Renata Kim: Polacy rozwodzą się na potęgę; w tej chwili rozpada się już co trzecie małżeństwo. Co takiego się z nami dzieje?
Dorota Fedorowska*:
Najczęściej, niestety, jest tak, że ludzie nie mają dla siebie czasu. Gubią się w codziennym zabieganiu, w ciągłym pędzie za karierą i pieniędzmi.

Brakuje im czasu na małżeństwo?
Tak. Brakuje im czasu nawet dla siebie samych. Nie mają czasu na refleksję i ułożenie sobie priorytetów, wyliczeniu, co w życiu jest najważniejsze. Nie wiedzą, jak mogliby w rozsądny sposób spędzić nieliczne wolne chwile. I to ich gubi.

Bo często ludzie są sobie nawet życzliwi, kochają się, lubią, wiele ich łączy, ale w którymś momencie się gubią. Nie mają dla siebie cierpliwości. Stracili umiejętność rozmowy. Ale przede wszystkim nie mają dla siebie czasu. Ludzie żenią się z wielkiej miłości, a po kilku latach są zdumieni, że małżonek jest nie taki miły, jak się wydawał, i jeszcze na dodatek rzuca skarpetki na środek pokoju. Dramat gotowy...
Bo problem polega na tym, że zawsze próbujemy zmieniać partnera. A dlaczego nie zmieniamy siebie? I wszyscy mamy tę fatalną tendencję do zapominania, że w chwili zawierania małżeństwa bierzemy sobie diament, ale nieoszlifowany. I że to szlifowanie należy właśnie do nas, to my jesteśmy jubilerami, którzy mają ten cenny kamień doprowadzić do świetności. Nie ma innej możliwości. Bo nie ma takich związków, które nie przechodzą trudności. I tylko od dojrzałości partnerów i ich gotowości do kompromisów zależy, czy będą umieli pracować nad sobą.

Ale często ludzie żalą się, że małżonek zmienił się wręcz nie do poznania...
To jest po prostu klasyka. Małżonkowie mają do siebie pretensje o tak zwane niespełnione obietnice i zawiedzione nadzieje. Różnią się tylko detale. On mówi, że ona dawniej gotowała, a teraz nigdy tego nie robi. A na to ona odpowiada, że zawsze przygotowywała obiad o czwartej, ale on wracał dopiero o ósmej wieczorem i wszystko lądowało w koszu. O takie właśnie bardzo przyziemne rzeczy mają ludzie do siebie pretensje. Niepotrzebnie.

A co pani mówi ludziom, którzy twierdzą, że nie ma już między nimi miłości i chcą się rozstać?
Jako mediator zawsze namawiam ich, żeby mówili wszystko to, co myślą, ale z zachowaniem szacunku dla drugiej osoby. Proszę, by nie krzyczeli na siebie, a już broń Boże nie próbowali się zastraszać i manipulować sobą. Daję im się wygadać, pozwalam nazwać swoje emocje i uczucia. A potem zadaję pytania, które pozwalają uporządkować cały ten chaos, jaki zapanował w ich relacji. I nigdy, przenigdy, nie próbuję udowodnić, że jedno z dwojga małżonków ma rację, a drugie nie. Albo że któraś ze stron jest winna albo niewinna. Razem skupiamy się na szukaniu tego, co zostało w ich relacji po drodze zagubione. Może niewysłuchane albo nigdy niewypowiedziane.

I naprawdę coś do nich po takiej rozmowie dociera?
Czasem tak, a czasem nie. Wszystko zależy od tego, na jakim etapie kryzysu są ci ludzie. Jeżeli każde z nich ma już nowego partnera, to raczej nie ma szans, by ich związek udało się jeszcze skleić. Wtedy pozostaje jedynie namawianie ich, by dogadali się w sprawie opieki nad dziećmi, sposobu rozstania czy podziału majątku.

A jak ci skłóceni małżonkowie trafiają do pani?
Ja prowadzę mediacje na polecenie sądu. Niestety, ta forma pomocy jest jeszcze bardzo mało znana w Polsce i wie o niej niewielu ludzi.

Czy miała pani w swojej praktyce parę, która na pierwszy rzut oka nie rokowała żadnych nadziei, a potem dzięki mediacji postanowiła być jednak razem?
W ostatnim roku było u mnie tylko jedno małżeństwo, które podjęło próbę porozumienia. Było to możliwe, bo żadne z małżonków nie miało nowego partnera, mieli za to dzieci i chcieli spróbować naprawić swój związek. Ich półroczny okres próbny jeszcze trwa, nie wiem, jak się skończy. Niestety, bardzo często próby mediacji rozbijają się o drobne życiowe sprawy, w których małżonkowie nie są w stanie się dogadać. Bo obie strony muszą być zadowolone z porozumienia, żadna nie może się czuć pokrzywdzona. Każda musi czuć, że to jest JEJ porozumienie. Ale chciałabym podkreślić, że wielką zaletą mediacji jest to, że nie odwołuje się ona jedynie do litery prawa. Skłóceni małżonkowie mogą przypominać sobie nawzajem o łączących ich niegdyś więzach, zasadach etycznych czy moralnych. O swoich najgłębszych potrzebach i zobowiązaniach. I dopiero na tej podstawie tworzyć swoją ugodę.

A może w takim razie wszystkie myślące o rozwodzie pary należałoby przymusowo wysyłać na mediacje? A może nawet zmuszać do chwilowej separacji?
Praktyka pokazuje, że przymusowa separacja na polecenie sądu przynosi niewiele dobrego. Natomiast odesłanie do mediatora, który wie, jak rozmawiać, o co pytać, jak nazywać potrzeby małżonków, jest bardzo przydatne. Bo na takim spotkaniu dochodzi do wymiany informacji, do ujawniania własnych żalów i potrzeb. To ma głęboki sens, bo na tej podstawie osoby docierają wreszcie do własnych potrzeb, często po raz pierwszy się wysłuchują. W tej chwili jest w Sejmie projekt, który przewiduje obligatoryjne mediacje rodzinne. Ale jeszcze zanim wszedł w życie, wiele osób się buntuje. Mówią, że przecież są dorosłymi ludźmi i nikt nie będzie im dyktował, co mają robić.

Co pani sądzi o tych argumentach?
Planowana obligatoryjność mediacji będzie obowiązywała tylko sądy – sąd po prostu będzie przymusowo wysyłał strony do mediacji. Natomiast mediacja z definicji jest dobrowolna. I co z tym fantem zrobić? W niektórych stanach USA mediacja jest obowiązkowa, ale nikt nikogo nie zmusza do jej kontynuowania, ani tym bardziej do podpisywania ugody. Nie jestem pewna, jak to zostanie rozwiązane w Polsce.

A jak powinno być?
Znowu powiem z własnego doświadczenia. Kiedy sąd zleca mediację, to 70 proc. par małżeńskich się buntuje i wcale nie chce mediować, a jedynie 30 proc. przyznaje, że bardzo pragnęło pomocy kogoś z zewnątrz. Ale kiedy po zakończeniu spotkań daję uczestnikom do wypełnienia ankiety, w których oceniają skuteczność mediacji, to większość odpowiada, że sąd miał rację, wysyłając ich do mnie. Bo dopiero wtedy zobaczyli, na czym to polega. I zrozumieli, że dzięki spotkaniom coś udało im się w życiu uporządkować. Nawet jeśli nie udało się skleić związku, to wiele spraw zostało wyjaśnionych i dogadanych.

Czyli pani jest rzeczniczką przymusowego wysyłania na mediacje?
Nie! Ale jestem rzeczniczką dawania ludziom szansy skorzystania z mediacji. Ale też jestem rzeczniczką dobrowolności; chcę, aby obie strony miały możliwość zdecydowania, czy chcą takiej pomocy. Natomiast z pewnością nie zmuszałabym nikogo siłą do przychodzenia na mediację, bo to niczego dobrego nie przyniesie. To będzie tylko stracony czas, bo taki zmuszony człowiek wcale nie chce wysłuchać argumentów drugiej osoby. Do mediowania konieczna jest dobra wola. I musi to być wolna wola, bo tylko wtedy pomoc mediatora przynosi dobre skutki. Miałam w swojej praktyce przypadki, w których nie chodziło już nawet o ratowanie małżeństwa, ale o ustalenie polubownego sposobu opieki nad dziećmi. I kiedy udało się to zrobić, małżonkowie okazywali mi ogromną wdzięczność. Ostatni raz zdarzyło mi się coś takiego przed Bożym Narodzeniem. Małżonkowie nie zdołali się pogodzić, ale ułożyli sensowny plan opieki nad dziećmi. I byli mi za to naprawdę wdzięczni. I jeszcze mówili, że kiedy dostali skierowanie na mediacje, to myśleli, że zostaną ponownie przesłuchani i pouczeni, a tymczasem okazało się, że mogą wreszcie ze sobą po ludzku porozmawiać. I rozstać się z kulturą i w zgodzie. I był to dla nich wspaniały prezent na święta, tak mówili.

A czy pani jest mężatką?
Jestem po rozwodzie i w nowym związku. Kiedy rozstawałam się z moim eksmałżonkiem, nikt jeszcze w Polsce nie słyszał o mediacji. Ale na szczęście udało nam się załatwić sprawy w sposób ugodowy, bez kłótni w sądzie, choć naprawdę niewiele brakowało, by skończyło się to mówieniem do siebie na pan i pani. Oczywiście nie od razu wszystko poszło łatwo, wymagało to wielu rozmów i uzgodnień. Ale dzięki temu ostatnia rozprawa w sądzie była tylko zamknięciem naszego związku. I bardzo żałuję, że wtedy nie było mediacji, bo to jest coś pośredniego między wizytą u psychologa i terapią, a obu tych form pomocy Polacy bardzo się boją i wstydzą. Mediacja byłaby może bardziej do przyjęcia.

A dlaczego pani nie udało się uratować swojego związku?
Bo w tym cały jest ambaras, żeby dwoje chciało naraz. I tyle. I w naszym przypadku jedyne, co dało się jeszcze negocjować, to było właściwe rozstanie. Takie rozstanie, w którym nie zostaną skrzywdzone nasze dzieci, a ja będę mogła stanąć na nogach.

Czy ma pani jakąś receptę na udane małżeństwo? Jak budować dobry związek i jak się nie rozwodzić?
Prosta sprawa, o której wszyscy wiedzą, ale łatwo o niej zapominają, to bycie gotowym do mówienia o swoich uczuciach i potrzebach. Trzeba być gotowym do wysłuchania tego, co ma do powiedzenia małżonek. A sprawdzianem tej gotowości jest umiejętność powtórzenia swoimi słowami tego, co on wcześniej powiedział. I jeśli takie umiejętności mają małżonkowie, to nie są im potrzebne osoby trzecie ani żadne fachowe porady. I jeszcze radziłabym pamiętać, że nie ma ludzi całkowicie dobrych i złych, diabłów i aniołów. I ciągle przypominać sobie, że kiedyś na początku kochaliśmy tę osobę ze wszystkimi jej zaletami i wadami, i że taką ją całkowicie akceptowaliśmy. Przecież ona nie mogła aż tak bardzo się zmienić.


Dorota Fedorowska* jest psychologiem mediatorem, członkiem Stowarzyszenia Mediatorów Rodzinnych