Wygryzła pani Monikę Olejnik. Nie wstyd pani?
Dorota Wysocka-Schnepf: Nikogo nie wygryzłam! Nie znoszę porównań do Moniki. Szanuję ją, jest świetną dziennikarką. Ale ja prowadzę zupełnie inny program niż jej "Prosto w oczy".

Ale jest pani ostra jak Olejnik...
Jeśli trzeba, potrafię być ostra. Na przykład kiedy polityk mija się z prawdą. Niedawno poseł Wenderlich z SLD kłamał w moim programie, że nie pokazaliśmy w "Wiadomościach" manifestacji przed Sejmem i że nie zaprosiłam tego dnia przedstawicieli Platformy Obywatelskiej. Relacja z demonstracji była, a posłowie nie przyszli, bo nie przyjęli zaproszenia. Takie oskarżenia są bardzo nieprzyjemne.

I co pani zrobiła?
Zezłościłam się bardzo, ale starałam się wytłumaczyć wszystko z zimną krwią. Do tej pory nie mogę uwierzyć, że można tak kłamać w żywe oczy.

Widzowie chcieliby może poznać pani sympatie polityczne...
To jasne, że mam wyrobione poglądy polityczne. Ale zostawiam je w domu. Dziennikarz relacjonujący wydarzenia nie może ujawniać swoich sympatii politycznych, bo staje się niewiarygodny. Zadaję trudne pytania zarówno tym, z którymi prywatnie się zgadzam, jak i tym, których poglądy odrzucam.

Prowadzi pani "Wiadomości" tylko co drugi weekend. Wcześniej pojawiała się pani codziennie. Chyba żal stracić pięć milionów widzów...
Mogłam w proteście głośno zrezygnować z pracy. Tylko po co? Na kogo miałabym się obrazić? To byłoby bez sensu. Mam świadomość, że "Wiadomości" to najchętniej oglądany program informacyjny w Polsce, o ogromnej sile oddziaływania. Ale z drugiej strony ta sytuacja ma swoje plusy. Teraz prowadzę swój program publicystyczny. Wielu widzów wciąż żyje w przeświadczeniu, że prezenterzy uczą się tekstów na pamięć, że ktoś im je podsuwa. Publicystyka jest najlepszym miejscem do pokazania swoich faktycznych możliwości.

To kto je pisze?
Materiały przygotowują reporterzy, ale to, co ja mówię widzom, przygotowuję sama. Szperam w Internecie. Czytam gazety. To bezwzględny wymóg w pracy dziennikarza. Trzeba mieć oczy szeroko otwarte, bo czasem sprawa z pozoru błaha w ciągu sekundy staje się tematem dnia. Jeśli rano polityk powie mimochodem o możliwości zawiązania nowej koalicji w Sejmie, już wieczorem ten temat może być bardzo gorący. O ostatecznym kształcie "Wiadomości" decyduję wspólnie z wydawcą.

I nikt się nie wtrąca? Politycy nie dzwonią z pretensjami? Nie narzucają tematów?
Koledzy z dłuższym stażem w telewizji opowiadali, że zdarzały się takie sytuacje, kiedy prezesem był Robert Kwiatkowski. Teraz zespół "Wiadomości" jest niezależny. Ale politycy oczywiście nie odpuścili. Mają pretensje, że ich nie pokazujemy. Niektórzy chcą decydować osobiście o tym, co i w jakiej formie pójdzie na antenie. Nie ma na to zgody. Politycy powinni się zająć polityką, a dziennikarstwo pozostawić dziennikarzom.

Pani mąż też zajmuje się polityką. Jest dyplomatą. To rodzi konflikt interesów.
Zupełnie się nie zgadzam. Tylko raz praca męża wpłynęła na moją decyzję zawodową. To było w dniu, kiedy składał dymisję ze swojego urzędu i niespodziewanie sprawa stała się dość głośna. Tego dnia miałam prowadzić "Wiadomości". Podjęłam więc najlepszą z możliwych decyzji: zamieniłam się na dyżur z Dorotą Gawryluk. Niezręcznie jest informować widzów, że własny mąż podaje się do dymisji.

Dlaczego niezręcznie? Przecież poglądy zostawia pani w domu…
Ale mimo całego mojego wysiłku, zawsze znajdzie się ktoś, kto mi zarzuci, że przemyciłam coś korzystnego dla męża. Nie ma na to rady, więc kiedy sprawa jego dymisji była głośna, starałam się nie pracować.

A czy pani poglądy polityczne są takie jak męża?
Nie zawsze są zbieżne. Ale nie powiem jakie.

Skąd pani zainteresowanie polityką? Wydaje się mało kobiece...
Nieprawda. Nie jestem feministką, ale kobiety mają takie samo prawo uczestniczyć w polityce i ją opisywać jak mężczyźni. Tych bezpośrednio związanych z polityką jest mało, ale to inna sprawa. Jeśli chodzi o mnie, to ja wchodziłam w dorosłe życie na przełomie lat 80. i 90. To był bardzo gorący okres w polskiej polityce. I w ogóle na świecie. Również w 1992 roku, kiedy pierwszy raz przyjechałam do Warszawy, było gorąco. To czas rządu Olszewskiego, noc teczek – same napięcia. Wszystko było tak ciekawe, że wchłonęło mnie bez reszty.

Dlaczego przeniosła się pani z Wrocławia do Warszawy?
Bo pracowałam we wrocławskim radiu, a chciałam w Trójce, która miała swoją siedzibę w stolicy. Program Trzeci był wtedy najlepszy, pracowali tam świetni ludzie. Po trzecim roku studiów na Politechnice Wrocławskiej przyjechałam do Warszawy na coś w rodzaju praktyki wakacyjnej. I zostałam. Studia kończyłam już w Warszawie.
Zaczęła pani prowadzić "Salon polityczny Trójki"…
Nie tak szybko! Przez kilka lat byłam reporterką sejmową. Prowadziłam też na żywo rozmowy z politykami w parlamencie. Później pomagałam Monice Olejnik, która wtedy pracowała w Trójce. To mi dało niezbędne otrzaskanie, doświadczenie. Poznałam polityków, ich styl i sposób pracy oraz myślenia. A kiedy Monika odeszła, zwolniło się poranne pasmo. Wtedy razem z Krzysztofem Skowrońskim na zmianę robiliśmy wywiady z politykami.

Praca to dla pani...
Hobby. Hobby kojarzy się raczej z odpoczynkiem od pracy. Ale ja naprawdę traktuję pracę jak hobby. Powód jest prosty: robię to, co lubię i kocham. Ta praca daje mi satysfakcję. Wiele osób pracuje w miejscach, których nie lubi. Ja mam to szczęście, że wręcz przeciwnie.

I odbiera pani telefony nawet w nocy i na urlopie?
Nie mam awersji do komórki. Nie traktuję jej jak smyczy. Telefon po prostu pomaga mi w życiu. Choć raz zdarzyło mi się, że na tygodniowym urlopie właściwie nie używałam telefonu. Czułam, że już muszę się odciąć.

To jak pani odpoczywa, skoro praca to hobby?
Bardzo wyczerpujące hobby. Wstaję za wcześnie i kładę się za późno, doskwiera mi brak snu. Wszystkiemu winne były poranne programy, ale od niedawna w związku z wieczornym "Kwadransem po jedenastej", poranny "Kwadrans po ósmej" prowadzę już tylko w poniedziałki. W weekend wyjeżdżam do lasu z mężem i psem albo odwiedzamy mamę. I tak odpoczywam. A w tygodniu spaceruję po Warszawie z moim bokserem.

Czyli pies to drugie hobby.
O nie! To tak kochane stworzenie, że niezręcznie jest mówić o nim w kategoriach hobby. To jest po prostu członek rodziny. Uwielbiamy spędzać czas z Felkiem. Kiedyś witał się z każdym, wchodził na kolana. Ale podróżowanie samolotami bardzo go zmieniło. Teraz jak ktoś obcy przychodzi do domu, ucieka do siebie.

Kto się nim zajmuje? Przecież pani nigdy nie ma czasu.
Rano i wieczorem spaceruje z nim mąż, a w ciągu dnia ja. Pracuję i mieszkam bardzo blisko, więc kiedy nadchodzi święta pora między 15 a 16, biegnę Felka wyprowadzić, nie ma wyjścia.

Jest sobota, środek dnia. Wybiegła pani z pracy, do której za chwilę wróci. Czy jako żona dyplomaty nie powinna pani raczej organizować przyjęć lub brać udziału w jakiejś akcji charytatywnej?
To stereotyp. Ja zresztą nigdy nie byłam typową żoną ambasadora. Teraz na szczęście nikt od żon dyplomatów nie oczekuje, by angażowały się w tego rodzaju akcje. Chociaż przyznaję, że w Kostaryce, gdzie mąż był ambasadorem, wspierałam stowarzyszenia, które zakładały koleżanki. Ale głównie pracowałam dla radia. I mimo znikomego zainteresowania nieznaną w Polsce Kostaryką, napisałam kilkadziesiąt artykułów do gazet i wysłałam w ciągu trzech lat ponad 600 korespondencji z tego środkowoamerykańskiego kraju, które były emitowane w programach Polskiego Radia.

O czym to były relacje? O problemach politycznych Kostaryki?
No nie (śmiech). O problemach społecznych, które często są podobne do tych w Polsce. I nie tylko o Kostaryce, ale również o całym regionie. Byłam świadkiem rewolt społecznych w Wenezueli i Argentynie. Te wydarzenia nie były obojętne dla świata.

Wielu ludziom się wydaje, że żona ambasadora po prostu leży i pachnie....
Co to, to nie! Taki styl życia jest fajny w wakacje, miłe dwa tygodnie, no, miesiąc. Można sobie poleżeć, odpocząć, pojeździć i pozwiedzać. Ale ja nie jestem typem plażowicza, który lubi nic nie robić. To nie w moim stylu. Poza tym z mojego domu miałam bardzo daleko nad morze…

Jak to jest być żoną ambasadora?
Normalnie. Trzeba jedynie pamięta, że na placówce reprezentujemy Polskę i nasze zachowanie wpływa na odbiór kraju na świecie. To, co mówimy również, więc po prostu należy być dyplomatą.

A jakie obowiązki ma żona dyplomaty?
Pani chce mi udowodnić, że ja leżałam i pachniałam... A tych obowiązków jest naprawdę wiele. To choćby spotkania, które trzeba odbyć lub zorganizować. Wcale nie jest tak, że się leży i nic nie robi.

Jakieś wpadki?
Na szczęście nie było poważnych wpadek. Trzeba się nauczyć pewnych zasad, np. jak się układa sztućce. Ale to podręcznikowa wiedza – który widelec jest do ryb, a który do steków. Trzeba się nauczyć i już. To jest też sztuka niemówienia o pewnych rzeczach, by właśnie tych większych wpadek uniknąć. Chodzi o drażliwe sprawy polityczne.

Musiała się pani zaprzyjaźnić z żonami innych ambasadorów…
Wcale nie musiałam. Spotkania z wieloma to była przyjemność, z niektórymi nawiązałam nieco bliższe kontakty. Zapraszaliśmy się w soboty na grilla, w zupełnie nieformalny sposób. I do tej pory utrzymujemy kontakty.

Czyli nuda…
O nie! Wręcz przeciwnie. Również w Kostaryce życie potrafi być bardzo ciekawe. Namierzyłam na przykład zbrodniarza hitlerowskiego, który się tam ukrywał. Sygnał dostałam z Polski. Sprawę prowadził Instytut Pamięci Narodowej. Chodziło o nazistę, który mordował Żydów w Polsce. Dzięki współpracy z największym dziennikiem w Kostaryce oraz z lokalną Polonią udało mi się odkryć, gdzie ten człowiek się ukrywał. Nie było to łatwe, bo zaszył się w dżungli. Sprawą zajęło się polskie Ministerstwo Sprawiedliwości i odpowiednik Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w Kostaryce. Ale zanim doszło do ekstradycji, ten człowiek zmarł.

O przygodzie z dyplomacją mówi pani dyplomatycznie, więc porozmawiajmy teraz o pani mężu dyplomacie. To podobno jego upór sprawił, że została pani jego żoną.
To chyba przesada (śmiech). Poznaliśmy się w samolocie. Uparł się, żeby mi pomóc przy układaniu bagażu na półce. Nie chciałam, bo nie lubię, jak mi faceci pomagają w takich sytuacjach, ale on się uparł…

Taka Zosia Samosia, silna kobieta…
Tak, jestem kobietą samodzielną. Nie obciążam sobą innych i nie liczę na niczyją pomoc. Ale nie jestem silna. Choć przyznaję, że chciałabym taka być.

Wróćmy do męża, co było dalej?
Potem był ślub w Warszawie. Ale skromny. Nie chcieliśmy wielkiej ceremonii. Tylko małe spotkanie w rodzinnym gronie.

Mąż jest starszy od pani o 19 lat. Nie przeszkadza pani taka różnica wieku?
Kiedyś wydawało mi się, że to strasznie dużo. Teraz w ogóle jej nie odczuwam. Mąż jest dojrzalszy, bardziej doświadczony życiowo, pukładany, a to dla mnie bardzo ważne.

Kto rządzi w domu?
Nasz pies (śmiech). A tak na poważnie – są sprawy, w których ja mam więcej do powiedzenia i mąż bierze pod uwagę moje opinie, ale są sprawy, kiedy on ma głos decydujący. Jesteśmy dla siebie partnerami.

Zalety męża?
Bardzo dobrze gotuje. Do tego czasem gra na gitarze i śpiewa (śmiech).

Akceptuje pani rytm pracy? Jest wyrozumiały?
Jak najbardziej. Sam żył do niedawna w takim rytmie. Teraz ma spokojniejszą pracę. To on mnie dopinguje, jest moim oparciem. Poza tym mamy podobne zainteresowania. Choćby polityka. Mnie interesuje jego praca, a jego moja.

Pojechałaby pani drugi raz za mężem na placówkę?
Wolałabym nie. Zwłaszcza nie tak daleko. Sama podróż z Kostaryki do Polski to 24 godziny w samolocie, kilka przesiadek. W kraju mam rodziców, za którymi tęsknię, przyjaciół. Nie chcę ich opuszczać. Poza tym po długiej nieobecności w kraju człowiek zastaje zupełnie inny świat. Gdybym miała decydować dziś, pewnie bym została. Ale kto wie, co będzie za tydzień.

Trudny wybór. Jako typowa Waga ma pani problem z podejmowaniem szybkich decyzji, waży je pani…
Ładnie to pani nazwała: ważenie. Mój mąż określa to inaczej – brak zdolności do podejmowania decyzji. Rzeczywiście jest to mój problem. Za długo myślę. Ważę te argumenty za i przeciw. U męża, u przyjaciół. Pytam o opinie i sugestie. I tak trwa to moje podejmowanie decyzji...

Robi pani wrażenie osoby opanowanej, spokojnej. Nigdy się pani nie stresuje?
W pracy wciąż jestem w wirze wydarzeń. Kiedy wracam do domu, przez dwie, trzy godziny nie mogę zasnąć. Choć ciemno za oknami, dla mnie jest jeszcze dzień. Ale ja to lubię, nazywam pozytywną adrenaliną. W ogóle lubię zmiany.

Zmiany fryzur też?
Wręcz przeciwnie (śmiech). Teraz wyglądam "po swojemu", tak jak przed rozpoczęciem pracy w telewizji. Skusiłam się na jedną zmianę, która okazała się pomyłką: ufarbowałam włosy na blond. Wyszło fatalnie. Dla uściślenia: to były pasemka... Niech będzie, że pasemka. I one się rozjaśniały, coraz bardziej i bardziej... aż wreszcie zaczęły się ze mną "gryźć". To nie był mój kolor. Teraz już o tym wiem.

Przecież w telewizji pracują styliści. Nie pomogli pani w doborze koloru?
Sugerowali, żebym rozjaśniła włosy. Miałam wyglądać lepiej, bo taki kolor lubi kamera. Ale w moim przypadku to się nie sprawdziło.

A jeśli chodzi o ubrania, słucha pani rad ekspertów?
Czasami. Ale ostatecznie sama decyduję, co na siebie włożyć. Bywało, że słuchałam, a potem żałowałam. Teraz ubieram się tak, jak podpowiada mi dusza. I rozsądek.

W Internecie czytałam opinie, że jest pani najpiękniejszą prezenterką telewizyjną...
Naprawdę? Ja mam wrażenie, że na forach internetowych są raczej okrutni recenzenci. Z reguły anonimowi, wylewają swoją żółć i złość. Używają przy tym najgorszych słów.

Przeczytałam też, że jest pani jak Tomasz Lis, tyle że w spódnicy…
Znów te porównania... Ja nie dostrzegam tych podobieństw.

Gwiazda, żona dyplomaty – lubi pani takie określenia?
Nie czuję się żadną gwiazdą. Ciągle podkreślam, że jestem zwykłym człowiekiem, który wykonuje swój zawód. Nie chcę też być postrzegana jako żona dyplomaty. Mam swoje osiągnięcia, nie muszę udowadniać, że wszystko zawdzięczam ciężkiej pracy.

Osoba popularna pewnie dostaje wiele listów od widzów. Odpowiada pani na nie?
Zdarza się. Czasem przychodzi jakaś prośba o nagranie programu, bo na przykład pani rozpoznała kogoś, kogo całe lata nie widziała i chce do tego kogoś dotrzeć. Na takie prośby staramy się odpowiadać. Jednak większość ludzi piszących listy do znanych osób z telewizji ma o coś pretensje. Często absurdalne. Szkoda na to czasu.

O czym marzy Dorota Wysocka?
Nie chcę o tym mówić. Powiem, jak się uda.

To inaczej. Jaki ma pani teraz cel w życiu?
Nie jestem osobą, która stawia sobie cele i do nich dąży. Wielu uważa, że to błąd. Ja nie lubię robić czegoś za wszelką cenę.

Ostatnie pytanie: płacze pani na filmach?
Wzruszam się. Kiedyś się tego wstydziłam. Teraz potrafię się rozryczeć. Mój ulubiony film to "Lepiej być nie może" z Jackiem Nicholsonem. O trudnej miłości. Smutny... Ale dobrze się kończy. Choć nie zawsze tak jest w życiu…