Wstyd powiedzieć, ale muszę przyłączyć się do chóru wiecznie zapędzonych pracoholików, którzy hasło „niedziela” kwitują słowami - „to marzenie”. W ferworze pracy, przygotowań do programu „Taniec z gwiazdami” i treningów w studiu na warszawskiej Ochocie zapominałem, że życie wcale nie musi być pospieszne, stukolorowe i na najwyższych obrotach.

Jaki jest ten mój inny, wymarzony świat? Przyroda, smaki ziemi i bezludne przestrzenie. Przypominam sobie o tym na mojej położonej niedaleko Białowieży działce. Mam tam mały drewniany domek, o którym mówię - „na kurzej łapce”. To miejsce, w którym staję się innym człowiekiem. Wrzucam na luz. Przede wszystkim nie żałuję sobie snu, choć ranek to moja ulubiona pora dnia. Miłym (i bezkarnym, bo nie muszę dbać o dietę) rytuałem jest śniadanie. Na „mojej wsi” najchętniej robię sobie angielski breakfast, czyli jajecznicę na boczku z tostami. Ważna jest ceremonia: staranne parzenie kawy, przygotowanie grzanek. Nie byłbym jednak w stanie najeść się do syta, gdybym wcześniej nie przygotował posiłku dla moich dwóch psiaków, Samby i Dory. Siostrzyczki bokserki są prezentem, który dwa lata temu sprawiłem sam sobie. Kiedyś moja rodzina hodowała psy tej rasy. Byłem zachwycony ich mądrością i przywiązaniem do ludzi. Obiecałem sobie, że kiedy dorosnę, zaadoptuję właśnie takiego boksera przyjaciela. Dziś Samba i Dora obowiązkowo dotrzymują mi towarzystwa w mojej głuszy. Długie spacery po lesie, rzucanie kamyczków do aportowania, biegi po trawniku - to stały punkt wymarzonego ranka na wsi. I wielka przyjemność, której mógłbym oddawać się godzinami. Ale, ale! Na działce mam też obowiązki. Choćby pracę w ogródku, który jest tuż obok domku. Pielę, kopię, podlewam i wcale nie uważam, że to strata czasu. W tym roku zasiałem rzodkiewkę, kilka rzędów marchewek, zasadziłem ogórki. Zapewniam, że warzywa własnej produkcji są nie tylko zdrowe, ale smakują wyjątkowo! Choć nie jestem jakimś zapalonym ogrodnikiem, który swoją starość widzi z grabkami na działce. Wdoglądaniu całej posesji pomaga mi jeden z mieszkańców wioski.
Po pracy fizycznej, a jakże, lenistwo. Najlepiej z książką, na hamaku. Mężczyzna, który słucha śpiewu ptaków? Może się to wyda komuś śmieszne, ale lubię patrzeć na ptaki, a wieczorami wypatrywać na niebie Wielkiego Wozu. Albo iść na rykowisko z lornetką, by obserwować moje ulubione łosie. Może więc to prawda, że jestem romantykiem?

I pewnie także dlatego w wolne weekendy ciągnie mnie do czeskiej Pragi, bo to miasto do życia i marzenia. W nim czuję się sobą: prostym, wolnym człowiekiem. Nikt mnie nie zna, ja też nie mam żadnych zobowiązań towarzyskich. Czesi budzą moją ogromną sympatię: wydają się mniej zestresowani, częściej się uśmiechają i zawsze służą pomocą. Nie dostrzegam w nich tej polskiej agresji, nerwowości, malkontenctwa. A ludzie - to przynajmniej połowa udanego wyjazdu. Ale - muszę przyznać - i w Pradze zdarzały mi się przygody, które wolałbym puścić w niepamięć. Dwa lata temu pod hotelem, w którym się zatrzymałem, jakaś pani wjechała swoim autem w bok mojego. Nic mi się nie stało, ale nie zdążyłem na sztukę „Romeo i Julia”, która była wtedy hitem sezonu.

Innym razem miałem przygodę w windzie. Zwykle nocuję w hotelu Praha - jest stylowy, wygodny i położony blisko Starówki. Potrzebowałem jakiejś odmiany. Wybrałem więc duży hotel urządzony w stylu imperialnym. Nie choruję na klaustrofobię, ale gdy wchodziłem do windy, coś mnie tknęło. Przeczucie? Wcisnęliśmy guzik i po paru sekundach winda się zatrzymała. Tętno skoczyło mi do góry. Dopiero po półgodzinie wybawili nas z opresji hotelowi technicy, ale ten hotel omijam już dużym łukiem. Weekendy wPradze nie mijają mi zresztą na przesiadywaniu w hotelach. Godzinami mogę chodzić po moście Karola, praskiej Starówce. Potem zatrzymuję się w którejś z kameralnych kawiarenek z duszą. Źle się czuję w molochach pełnych ludzi i głośnej muzyki. Moja ulubiona kafejka to Prade, polecam to miejsce, podają tam przepyszną cafelatte i szarlotkę z lodami. A wieczorami - piwo, choć nawet w Czechach piję naszego Żywca. Ulubiona potrawa to oczywiście czeskie knedliki ze śliwką. Albo kotleciki z serem i szynką. Czeskie dyskoteki? Nawet nie wiem, jak wyglądają. W wolnym czasie staram się w ogóle nie myśleć o tańcu. Idealny weekend musi być ucieczką od rzeczywistości. Tak staram się go planować.

Najlepsze według Rafała Maseraka

Wypoczynek na łonie natury w małym domku na odludziu. Zabawy z psami, by zachować kondycję. W ramach walki ze stresem lektura „Kodu Leonarda da Vinci” Dana Browna, koniecznie na hamaku.Wyjazd do Pragi na cafelatte z szarlotką w kafejce Prade. Przedstawienia w Národní divadlo w Pradze.