Jeszcze niedawno byłam księgową w małej firmie rzeczoznawczej w Poznaniu. Założycielami firmy byli trzej moi koledzy jeszcze z poprzedniego zakładu pracy. Nie chcieli zatrudniać dodatkowych osób, bo uważali, że powinniśmy tak organizować sobie czas, by z wszystkim zdążyć.

W rezultacie - choć odpowiadałam tylko za sprawy księgowe - podczas każdej nieobecności któregoś z kolegów, musiałam go zastępować. Wiele razy zostawałam w biurze dłużej, często pracowałam w domu popołudniami i w weekendy. Zdarzało się, że także w nocy - bo przecież terminy w księgowości nie mogą czekać.

Wszystko zaczęło się psuć w ubiegłym roku. Wyszłam za mąż i chciałam urodzić dziecko, a koledzy pracodawcy doskonale o tym wiedzieli. Po jakimś czasie doszły mnie słuchy, że szukają nowej osoby. Miał to być koniecznie mężczyzna - bo nie zajdzie w ciążę. W styczniu zatrudniono nową osobę, o dziwo znowu kobietę, na stanowisko asystenta koordynatora. Mnie zaś coraz częściej sygnalizowano, że ewentualna ciąża będzie niekorzystna dla firmy. Mało tego, szef zaczął mnie natarczywie wypytywać o stan zdrowia i czy staram się o potomstwo.

Tymczasem nowa koleżanka dostała pochwałę za to, że dziecko już ma. Jakiś czas później podpisano z nią umowę o pracę na czas nieokreślony.
Ja również dostałam propozycję - tyle, że dotyczyła rozszerzenia zakresu moich obowiązków. To wiązało się z zakupem niezbędnych narzędzi pracy. Napisałam o tym szefowi, a w odpowiedzi dostałam e-mail bez żadnej treści, ale z załącznikiem, w którym było wypowiedzenie umowy o pracę. Oficjalną przyczyną była likwidacja stanowiska: księgowością w naszej firmie miała się od tej pory zająć firma zewnętrzna.

Nie zabolało mnie nawet samo zwolnienie z pracy, ale sposób, w jaki zostało to zrobione. Żaden z kolegów nawet nie spojrzał mi w oczy, nie zdobył się choćby na krótką rozmowę.
Przyjęłam wypowiedzenie. Kilka dni później udziałowcy zażądali, abym odsprzedała im swoje udziały w firmie po cenie nominalnej (choć ja kupiłam je wcześniej po wyższej cenie). W zamian byli gotowi skrócić mi okres wypowiedzenia do zera. A jeśli się nie zgodzę to - jak sugerowali - "będę przez trzy miesiące gnić przy stole", bo i tak zabiorą mi wszystkie zajęcia. Nie zgodziłam się na te warunki.

Niedługo potem zaszłam w ciążę. Zgłosiłam się do Państwowej Inspekcji Pracy z pytaniem, czy mam w związku z tym jakieś uprawnienia w okresie wypowiedzenia. Dowiedziałam się, że powinnam zdobyć zaświadczenie lekarskie i złożyć pismo z żądaniem uznania wypowiedzenia za bezskuteczne. Zrobiłam to, ale niestety, pracodawca nawet mi nie odpisał.

Byłam już wtedy bardzo zdesperowana i postanowiłam złożyć pozew do sądu. Dzień później dostałam pismo od pracodawcy, w którym odmawiał cofnięcia mi wypowiedzenia. Z tym listem w ręku udałam się po kolejną poradę do PIP, gdzie usłyszałam, że najlepiej będzie złożyć skargę. Inspektor powiedział, że jeśli kontrola potwierdzi, że zostałam zwolniona niezgodnie z prawem, to Inspekcja może zażądać przywrócenia mnie do pracy. Później okazało się, że mimo iż PIP stwierdził rażące naruszenie przepisów, to jednak wstrzymał się z postępowaniem do momentu ogłoszenia wyroku przez sąd.

Rozprawa odbyła się w październiku 2006 roku. Sędzia przywrócił mnie do pracy. Dziecko urodziłam w grudniu ubiegłego roku. Na razie jestem jeszcze na urlopie macierzyńskim, ale doskonale wiem, że nie mam po co wracać do mojej firmy.