Ostatni odcinek trzeciego sezonu oglądało niespełna 5 mln osób, na reklamach wyświetlanych podczas całego trzeciego sezonu telewizja TVN zarobiła kolosalne 25,4 mln złotych. Do tego doszła wygrana w ostatniej edycji "Telekamer" w kategorii serial obyczajowy (niemal 170 tys. głosów). A także opinia serialu przyjaznego, ciekawego oraz angażującego emocje, zapewne pierwszego polskiego serialu, o którym można porozmawiać w towarzystwie (potwierdzone, sam sprawdziłem). Skąd ten sukces?

Wygląda na to, że "Magda M." trafiła w jakiś czuły nerw naszego społeczeństwa. Przede wszystkim odkryła nowy gatunek rodzimej widowni serialowej: wielkomiejskich trzydziestolatków. Dotychczas ta elitarna, wykształcona i dobrze zarabiająca grupa omijała telewizyjne produkcje szerokim łukiem - bo też co miała oglądać? "Plebanię", "Złotopolskich"? Trzydziestolatkom z aspiracjami pozostawały serwisy informacyjne, kilka programów typu talk-show, może "Kasia i Tomek". Dopiero "Magda" pokazała ich świat. Świat estetyczny, zasobny i zwyczajnie ładny. Świat szybkiej kariery i osobistych kłopotów. Świat romantycznych kolacji konsumowanych przy dobrym winie, wygodnych samochodów oraz "związków krótkoterminowych".

Oczywiście nie trzeba wielkiej przebiegłości, by dostrzec naiwność "Magdy". By zrozumieć, że serial w równym stopniu pokazuje pewną nową rzeczywistość, co ją idealizuje, upraszcza, nawet fałszuje. A jednak miliony widzów świetnie odnajdują się w tej fikcji. Co w niej widzą? Może najwłaściwiej byłoby powiedzieć, że "Magda" sprzedaje marzenie - o rzeczywistości, gdzie kobieta, nawet nieszczęśliwa w miłości, ma szansę na samorealizację i autoekspresję; gdzie bohaterowie ciężko pracują, ale mają również czas, by cieszyć się przyjemnościami życia; gdzie jedną z głównych postaci może być sympatyczny gej; gdzie (to mój ulubiony element) związki "na kocią łapę" nie są napiętnowane.

W jakimś stopniu "Magda" uświadamia, jak młodzi Polacy wyobrażają sobie swoje szczęśliwe życie: w kręgu przyjaciół, w pracy, która przynosi satysfakcję, w markowym butiku. Jeżeli socjolodzy przestrzegają, że na naszych oczach pod presją wolnorynkowego wyścigu rozpadają się tradycyjne związki społeczne, to "Magda" uspokaja: więzi międzyludzkie można odbudować nawet w sklepie z drogimi ciuchami.

Zarazem nie ma co udawać, że "Magda M." to serial wybitny. Po niezłym pierwszym sezonie kolejne szybko dryfują w kierunku miałkiej romantycznej stylistyki w guście "M jak miłość". "Magda" pokazała nasze marzenie o lepszym świecie, nie zaspokoiła jednak naszych marzeń o lepszym serialu. A to przecież gatunek przeżywający właśnie na świecie wielki renesans. Szefowie amerykańskiej stacji HBO wraz z paroma konkurentami w ciągu ostatnich lat dobitnie dowiedli, że w serialu można mówić o wojnie ("Over There"), polityce ("Prezydencki poker"), śmierci ("Sześć stóp pod ziemią") czy prawach mniejszości. Przedwczoraj ogłoszono, że HBO przygotowuje serial o amerykańskich wyborach z 2000 roku, gdy wygrał George Bush i ówczesnych kontrowersjach wokół liczenia głosów na Florydzie (reżyseruje wybitny Sidney Pollack).

Serial jako ważny element debaty publicznej? "Magda M." jeszcze nie może aspirować do takiej rangi. Dlatego rozpoczęty wczoraj czwarty sezon cyklu pewnie zobaczę, ale z autentycznymi wypiekami na twarzy czekam na jesienną premierę "Ekipy" - reżyserowanego przez Agnieszkę Holland pierwszego polskiego serialu politycznego z prawdziwego zdarzenia.