Mojżesz, wracając z góry Synaj, przyniósł nam przykazanie „nie zabijaj”. Dla wielu było ono zbyt mało precyzyjne. I później nawet św. Tomasz musiał się zastanawiać, od którego tygodnia w ludzki embrion wstępuje dusza, a zatem, kiedy jego usunięcie – bo takie wątpliwości trapiły nawet świętego Doktora Kościoła – może być dozwolone przez prawo.

Marek Jurek powrócił z osobistej wizyty na górze Synaj z o wiele bardziej precyzyjnymi wskazówkami. Ze znowelizowaną konstytucją, a nawet z tekstami odpowiednich ustaw i rozporządzeń. Właśnie dlatego, że dysponował tak silną, transcendentną sankcją dla własnej wizji polskiej polityki, zarówno on, jak i wielu jego zwolenników – pragnących już nie tylko ochrzcić polską demokrację, ale ją uświęcić – z pogardą przyjmowało wszelkie obrony konserwatywnego kompromisu aborcyjnego, który wcześniej był odrzucany przede wszystkim przez postkomunistyczną lewicę. Bo przypomnijmy jeszcze raz, że cisza wokół aborcji (cisza bolesna, kosztująca wiele ukrytych tragedii, pełna hipokryzji, ale też ratująca tysiące ciąż przed pochopną decyzją o ich usunięciu „z przyczyn społecznych”) najbardziej przeszkadzała postkomunistom. Obnażała ich rzeczywistą tożsamość związku zawodowego byłych właścicieli PRL, nieposiadających żadnego programu społecznego dla nowej Polski i czasem tylko pokrywających tę pustkę agresywnym antyklerykalizmem made in Jerzy Urban.

W istocie Marek Jurek wrócił z góry Synaj z pustymi rękami. Odgrzał i zaostrzył aborcyjny konflikt, ale nie ma pomysłu na to, jak go zakończyć. Potwierdzają to losy prezydenckiej poprawki do konstytucji. Była ustępstwem wymuszonym na PiS przez Marka Jurka i ojca Tadeusza Rydzyka. Niedających się nikomu przekonać, że obowiązujący dzisiaj w Polsce stan prawny jest – szczególnie z punktu widzenia polskich katolików – stanem optymalnym, najskuteczniej oddalającym Polskę od obowiązującej w większości państw UE pełnej dopuszczalności aborcji. Bracia Kaczyńscy, ulegając Jurkowi, utracili sporo ze swego wizerunku ostatnich liberałów w koalicji PiS-LPR. A i tak nic z tego nie wynikło. Prezydenckie sformułowanie o ochronie życia poczętego nadal niczego nie gwarantuje i Marek Jurek, nie mówiąc już o Romanie Giertychu, będą się domagali twardszych sformułowań, wiedząc, że nie znajdą dla nich większości.

W ten sposób udało się sprowokować konflikt, w którym jedni będą próbowali wzmocnić pozycję swoich partii, inni oczyścić swoje sumienia, ale ochrona życia poczętego, o którą przecież chodziło, wcale się od tego nie zwiększy. Wręcz przeciwnie.

Najlepszą gwarancją ochrony życia poczętego jest bowiem utrzymanie obecnego stanu posiadania polskiej centroprawicy. PiS i PO, nawet po roku głupiej, wyniszczającej walki, wciąż zachowują praktyczny monopol na władzę. To partie bardzo od siebie różne, ale przynajmniej ich liderów łączy przekonanie, że Polska nie potrzebuje dzisiaj wojny o aborcję. I dopiero ośmieszenie, rozpad, niefunkcjonalność obu partii sprawi, że nasz system partyjny zaczniemy budować od początku. Tak jak to już się zdarzyło kilka razy po roku 1989. A wtedy na pokerowym stoliku partyjnej demokracji znów znajdą się wszystkie wartości, wszystkie kompromisy – łącznie z tym dotyczącym aborcji.

Więc może zamiast szukać gwarancji ostatecznych, Marek Jurek i jego zwolennicy zajęliby się wzmacnieniam gwarancji doczesnych? Nieco rozsądniejszym zarządzaniem polską polityką? Obowiązujący dziś w Polsce konserwatywny kompromis aborcyjny od tego wcale nie ucierpi. Raczej zyska na stabilności.