową rodziną i jak nie uciec sprzed ołtarza.

Konstruktywna kłótnia? Nie jestem pewna, czy właśnie tego nam trzeba. Zamiast tego składamy meldunek: ślub 13 października, 120 gości w tym 40 spoza Warszawy. Martwimy się, jak zorganizować transport i nocleg dla zaproszonej rodziny. Pani Katarzyna ma gotową odpowiedź. Proponuje, że na czas przygotowań do ślubu założy i poprowadzi nam stronę internetową. Po linkiem znajewskaaspire.pl goście znajdą wszystkie niezbędne informacje: termin, miejsce i szczegółowy plan ślubu, prognozę pogody w dniu ceremonii, listę hoteli z rezerwacją pokoi, kontakt do kierowcy busa, którym będą wożeni oraz listę prezentów ślubnych. A po uroczystości będą mogli ściągnąć sobie zdjęcia. Jeśli planujemy zaprosić obcokrajowców, strona będzie dwujęzyczna - po polsku i po angielsku.

Na koniec spotkania pani Gajek chwali się nowootwartą filią biura w Londynie. Z usług Aspire za granicą korzystają Polacy, którzy wyjechali tam do pracy. Zlecenie na organizację ślubu składają w Londynie, ale ceremonia odbywa się w kraju. Pani Katarzynie wystarczą dwa spotkania z narzeczonymi. Wstępne i zatwierdzające plan ślubu. Nas to nie dotyczy. Zostajemy w Polsce, ale postanawiamy przemyśleć propozycje Aspire.

Słoneczniki i truskawki

Ślub za 80 tys. zł.
Uroczystość w Prowansji, ukartowana przez pana młodego sześć miesięcy wcześniej. Narzeczona o niczym nie wiedziała. Zaproszona przez partnera do Francji, już pierwszego dnia pobytu usłyszała: "Czy zostaniesz moją żoną?". Kiedy odpowiedziała "tak", wedding planerki z firmy "Yes, I do" mogły wyjść z ukrycia. Dzień później odbył się ślub. W blasku zachodzącego słońca, w małej kapliczce na skraju pachnącej winnicy.

Anna Cordonnier-Okopień z firmy „Yes, I do” szybko odpisuje na mojego maila. Chętnie zorganizuje nasz ślub, mimo że jej biuro mieści się w Krakowie, a my jesteśmy w Warszawie. Kilka dni później spotykamy się w Marriocie. Jest leniwa niedziela, pijemy kawę z pianką. Pani Anna opowiada, że jest dyplomowaną konsultantką. Skończyła roczny kurs w Professional Wedding Planner School w Kalifornii. Z wykształcenia prawniczka, mama trojga dzieci. Chwali się, że zorganizowała przyjęcie na 500 osób dla krakowskiej arystokratki Patrycji Sobańskiej. Budzi respekt.

Pani Anna objaśnia co za nas zrobi. Lista jest długa: wybierze miejsce wesela, wyśle zaproszenia, przedstawi nam portfolia fotografów, pozbiera wszystkie dokumenty, nawet z kościoła (będzie potrzebowała naszego pełnomocnictwa), umówi nas na nauki przedmałżeńskie, będzie nadzorować przebieg przyjęcia - moment pojawienia się tortu, pierwszy taniec, pracę kelnerów, dekoratorów, przypilnuje, by orkiestra się nie upiła, a kiedy niespodziewanie spadnie deszcz, rozda gościom białe parasole. W pakiet usług wpisany jest również wieczór panieński i kawalerski (paintball, gokarty lub SPA z koleżankami).
Brzmi zachęcająco.

Marcin martwi się, że goście szybko wyjdą z naszego wesela, bo mają małe dzieci. Pani Anna wyprowadza go z błędu. „Yes, I do” przyjedzie na przyjęcie z niańkami. Będą bawić się z dziećmi, zorganizują im konkurs rysowania a po północy zaprowadzą do pokoi.

Pani Anna ma też pomysł na nasz ślub w plenerze. – W ogrodzie ustawimy lampiony, by pięknie świeciły po zmroku. A podczas oczepin przygotujemy slideshow - pokaz filmu zmontowanego ze starych zdjęć i waszych filmów, na przykład z komunii.
Wesele może być tematyczne, choćby motylkowe lub truskawkowe. Różowe dekoracje, bukiet z truskawkami, szampan z truskawkami …
Marcin kaprysi. Truskawki go nie przekonują. Ja natomiast marzę o słonecznikach, które przywołują miłe wspomnienie wakacji w Toskanii.

Kilka dni po spotkaniu niespodziewanie dostaję maila z projektem zaproszeń. Biały papier, ozdobne litery, malowane akwarelą słoneczniki i cyprysy. To na nasz ślub a’la Toskania. Piękne.

I żyli długo i szczęśliwie

Wedding plannerki zasypały nas pomysłami. Długo kłóciliśmy się, z której oferty skorzystać. W końcu wybieramy program ślubu i konsultantkę. Szalejemy! Jak ślub to ślub! Składamy zamówienie: tradycyjny ślub w kościele, wesele pod namiotem rozstawionym obok pałacu, biała suknia, klasyczny garnitur, słoneczniki w bukiecie, na samochodzie i w kościele. A na stołach bomboniery, czyli prezenty dla gości. Do wyboru: satynowe woreczki z migdałami, czekoladki lub miniaturowe słoiczki z powidłami.
W komplecie do zaproszeń (też ze słonecznikami) zamawiamy kartki z podziękowaniami. Wedding planner wyśle je w naszym imieniu do wszystkich gości. "Ciociu Zosiu dziękujemy za przybycie na nasz ślub i super mikser, który nam podarowałaś".
Na weselu zagra pięcioosobowy zespół, a w trakcie przerwy DJ puści z taśmy "Kawiarenki", specjalnie dla mojej babci.

Najtrudniej jest nam namówić moją siostrę (świadka), mamę i przyszłą teściową, by ich sukienki były uszyte z tego samego materiału. Nie przekonuje je, że będą miały różny styl i fason. Marcin ma problemy ze świadkiem, by ten zechciał wygłosić przemówienie po pierwszym daniu. A mój tata broni się przed prowadzeniem mnie do ołtarza. Chyba boi się, że się wzruszy i nie będzie umiał tego ukryć.
Ach co to będzie za ślub… Jak na amerykańskim filmie! Yes, I do.