Początek tygodnia. Wczesny wieczór. Bufet jednego z warszawskich teatrów. Od razu rzucają się w oczy.

Daleko im do telewizyjnych gwiazd. Raczej bliżej do chłopaków z sąsiedztwa. Podchodzę do stolika. Na moje „dzień dobry” niemal jednocześnie wstają z krzeseł na przywitanie. Dżentelmeni.

- Mamy jakieś czterdzieści minut do nagrania programu. Jeszcze nie jedliśmy obiadu. A może pani się czegoś napije? Na przykład wódeczki?

Odmawiam, biorę wodę. Też nie biorą wódki, zamawiają barszczyk.

W trasie zawsze to tak wygląda. Pośpiech. Śniadanie jadają na obiad, obiad na kolację, a kolację po północy. Z reguły przy okazji. A zarwane przez koncerty noce odsypiają w ciągu dnia. W samochodzie, który w trasie stał się, po hotelach, ich drugim domem.

Bo życie kabareciarzy staje na głowie. I tak stoi już od ośmiu lat. Tyle czasu lubelskie trio Ani Mru-Mru bawi publicznoś do łez. I nic nie zapowiada, by miało się to zmienić.

Kabaret...

Marcin: Może to brzmi jak banał, ale my naprawdę kochamy to, co robimy. I nie wyobrażamy sobie, że mielibyśmy rzucić kabaret.

Michał: Po tych latach nie mamy wątpliwości, że to najlepszy sposób na życie. Ale zanim do tego doszliśmy, musieliśmy podjąć męską decyzję - czy poświęcamy się całkowicie kabaretowi, czy nie robimy go wcale. Praca na scenie na pół gwizdka nie ma sensu. A tak naprawdę to publiczność pomogła nam dokonać wyboru.

Waldek: Decyzja była tym trudniejsza, że każdy z nas był poukładany zawodowo. Marcin jest nauczycielem WF-u, Michał monterem urządzeń telekomunikacyjnych. A ja... ja właściwie to nie wiem, kim jestem. Bo człowiek, który studiował ekonomię, jest ekonomistą. Ten, kto skończył prawo, jest prawnikiem. Ja skończyłem administrację i nie wiem, kim jestem. Pięć lat człowiek studiował i nie wie, kim jest (śmiech).

Marcin: Zainteresowanie naszymi występami, nagrody na festiwalach uświadomiły nam, że to najodpowiedniejsza droga zawodowa, którą po prostu musimy i chcemy pójść. W styczniu dostaliśmy Telekamerę w kategorii Kabaret Roku. Te 180 tysięcy osób, które na nas oddało głosy, to jest naprawdę coś. Teraz nie mamy wyjścia. Jesteśmy skazani na publiczność, a publiczność na nas...

Przyjaźń...

Na pytanie o przyjaźń pierwszy odpowiada Waldek. Że wstają o 9 rano, wsiadają do samochodu i jadą na koncert. I że grają dwa występy, i jak kończą, to nagle okazuje się, że jest już 24.00. I że tym sposobem są ze sobą 17 godzin na dobę. Więcej niż z własnymi rodzinami. Tak wygląda ich przyjaźń na co dzień.

- Czasami zdarza się, że mamy siebie szczerze dosyć - przerywa Marcin. - Jak sobie dajemy z tym radę? Normalnie, po męsku. W krótkich żołnierskich słowach wyjaśniamy pewne rzeczy. Jak to faceci.

Najczęściej fochy stroi Michał. Po czym poznać, że Michał ma akurat focha?

- Przygotowujemy się do występu. Głośno myślimy, jak to zrealizować. I nagle się okazuje, że coś się Michałowi nie podoba, że jest nie po jego myśli. I co wtedy robi? Tradycyjnie wyjeżdża z tekstem: „Nie róbmy tego!”. Ale dlaczego? - pytamy. „Bo nie!” to jego klasyczny foch - opowiada Marcin.

Michał dorzuca, że na szczęście w trasie mieszkają w hotelach. I każdy śpi w osobnym pokoju. W ten sposób od siebie odpoczywają.

Akurat. A kto chodzi po nocy i pożycza cukier albo ładowarkę do komórki? Oczywiście, Michał. Ten facet nie daje od siebie odpocząć - podkopuje tę idyllę Marcin.

A w ogóle, to podobno sprawa jest łatwa. Bo Ani Mru-Mru to najpierw przyjaciele, a potem współpracownicy. Twierdzą, że gdyby nie tworzyli kabaretu, to chodziliby razem do kina, na piwo. Bo ludzie, którzy robią kabaret, muszą być przynajmniej kolegami poza sceną. Oni są. Jeżdżą razem na wakacje. W styczniu byli wspólnie w Kenii. Latem chcą wypłynąć w rejs po wyspach greckich.

- No i Michał był ostatnio pożyczyć ode mnie pieprz. W nocy - przypomina sobie Waldek.

O sobie…

W Ani Mru-Mru konflikty się zdarzają. Jak to w trójkątach. Chłopaki mają na to hipotezę. To różnice charakterów są wszystkiemu winne. Każdy z nich to inny typ. Ale ma to też swoje dobre strony. Uzupełniają się. Jeśli któryś ciągnie w górę, a drugi w dół, to jakaś wypadkowa zawsze powstaje, i przynajmniej się nie nudzą.

- Ja mam takie podejrzenia, że Michał nie umie ustawić sobie budzika - mówi Waldek. - Wkurza mnie, jak muszę z samochodu wracać do hotelu, na szóste piętro, i kopać w jego drzwi, żeby go dobudzić. On jest gadżeciarzem. Ma chyba z 12 par okularów i 8 zegarków.

- Jakie osiem! Cztery! Ten jest czwarty - zdejmuje z ręki i pokazuje nowy nabytek. Wszyscy po kolei zaczynają go oglądać. - Ale snobem nie jestem. Kupuję tylko to, na co mnie stać - A ty, Waldek, jesteś sceptykiem-hipochondrykiem.

- Kołek codziennie rano budzi się z innym schorzeniem albo z dodatkowym, które pojawia się obok tego z poprzedniego dnia - wyjaśnia Marcin.

- Ostatnio to nawet myśleliśmy, że będzie odchodził, bo zaczął się z nami żegnać. Ale jakoś jeszcze ciągnie. Przy tych swoich „schorzeniach” to dobry chłopak. Skutecznie sprowadza nas na ziemię, jak trzeba.

- A Marcin… on ma nieprawdopodobną kondycję fizyczną, bez względu na to, co poprzedniego dnia się działo - mówi Waldek. - Gdyby nie on, to w wiele miejsc byśmy nie dojechali. Jemu wystarczą trzy godziny snu na dobę, żeby dobrze funkcjonować.

- Bo on jest po AWF-ie - wtrąca Michał.

- Chłopaki podejrzewają, że mam jakieś tabletki, które rozpuszczam w wannie i się w nich kąpię. A ja już tak mam - dodaje Marcin.

- A poza tym jesteś uzależniony od żelu do włosów. On używa tylko jednego. I jak w trasie skończy się jego ukochany żel, dramat - dorzuca szyderczo Waldek. Patrzę na czuprynę Marcina. Jest perfekcyjnie ułożona.

Może grupa striptizerów…?

Marcin: Chcielibyśmy do końca pracować, wykorzystując nasze umiejętności. A czy to będzie zawsze tylko kabaret, czy własny program telewizyjny, radiowy czy grupa striptizerów, to czas pokaże. Cały czas jesteśmy zasypywani propozycjami pracy w telewizji. Jednak najlepiej czujemy się na scenie w kontakcie z publicznością. I dopóki wystarczy weny i publiczność nadal będzie obdarowywać nas kredytem zaufania, my ze sceny nie zejdziemy. W momencie, kiedy ta moc twórcza się wypali - a historia pokazuje, że było mnóstwo artystów kabaretowych, którzy w pewnym momencie się wypalili - to jesteśmy przyjaciółmi. Cały czas nimi będziemy. I na pewno wpadniemy na kolejny pomysł, by nadal wspólnie coś tworząc, pracować i dobrze się przy tym bawić.

Waldek: Zdecydowanie jestem za!

Michał: Ja też… (śmiech)