To było jak grom z jasnego nieba. Tomasz Sekielski do dziś z wypiekami na twarzy wspomina pierwsze spotkanie... ze swoją żoną.
A kiedy spotkał Andrzeja Morozowskiego? Nie pamięta. - Proszę mi wybaczyć, Andrzej nie zrobił na mnie takiego wrażenia - śmieje się. Ubrany w T-shirt, sportową bluzę, w niczym nie przypomina eleganckiego rekina srebrnego ekranu. Andrzej Morozowski w powyciąganym golfie też nie wygląda jak elegancik z "Teraz my". Rozmawiamy w ich gabinecie w siedzibie TVN. Rozglądam się uważnie. Pokój ma trzy przeszklone ściany, miejsca w nim mało. Akurat na szafę, dwa biurka i dwa krzesła. Zmieścił się jeszcze fotel dla gościa.
- No właśnie, jak się pani podoba nasz gabinet? - Tomasz Sekielski próbuje przejąć rozmowę.
- Myślałam, że będzie większy... - odpowiadam.
- No właśnie, my też!
Najbardziej dumni są z kanapy, która stoi w przedsionku. - Andrzej czasem na niej śpi - zdradza Tomasz.

Wspólny gabinet, wspólne poranki
Na biurku Morozowskiego oprócz komputera tylko kilka gazet, kubek, przybory do pisania. U Sekielskiego góra papierów, gazet, książek. Zwracam się do Andrzeja:
- Widzę, że ma pan większe zamiłowanie do porządku?
- A tak, dziękuję - odpowiada.
A Tomasz się oburza:
- Przepraszam bardzo, sugeruje pani, że mam na biurku bałagan?
I od razu się tłumaczy. Że mało miejsca. Że musi dzielić swój czas na dwa biurka, bo drugie ma w redakcji "Magazynu 24 Godziny", a Andrzej jest codziennie, to może sobie posprzątać. No i że przecież odkłada sobie tylko ważne rzeczy, później zawsze do nich wraca...
- ...a w wakacje ja mu to wszystko i tak wyrzucam - ucina Andrzej.
Pracują dużo. Od samego rana. Mieszkają niedaleko od siebie, więc często Andrzej przyjeżdża po Tomka i razem jadą do pracy. Zanim z Piaseczna dotrą do Warszawy, zdążą wpaść na jeden dobry pomysł i ze trzy razy się pokłócić.
- Ostatnio przez Tomka mało co pewnej pani nie staranowałem - wypomina Andrzej. - Twierdzi, że rozkojarzony był przeze mnie - ironizuje Tomasz.
- Bo Tomek ma taki zwyczaj, że jak wsiada do samochodu, to zaraz mi zmienia...
- No nie, nie opowiadaj o takich rzeczach, no, stary...!
- ...stacje w radiu. Dlaczego mam nie mówić, jak mi ciągle przy tym radiu majstrujesz?
- Bo on słucha rosyjskich CD - odgryza się Tomasz Andrzejowi.
- O czym my rozmawiamy?! Przecież to w ogóle nie ma znaczenia dla naszej wielkiej przyjaźni - mówi Tomasz, a Andrzej się zamyśla.

Przyjaźń indykiem się zaczyna
Dziś trudno sobie wyobrazić, że tak zgrany duet jeszcze dwanaście lat temu mijał się jedynie na sejmowych korytarzach. Tomasz, młodszy od Andrzeja o jedenaście lat, podglądał w pracy starszego kolegę.
- Andrzej był wtedy w Sejmie instytucją. Wszyscy go znali i się z nim liczyli. A ja? W dziennikarskim przedszkolu.
- Ale to był wybijający się przedszkolak - dorzuca od razu Andrzej.
Pierwsze lody przełamali kiedyś przed Wielkanocą, na spotkaniu przedświątecznym u Morozowskiego. - Andrzej dowiedział się wtedy, że na święta nie jadę do domu, do Bydgoszczy. Że będę sam. No i pomyślał sobie, że przecież nie mogę sam tak siedzieć - opowiada Tomasz.
Gwoździem programu był wtedy indyk.
- Znajomy przysłał takiego wielkiego ptaszora, z osiem kilogramów. Mieliśmy kłopot, żeby wepchnąć go do piekarnika - Andrzej też to pamięta.
- Mieliśmy podejrzenia, że to była świnia udająca indyka - podchwytuje Tomasz.
- Oj, długo się wtedy bawiliśmy. Wtedy jeszcze mogliśmy... - wspomina z rozrzewnieniem Andrzej. Tomasz zaprzecza:
- Ja wciąż mogę długo! To Andrzej nie wytrzymuje. Kondycyjnie - śmieją się obaj.

O tym, co ich łączy, mówią: przyjaźń. Szorstka, choć nie brakuje w niej czułości...
- Lubimy na przykład przeczytać dobrą książkę, posłuchać dobrej muzyki, obejrzeć dobry film, potrzymać się za rękę... - wylicza Andrzej, ale Tomasz jest czujny.
- No nie, potrzymać za rękę to na pewno nie! (śmiech). Nie bylibyśmy w stanie pracować razem tak długo i tak owocnie, gdyby łączyła nas tylko praca. Nie widać tego po nas, ale zdarza się, że rozmawiamy też o innych sprawach.
Dzieli ich dekada, ale nigdy nie mieli poczucia, że to przeszkoda.
- Zawsze świetnie si dogadywaliśmy - mówi Tomasz. - Śmieszą nas te same dowcipy, mamy podobne zainteresowania. To niezwykle ważne, bo nie wyobrażam sobie, że miałbym tyle czasu spędzać z Andrzejem i rozmawiać z nim tylko o programie.

Praca, dom, rodzina
Lubią się i spotykają także ich rodziny. - Kiedy wyszła sprawa tzw. taśm Renaty Beger, nasze żony bardzo często ze sobą rozmawiały, za naszymi plecami. Zawiązała się Wspólnota Żon Atakowanych Mężów - opowiada Tomasz. To był dla nich trudny czas: program w TVN wywołał burzę, politycy posądzali ich o współpracę z tajnymi służbami, brak etyki zawodowej itp. Nagrody: dla Dziennikarzy Roku miesięcznika "Press" i Telekamery przyszły później. Wsparcie żon, Ani i Agaty, było dla nich nieocenione.
- Tuż przed świętami Bożego Narodzenia żona Tomka, Anka, organizowała pieczenie pierniczków na choinkę. Mój Janek też został zaproszony. Oczywiście kilka pierniczków przyniósł i do nas - opowiada Andrzej.
Ani i Agacie trudno tylko pogodzić się z tym, że stały się żonami sławnych mężów. Żona Tomasza nie może się przyzwyczaić, że kiedy idą całą rodziną na zakupy, ludzie ją taksują wzrokiem, zaglądają do koszyka. - Ostatnio nawet sugerowała, żebym został w domu. Było mi przykro, chociaż mam alergię na sklepy. Ale od czasu do czasu chciałbym jej towarzyszyć - opowiada Tomasz.
Na szczęście ci, którzy inicjują z nimi rozmowę, mają zwykle coś miłego do powiedzenia.
- Pamiętasz Andrzej, jak jeszcze prowadziliśmy "Prześwietlenie", zaczepili nas panowie u mnie w sklepie osiedlowym? - wspomina
Tomasz. Andrzej kiwa głową.
- Akurat robiliśmy zakupy, a tu panowie z wódeczką w reklamówce wołają: "O kurczę, Sekielski i Morozowski, ja cię pierniczę! Redaktorzy! Musi się redaktor z nami napić".
- Ja nie mogłem, bo prowadziłem - dopowiada Andrzej.
- A ja i owszem, wypiłem z panami, symbolicznie, żeby nie urazić.
- Są tacy ludzie, którzy mówią, że gdyby wiedzieli, jak sława zmieni ich życie, nigdy by jej nie chcieli. A my ją lubimy. Nie narzekamy. Lubimy, kiedy ludzie po programie podchodzą i dzielą się z nami swoimi uwagami.
Na wizji to Andrzej wydaje się dominować, na co dzień to Tomasz gra rolę tego złego.
- Bo Andrzej ostry jest tylko na ekranie, w redakcji to naprawdę spokojny facet. Ja wszystkich poganiam, robię ostre kolegia. Andrzej czasem mawia: "Mam Sekielskiego i nie zawaham się go użyć!" - opowiada Tomasz. Andrzej słucha i chichocze.
- Czy pani widziała, jak ten mężczyzna, właściwie człowiek góra, przyklęka, żeby się przywitać ze swoją córką Julcią? Jak wtedy zmienia mu się głos? Mało kto o tym wie, ale on ma kilka rodzajów głosów. Jeden jest dla mnie, jest też głos dla kobiet, jest głos dla polityków, ale jest jeszcze specjalny głos: dla Julki. Jest wtedy jak aksamit. Do mnie nigdy tym głosem nie przemawiał... - skarży się Andrzej.
- I nigdy nie przemówię! - zarzeka się dziennikarz o kilku głosach.
- Chociaż... Ostatnie trzy miesiące byłem bardzo łagodny. Do czasu. Kiedyś coś źle poszło. W jednej chwili zmieniłem się w tego złego. Andrzej to lubi... Usłyszałem wtedy: "Bestia wróciła, jak ja się cieszę!".
- Bo już zaczynałem się martwić... - Andrzej potwierdza.

Duet solistów
Ich siłą jest to, że nigdy ze sobą nie rywalizowali. Nawet wtedy, kiedy pracowali w różnych redakcjach. - Bywało, że Andrzej miał newsa i radośnie wybiegał z Sejmu. Innym razem newsa miałem ja - opowiada Tomasz. - Gratulowaliśmy sobie wzajemnie. Teraz połączyliśmy siły i pracujemy nie tylko na siebie, ale na zespół. Konkurencja w naszym zawodzie jest olbrzymia. Nie mielibyśmy sukcesów, gdybyśmy ścigali się ze sobą lub byli o siebie zazdrośni.
- Ja czuję czasem lekkie ukłucie zazdrości. Jak widzę wzrok ładnej kobiety, pożądliwie patrzącej na Tomka, a nie na mnie.
- Ależ Andrzej mówi nieprawdę! Żadna kobieta nie patrzy na mnie pożądliwie.
- No dobrze, przyznaję, bardzo rzadko się to zdarza.
- No, no, ale w drugą stronę też nie przesadzaj - obrusza się Tomasz.
I wspomina lata, kiedy regularnie spotykali się na redakcyjnym korytarzu i spierali na różne polityczne tematy. Nie przyszło im do głowy, że ich kłótnie mogą kogoś zainteresować. Okazało się, że przysłuchiwał się im Adam Pieczyński, członek zarządu TVN. Uznał, że Andrzej i Tomek i przed kamerą mogą stworzyć zgrany duet. I miał rację. Zaczęli wspólnym "Prześwietleniem" w TVN24. Jako prowadzący program "Teraz my!" osiągnęli sukces, o jakim marzy każdy dziennikarz. Oprócz nagród, które dodają im prestiżu, mają satysfakcję, kiedy zrobią program, na który potem wszyscy się powołują.
Nie byłoby jednak ani programu, ani sławy, gdyby nie grupa około dziesięciu osób, które na bieżąco przygotowują materiały reporterskie, szukają różnych informacji.
- Często wykonują pracę, którą wykorzystujemy w dziesięciu procentach. Niestety, jeśli chcemy od czasu do czasu zrobić trochę zamieszania, tak trzeba - tłumaczy Tomasz.

Wyprzedzać samych siebie
Ich praca to ciągły stres. - Mariusz Walter powiedział kiedyś: "Jesteś wart tyle, ile twój ostatni program". Zeszłoroczny sukces nie zwalnia nas z ciągłego szukania nowych tematów. Musimy wyprzedzać samych siebie - mówi Andrzej. Ostatnio o ich programie mówi się "rzeźnia". Nie tak łatwo namówić gości na udział w nim.
Kiedyś zaproszona została była prezydentowa Jolanta Kwaśniewska. Borowcy przyszli wcześniej, przeszukiwali biuro i... nagle w tył zwrot, wychodzą: prezydentowa chora. W takich momentach rozpoczyna się walka na wszystkich frontach. Andrzej walczył, żeby prezydentowa jednak przyszła. Tomasz zapraszał nowych gości. Są wdzięczni Tomaszowi Nałęczowi, który ich wtedy uratował, przyjmując zaproszenie. I prezydentowej, która mimo gorączki przyjechała do studia.
Był gość, który leciał z Brukseli, ale tuż przed programem zamiast w Warszawie wylądował... we Wrocławiu. Był program, który zaplanowali rozrywkowo, ale wydarzyła się tragedia w "Halembie", więc musieli improwizować.
Jak sobie radzą ze stresem? - Ja się wypłakuję Tomkowi, on mnie głaszcze po głowie i... jest OK - śmieje się Andrzej.
- Jeśli on chce trzymać się takiej wersji, to niech będzie! Ale ja o wszystkich problemach zapominam, kiedy jestem ze swoimi dzieciakami, Łukaszem i Julką. Wtedy nie mam czasu myśleć o pracy. Musimy przecież decydować, gdzie powiesić flagę piracką, z czego zbudować statek, co zrobić z misiem Pandalem, bo biedny się rozchorował.
Wieczorem po pracy jadą do domu. Zazwyczaj razem. Ale powroty są spokojniejsze niż poranki. Nie kłcą się. Tomasz nie majstruje przy radiu Andrzeja. Andrzej jest skupiony, niełatwo go wtedy rozkojarzyć. Ojcowie wracają do dzieci.