Patrząc na moje zalatane, zaplanowane co do minuty życie, można pomyśleć, że idealny weekend spędzę sobie leniwie, najlepiej na jakiejś bezludnej wyspie. Kto mnie zna, wie jednak, że to niemożliwe. Choćbym była zmęczona do granic wytrzymałości, weekendy lubię spędzać aktywnie. Jeden warunek: powoli, bez pośpiechu. Tempo, w jakim żyję w mieście, niszczy mnie, wyczerpuje, wysysa energię. A wystarczy wyjechać kawałek za Warszawę, by odkryć spokojniejszy świat, gdzie każdy odpoczywa, jak lubi, z dala od gwaru, szumu i spalin. Coś, czego dzisiaj coraz bardziej brak.

Widzowie weekendowego programu "Dzień dobry TVN” potwierdzą, że wolny weekend zdarza mi się co dwa tygodnie, gdy gospodarzami tego programu - zamiast mnie i Marcina Mellera - są Magda Mołek i Jolanta Pieńkowska. Gdy więc w końcu nadchodzi ten weekend "wypoczynkowy”, bardzo dbam, by był wyjątkowy, i to już od samego rana. Moje córki, 9-letnia Pola i 6-letnia Iga, wiedzą, że w soboty i niedzielę mam "dyspensę” od porannego wstawania. Budzą mnie dopiero o dziewiątej i przygotowujemy - jak to mówią - "duże śniadanie”. Najlepiej w towarzystwie sąsiadów (bardzo to lubię). Celebrowanie śniadania jest dla mnie ogromnie ważne, bo w tygodniu jadam poranny posiłek w pędzie, najczęściej w samochodzie. W wolny weekend przypominam sobie, jak smakuje pieczony w domu schab, biały ser robiony z zsiadłego mleka, prawdziwe, niesyntetyczne masło, żytni chleb na zakwasie, domowe konfitury ze skórki pomarańczowej. "Slow food” w najlepszym wydaniu.
Wiele osób ma do mnie pretensje, że w weekendy wyłączam telefon. Nie umawiam się w sprawach zawodowych, nie biorę pracy biurowej do domu. Kilka razy zdarzyło mi się w sobotę robić zakupy, czego nie mogę sobie darować. To bieganie ludzi między półkami, przepychanie się w kolejkach przypominało mi obłęd, jaki przeżywam okrągłe pięć dni w tygodniu. Zakupy - choćby nocą - ale w piątek!

Koniec tygodnia to dla mnie czas na uciechy ducha i ciała. Mogę jeździć na rolkach, wybrać się na wycieczkę rowerową albo pięknym leśnym szlakiem dotrzeć do stajni, gdzie czeka na mnie stęskniony koń Eolo. Odwiedzam go codziennie, ale tylko w weekendy mogę poświęcić czas na wszystkie czynności związane z przygotowaniem Eolo do jazdy: czyszczenie, ubieranie, szczotkowanie, masowanie specjalną gumową szczotką. Przebywanie ze zwierzęciem to dla mnie przyjemność, której nic nie może zastąpić. Na koniu odzyskuję siły, przestaję myśleć o problemach. Eolo to ogier rasy andaluzyjskiej. Ma piękny chód, jest dostojny, czuły i delikatny w obejściu. Posiadanie konia było jednym z marzeń mojego dzieciństwa, które się spełniło. W stajni są konie, którymi opiekują się moje dziewczynki. Czas tam spędzony traktują jak zabawę i coś wyjątkowego. Mamy szczęście, bo przy stajni jest niewielka knajpka, gdzie gotują rewelacyjne zupy i przygotowują fantastyczne sałatki.

Przyznam, że z biegiem lat coraz bardziej doceniam, nieco zaniedbywane wcześniej, kontakty ze znajomymi. Niedawno odnowiłam przyjaźnie nawet sprzed 25 lat. Ludzie z dobrą energią, pozytywnie myślący uskrzydlają mnie. To z nimi umawiam się w sobotnie wieczory. Odpoczywam tak, jak lubię. Niedziela jest dniem bardziej rodzinnym. Byłam wychowana na obfitych niedzielnych obiadach u babci i pielęgnuję ochoczo i z radością zwyczaj organizowania niedzielnych spotkań dla dużej liczby osób, z rodziny i nie tylko. Nie jest to trudne, bo mieszkam w miejscu, które przyciąga ludzi - otoczonym zielenią i lasami. Choć uważam, że jeśli spędza si w kuchni więcej niż pół godziny, to jest to czas stracony. Jak zrobić dobry obiad w 30 minut? Polecam przepisy kuchni włoskiej. Mama się dziwi, bo przygotowanie obiadu jej samej zabiera dwa dni. Ja lubię ułatwiać sobie życie.

Co lubi Kinga Rusin:

Jazdy konno i spacery w okolicy Konstancina. Wieczory w towarzystwie ludzi pozytywnie myślących. Dobry film na DVD, na przykład "Forrest Gump”, muzykę Barbry Streisand.