Anna Tomiak: Śpiewa pani: "Wyszłam za mąż, zaraz wracam", ale to nieprawda. Z mężem Ryszardem Sibilskim przeżyła pani ponad dwadzieścia pięć lat.
Ewa Bem: A jednak prawda. Tę piosenkę nagrałam przed wielu laty, kiedy rozpadało się moje pierwsze małżeństwo. Trwało tylko pięć lat. Nie było huraganów ani burz, nasze uczucia po prostu zgasły. Mimo to pozostałam orędowniczką małżeństwa. Uważam, że trzeba robić wszystko, by nie dopuścić do rozwodu. Niestety, wtedy nie było innej drogi - mąż chciał mieszkać za granicą, a ja wrócić do Warszawy. I tak się stało.

Pierwsze małżeństwo było nauczką?
Nie. Związek z mężczyzną to za każdym razem jest zupełnie inna książka, trzeba szukać nowych recept.

Powtarza pani często, że jest bardzo szczęśliwa.
Skłamałabym, mówiąc inaczej. Pan Bóg dał mi wszystko, o czym marzyłam: mam niezwykłego męża, takiego co to "nie pije, nie bije, nie zdradza".
I dwie świetne córki: Pamelę i Gabrysię. Daleko nam do Carringtonów, ale żyjemy na przyzwoitym poziomie i jesteśmy zdrowi. Nie można chcieć więcej.

Słyszałam, że pani mąż to ideał. Przystojny, elegancki, na stanowisku...
No, nie, ideałem to on nie jest. Całe dnie spędza w pracy. Wychodzi wcześnie, widujemy się rano przy krótkim śniadaniu, wymieniamy komunikaty, co, kto, gdzie i o której, a wraca wieczorem, kiedy ja po całym dniu już padam z nóg i oddalam się do sypalni. Jego wieczna nieobecność wywołuje między nami wiele napięć. On nie ma czasu dla domu, ale ja muszę go mieć. A przecież też pracuję i interesuję się nie tylko garnkami. Złości mnie, że mąż nie dostrzega problemów, które piętrzą się wokół mnie. Mam wrażenie, że czasem robi uniki, bo wygodniej jest siedzieć za biurkiem niż, na przyklad, pomóc sprzątać. Utrzymanie domu to monotonna żmudna praca. Mężczyzna bez reszty zajęty swoją karierą nie może być ideałem.To trudny partner.

Apeluję do pani o trochę wyrozumiałości! Wysokie stanowisko wymaga zaangażowania...
Może i wymaga, ale ja też mam pozycję, też zrobiłam karierę. A jednak umiałam wyznaczyć sobie hierarchię spraw i wartości, jakoś się zorganizować. Myślę, że w dzisiejszym zaganianym świecie tylko kobiety potrafią sprostać nowym wyzwaniom, mężczyźni błądzą.

Czy po tylu wspólnie przeżytych latach własny mąż jeszcze się pani podoba?
Szalenie, mimo że nie okazuję mu tego tak często jak dawniej. Brakuje czasu i okazji, choć akurat wczoraj była. Umówiliśmy się pod jego firmą. Szedł spokojnie w moim kierunku. Zauważyłam go z daleka, był w samym garniturze. Wyglądał super. Pomyślałam, że wszystko mi się w nim podoba, nawet rozmiar buta. "Och, ty szelmo, ładnie się prezentujesz"- powiedziałam mu. Lubię prawić mu komplementy.

Mąż to odwzajemnia?
Rzadko. Mój mąż należy do gatunku mężczyzn niewylewnych. Raz na jakiś czas serwuje mi "pigułę wyznaniową", ale na co dzień jest szorstki i raczej małomówny. Nie wiem, czy powinnam mu to wypominać. I powtarzać, że kobieta naprawdę potrzebuje czułości jak tlenu. Komplementy, powtarzane zbyt często, stają się frazesem.

Ale słyszałam, że mąż jest pani wiecznym adoratorem.
Na pewno jest moim fanem. Jeździ ze mną na koncerty. Nie zamyka się w hotelu z komputerem, nie czyta gazety, tylko siada w pobliżu sceny i słucha. Kolekcjonuje moje nagrania, nie pozwoli zniszczyć jednego dźwięku, żadnej starej fotografii. Z okazji naszej 25. rocznicy planowaliśmy polecieć na tydzień w świat, a pojechaliśmy na półtora dnia do Nałęczowa. Mimo to było bardzo uroczyście. Rozmawialiśmy, wspominaliśmy, spacerowaliśmy po parku, trzymając się za ręce. Mąż mnie adorował, ubrał się odświętnie do obiadu, przebrał do kolacji. Mówię o tych drobiazgach, bo są ważne. Od mężczyzny trzeba wymagać dobrych manier. Inaczej nigdy nie poczujemy się damami. Nie wysiądę z samochodu, dopóki mąż nie otworzy mi drzwi. Wprowadziłam dwie żelazne zasady: sama nie kupuję sobie perfum i sama nie jeżdżę na mammografię. - Nie wiesz jak to boli - powiedziałam kiedyś do męża - więc przynajmniej przy mnie bądź.

Jest pani dobrą żoną?
Ależ żoną jestem znakomitą! Naprawdę. Mój mąż jest bardzo zadbany, zawsze elegancko i modnie ubrany. Pilnuję tego. Tylko buty kupuje sobie sam, nad resztą mam pieczę. Poza tym w lodówce jest zawsze to, co lubi zjeść. Uważam, że ciężko pracuje i to mu się należy. I pamiętam o zobowiązaniach męża, na przykład o wszystkich urodzinach i imieninach w jego rodzinie.

A na co pani przymyka oko?
Na jego gabinet, w którym robi, co chce. To jego twierdza, ma w niej swoje tajemnice, internecik, gitarę, jakąś klawiaturkę, sterty starych zdjęć. Nie próbuję jej zdobyć i nic nie mówię, kiedy się w niej zamyka. Rozumiem, że chce pobyć sam. Poza tym staram się nie załatwiać drażliwych spraw wieczorem, kiedy oboje jesteśmy zmęczeni, a mąż chce jeszcze poczytać.

Skoro mąż ma tajemnice, to żona też może je mieć.
Oczywiście. Pewnie powinnam na przykład czwartkowe wieczory spędzać z koleżankami i raz w miesiącu jeździć do SPA. Chętnie miałabym takie tajemnice, ale to niemożliwe. Ciągle jestem mamą małej Lalki, Gabrysia ma dopiero dziesięć lat. Odrabiam z nią lekcje, odwożę na angielski, na basen, a czasem już odbieram "pierwsze ciosy", bo zaczyna się buntować.

Pani w drodze na angielski, a mąż w pracy.
A mąż ciągle w pracy.

Ale w małżeństwie kochamy mimo wszystko.
Przyznaję, że jak każda kobieta przeżywam chwile zwątpienia. To leży w naszej naturze. Wystarczy krzywe spojrzenie, jakieś słowo, które trafia w czuły punkt i wpadamy w rozpacz, przychodzą nam do głowy czarne myśli i pytania, jaki to wszystko ma sens. Wtedy przypominam sobie piękną canzonę z musicalu "Skrzypek na dachu". On pyta: "Kochasz mnie?", a ona mu odpowiada mniej więcej tak: "Od tylu lat cię opieram, gotuję, rodzę ci dzieci, jeśli to nie jest miłość, to co nią jest?". Coraz częściej myślę tymi kategoriami. Czas się na nas osadza. Zupełnie inne rzeczy stają się ważne, już dojrzalej myślimy o miłości.

Dziś w modzie są związki bez zobowiązań - sypiamy razem, ale mieszkamy osobno.
To dla mnie nie do pomyślenia. Sens ma tylko małżeństwo, jedność, wspólnota w najgłębszym znaczeniu tego słowa. Dla mnie wskazówką jest Bóg, wiara. Uważam, że dziesięć przykazań, przysięga małżeńska, niewzruszona postawa Kościoła katolickiego służą rodzinie i ją chronią. Tłumaczę moim córkom, że małżeństwo jest po to, żeby były szczęśliwe dzieci i żeby te dzieci też kiedyś miały swoje szczęśliwe dzieci.

Pani Ewo, czy wierzy pani w przeznaczenie?
Tak. Wierzę także w prawość i w zwyczajną uczciwość drugiego człowieka. W końcu zdecydowaliśmy się być ze sobą, prawda? Zostaliśmy posadzeni na wspólnym wózku, który jest, jaki jest. Nasza droga jest, jaka jest.

Radzi więc pani godzić się z losem?
Nie do końca. To, co bardzo uwiera, trzeba trochę podpiłować, ale ja, po 25 latach małżeństwa, już nie muszę dokonywać takich szlifów.

Czasem łatwiej zboczyć niż razem iść dalej. Bryknąć gdzieć w bok, poznać kogoś, uciec, zapomnieć, choćby na jeden wieczór.
Myślę, że zdradzając, same siebie ranimy. Po takiej przygodzie trudno się odnaleźć w stałym związku. Już nic nie smakuje jak dawniej. Z kolei zdrada, która się wydała albo została opowiedziana, to straszny cios. Nie wyobrażam sobie, że mój mąż przychodzi do mnie skruszony i mówi: "Słuchaj, spałem z Wandą. No, strasznie cię przepraszam. Uwierz mi, to stało się tylko raz".

Myślę, że byłby idiotą, gdyby to powiedział.
Są takie przypadki. Na szczęście ja o niczym takim nie wiem (śmiech). Gdyby mąż mnie zdradził, to tylko na nim spoczywalby śmiertelny grzech i to on z tym garbem musiałby żyć. Niedawno rozmawiałyśmy z koleżankami o znajomym, który zostawił żonę z dwojgiem dzieci i poszedł do innej pani, a ona też ma dwoje dzieci, z dwóch wcześniejszych związków... Ja tego nie rozumiem. Nie jesteśmy komórkami do wynajęcia. Z drugiej strony, wiadomo, że trudno uciec przed uczuciem, ono bywa jak grom. Na szczęście w moim wieku już umiem się przed nim obronić.

Ale mówi pani, że jest kochliwa.
Intrygują mnie nie tyle przystojniacy, ile faceci, którzy się świetnie na czymś znają. Chyba najmniej politycy. Z jednym, może z dwoma poszłabym na kawę. Z aktorami jest lepiej. Pamiętam dziś już nieżyjących Mariusza Dmochowskiego i Tadeusza Łomnickiego. Jacy oni byli męscy, jaką mieli wiedzę, ile w nich było czaru, ile magii. Zakochałabym się po grób. Z miejsca.
Ale nie jestem tak kochliwa, jak pani myśli. Nie zdarza mi się iść ulicą i nagle zemdleć z wrażenia. Chodzi raczej o to, żeby sobie pomarzyć, pobłądzić gdzieś myślami. Co niedzielę jesteśmy w kościele, o jedenastej, na mszy dla dzieci. Niedaleko mnie siada taki pan, który jeszcze ani razu nie spojrzał w moją stronę. W średnim wieku, dobrze ubrany, przystojny, ale bez przesady. Obok żona, dzieci, a mnie się tak podoba... (jak mój mąż to przeczyta, pęknie ze śmiechu). Po kościele zawsze sobie o nim myślę, kim jest, dokąd poszedł, gdzie mieszka. Poza tym, podkochuję się w muzykach, z którymi pracuję. Wystarczy, że jest inteligentny, utalentowany i słyszę, że grając, dedykuje mi jakąś frazę...

Czy taka kochliwość to antidotum na życiową monotonię?
Może. Jeśli w małżeństwie coś się nie układa, to monotonia jest jak dolewanie oliwy do ognia. Trzeba się przed nią bronić. Niestety, niewiele możemy zrobić z powodu braku czasu. Namawiam do wysyłania SMS-ów. To taki szybki i wygodny sposób na przekazanie komuś, że się o nim pomyślało. Za każdym razem, kiedy wiem, że mąż ma długą naradę, wysyłam mu czułego SMS-a. Niech wie, że świat się nie kończy na pracy.

Co może popsuć małżeństwo? Kłótliwość, pamiętliwość, mściwość, nadmierna krytyka...
Na pewno nadmierna krytyka, szczególnie gdy ma się do czynienia z artystyczną duszą, którą łatwo zranić.

A mściwość? Uważam, że jest okropna.
W naszym małżeństwie jej nie ma, nie przeżywamy cichych dni, nie karzemy się wzajemnie. Jestem spontaniczna, wybuchowa, wyrzucam z siebie wszystko i zamykam sprawę.

Kłamstwa, zazdrość?
Mój mąż jest prawdomówny. A czasami może powinien skłamać. Na przykład kiedy kolejny raz go dręczę: załatwiłeś, zadzwoniłeś? Mógłby na odczepkę odpowiedzieć: tak, tak. Ale nie, on się przyznaje, że znów zapomniał. Jeśli chodzi o zazdrość, to radzę za dużo nie pytać, żeby nie dostać za dużo odpowiedzi. Sama też staram się nie być nadmiernie dociekliwa. Mąż ciągle ma w pracy kontakty z artystkami, z aktorkami filmowymi, z jakimiś atrakcyjnymi dziewczynami z reklamy. Nie rozmyślam nad tym, bobym oszalała.

Dyplomacji w małżeństwie nigdy za dużo. A co jeszcze jest ważne?
Moja babcia Felicja mawiała, że małżeństwo jest jak cieplarniany kwiat. Nie lubi być wystawiane na zbyt liczne próby. Przede wszystkim finansowe. Niedobrze, kiedy żona z mężem bez przerwy kłócą się o pieniądze albo latami żyją z teściami przez kartonową ścianę. Powinni mieć ładną, wygodną sypialnię, w której mogą intymnie pobyć sami, przytulić się do siebie, pogadać, napić się wina.

Są kobiety, które w łóżku załatwiają z mężem najważniejsze dla siebie sprawy. To podobno dość skuteczna metoda.
Skoro daje wyniki, niech z niej korzystają. Póki to działa. Z czasem seks ustąpi miejsca codzienności. Rano widuję męża w pięknym garniturze, w krawacie, jak odświeżony, wypachniony, wychodzi do pracy. Wieczorem wracają "zwłoki". Od razu zdejmuje garnitur, wciąga na siebie jakieś dresy, bez śladu seksapilu. Odpłacam mu tym samym, też rzadko mnie widuje w rozkwicie. Dom jest przystanią, w której się odpoczywa. Seks uroczystością, rodzajem święta. Zaatwiać jeszcze inne sprawy przy tej okazji, to nadmiar wyrachowania.

Kuchnia to też wypróbowany sposób na męża. Mówimy: przez żołądek do serca.
Jeszcze 10 lat temu przyznałabym pani rację. Ale dzisiaj twierdzę, że nie warto się zanadto wysilać. Przypadkowy gość na obiedzie w naszym domu postawił oczy w słup: - Czy ty gotujesz tak codzienne? - zapytał. - Takie obiady, trzy dania, cztery surówki? A mój mąż się przyzwyczaił i uważa, że to normalne. Zdaje się, że należycie nie docenia moich wysiłków. Niedawno wystąpiliśmy razem w programie "Pytanie na śniadanie". Proszę mi wierzyć, on był ze mną w kuchni pierwszy raz. Dałam mu najpaskudniejsze rzeczy do zrobienia. Musiał obrać bakłażana, utrzeć go na tarce, a potem pokroić cebulę. Ćwiczyłam go jak majtka. Nie tak, za grubo, za cienko, jeszcze raz. Wyszedł ze studia spocony, ale przynajmniej się czegoś nauczył. Przyznał, że nie wiedział, że gotowanie to taki trud.

Powtarza pani, że małżeństwo to sztuka kompromisu.
Górale mówią, że jedzą chleb na spyrkę. Kładą na kromce jedną skwarkę i gryząc chleb, przesuwają ją coraz dalej, aż do samego końca.
A ona cały czas pachnie i kusi. W małżeństwie chodzi o to samo. W poniedziałek spuszczam z tonu i idę pod włos, żeby we wtorek mogło być odwrotnie. Moim największym życiowym kompromisem były narodziny Gabrysi. Zdecydowałam się na dziecko w wieku 45 lat. Ryzykowałam życie. To był hołd złożony z miłości mężowi.

Domyślam się, że na co dzień chodzi o mniejsze, bardziej prozaiczne sprawy.
Racja. Mamy dom, obok niego śliczny śmietnik. Co rano na ganku stoją czarne worki. Wystarczy przejść sześć metrów, żeby je wyrzucić. Oczywiście pod warunkiem, że się je wcześniej zauważy. Mój mąż mija te worki dziesięć razy i nie widzi nic. Zamiast zrobić awanturę i wpakować mu te śmieci do samochodu, ja je dyskretnie przestawiam na środek ganku, z nadzieją, że się o nie potknie. Potem oboje udajemy, że nic się nie stało. Albo inny przykład. Mąż wraca zmęczony, marzy, żeby wejść do cichego domu i odpocząć, a tu istny młyn. Mała wrzeszczy, że na jutro musi zrobić jakieś ważne doświadczenie w wannie, pies szczeka i chce natychmiast wyjść, a ja mam dziesięć telefonów, bo wszyscy dzwonią wieczorem. Mógłby trzasnąć drzwiami, wsiąść do samochodu i odjechać, ale on zostaje. Tak właśnie budujemy wspólne życie.

Z optymizmem i poczuciem humoru.
Poczucie humoru jest orężem w walce o małżeńskie szczęście. Nie wyobrażam sobie życia z ponurakiem. Pogoda ducha to lek na wszystko i skuteczny sposób na wyjście z najgłębszego dołka.

Niczego pani nie żałuje? Gdyby nie miała pani rodziny, może wspięłaby się pani na szczyty, zrobiła międzynarodową karierę i występowała dziś w Carnegie Hall?
Nie ma takich szczytów. Artyści, jak inni ludzie, są raz na wozie, raz pod wozem. Są takie chwile, przeważnie po koncercie, kiedy jestem sama. Wtedy siadam i patrzę w lustro. Widzę w nim upacykowaną, coraz starszą, zmęczoną twarz. I myślę sobie, że to nie szkodzi. Najważniejsze, że mam do kogo wracać. Bez męża, dzieci i domu byłabym nieszczęśliwa. Choć przyznaję, bywam zła. Muszę sprzątać, nosić siatki, prać, kupować, gotować. Pan Bóg wyznaczył mi rolę niełatwą, ale tak samo żyją inne kobiety, inne żony. Bo taki jest ten świat. I taki ma być.