Iwona Dudzik: Wyraźnie widzi pani córkę?
Alicja Tysiąc:
Jak bliżej podejdę, to widzę. Choć gdy urodziłam, to w ogóle nic nie widziałam. Po porodzie miałam wylewy, wzrok się pogorszył. Pojechałam wtedy do warszawskiego szpitala na Czerniakowskiej, tego samego, gdzie odmówiono mi aborcji. Okulista zaczął na mnie krzyczeć: "Kto w ogóle zezwolił na tę ciążę?".

A teraz, jak podejdzie pani bliżej, to wyraźnie ją pani widzi?
Tak.

Jak pani tak patrzy na nią, co pani myśli?
Co ja mogę myśleć? Teraz to ja się zastanawiam, jak jej przyszłość zapewnić.

Córkę ma pani bardzo ładną.
Wszystkie dzieci mam ładne.

Teraz pani ma minus 26 dioptrii. Jak się żyje z taką wadą?
Bardzo ciężko. Był nawet taki moment, że podałam dziecku przeterminowany lek.

Co pani widzi, a czego nie?
Co ja widzę? Jak jest np. ciemno, to nic nie widzę. Pani, gdy idzie wieczorem, widzi drogę, a ja nic nie widzę.

A jak pani robi zakupy? Widzi pani ceny na półkach?
Ja nie patrzę na ceny. Ja wiem, które rzeczy są tanie. To jest głupie pytanie. Wiadomo, że jak bardziej przybliżę się do cen, to je widzę. Ale gdy przechodzę obok ludzi, to ich twarzy nie widzę. Gdy leżą okruchy na ziemi, to ich też nie widzę. Dla mnie jest czysto, a tak naprawdę jest brudno. Już sama sytuacja z podaniem dziecku przeterminowanego leku...

A coś się stało w wyniku podania tego leku?
Nie czekałam, aż źle zadziała, pobiegłam od razu do szpitala. Na szczęście nic mu się nie stało.

A jak było przed ostatnią, trzecią ciążą?
Nie było tak.

Powiedziała mi pani we wtorek, że córeczka pani jest jeszcze za mała, ale słucha tego, co się teraz wokół pani sprawy dzieje. Jak pani kiedyś jej to wszystko wytłumaczy? Jak pani będzie z nią rozmawiała?
Moje dzieci też mogą mieć taki problem. Bo u nich ta krótkowzroczność, którą mam, może w każdej chwili się ujawnić. To nie jest choroba dzieciństwa. Mogą mieć 15 lub 20 lat i mogą zachorować. Być może staną przed takim problemem jak ja. Nie chciałabym, żeby miały takie problemy jak ja.

Czyli liczy pani na to, że dokładnie będą rozumieć pani motywację?
One już to rozumieją.

Ale ta mała, Julia, chyba nie do końca. Jednak to, że mama z początku jej nie chciała, może być traumatyczne.
Ale wie pani, to nie jest nic złego. Naprawdę. Z początku rozumuje się inaczej. Kobieta jest w ciąży i nie wie, czy to jest chłopiec czy dziewczynka. Nie myśli o tym. Próbuje ratować swoje zdrowie. Żeby nie być osobą niewidomą i wychowywać dzieci.

Ale może się też tak zdarzyć, że ktoś powie dziecku: mama cię nie chciała, mama chciała cię zabić. Co pani jej wtedy powie?
Nie dojdzie do czegoś takiego.

Liczy pani na to, że ludzie są bardziej światli i przyzwoici. Ale dzieci to przecież dzieci. One różne głupoty gadają.
Teraz nie ma pomocy wśród ludzi. Teraz jeden drugiego by bez powodu utopił. Nie ma tak, że każdy może pomóc. Tego już nie ma. To było kiedyś.

Wróćmy jeszcze do czasu, kiedy pani zastanawiała się nad aborcją.
Jeżeli idzie pani do lekarza i lekarz pani mówi: grozi pani utrata wzroku, proszę tę ciążę usunąć. Co pani wtedy robi?

No boję się i mam problem.

No więc właśnie. Ja się bałam, bo miałam już dwójkę dzieci. A być niewidomą i wychowywać dzieci? Co innego, gdy jest się osobą niewidomą od początku, to człowiek uczy się z tym żyć. A w tym wypadku pani traci wzrok i co?

Pani ma małe, 29-metrowe mieszkanie. Może to też było powodem, że trudno było pani poradzić sobie w życiu?
Nie, nie. Głównym powodem było moje zdrowie. Jak ktoś daje sobie radę mieszkać z dwójką dzieci, to da i z trójką. Ale ja jestem chora, mam I grupę inwalidzką, a nie dostaję refundacji na okulary. Same szkła do nich kosztują 1000 zł plus oprawka. A rentę mam 500 zł plus zasiłek 153 zł. Jakie to są realia - jak tu wyżyć cały miesiąc?

To są problemy bardzo życiowe i bardzo konkretne.
Ja w tej chwili przyjmuję bardzo drogie leki, bo się nabawiłam nerwicy. Nikt tego nie zrozumie, jeżeli nie doświadczy.

Może spróbować zrozumieć, jak to jest.
Każdy sobie myśli: A jaka to piękna dziewczynka. Dobrze, teraz jest, ale był czas, kiedy mogłam dokonać tej aborcji i bym nie miała tych wylewów i wzrok by mi się nie pogorszył. Ktoś po prostu za mnie zadecydował, a nie powinien tego robić. Każda kobieta powinna sama decydować o sobie. Każdy ma własne sumienie, wie, czy stać go na dziecko, czy jest zdrowy, czy jest chory, czy da radę wychować.

Ale czy też nie jest tak, że jak się nie chce mieć dzieci, to się robi tak, żeby nie zajść w ciążę?
Przy trzecim porodzie mieli mi podwiązać jajowody. Miałam skierowanie od lekarza. Nikt tego nie zrobił, bo powiedzieli, że to jest sprzeczne z prawem. I nadszedł dzień, gdy zaszłam w czwartą ciążę. I co ja mogę zrobić? Usunąć ją.

Nie mogła pani stosować antykoncepcji?
Nie mogłam ze względu na oczy. Ani pigułek, ani spirali. Jedynym sposobem było zabezpieczyć mnie przed kolejną ciążą, ale lekarze tego nie zrobili, bo to jest sprzeczne z prawem.

Lekarz nie chciał pani podwiązać jajowodów ze względu na to, że w Polsce takich operacji się nie przeprowadza?
Chodziło o to, że jest zakaz. Lekarze w ogóle nie znają prawa. A ja mam koleżankę, której podwiązali jajowody. Nie bardzo to rozumiem.

To dlaczego pani nie chcieli wykonać takiego zabiegu? Może poszła pani pod niewłaściwy adres?
Nie wiem. Jeżeli mam skierowanie od lekarza okulisty na podwiązanie jajowodów, to ktoś chyba powinien to respektować. Lekarz to wypisał i lekarzowi to przedstawiłam.

I co pani zrobiła?

Skoro inne metody zawiodły, musiałam ciążę donosić. Oczywiście, tego w dokumentach nie ma, ale kilka razy miałam zasłabnięcia, pogotowie do mnie przyjeżdżało.

Próbowała pani szukać jakichś następnych lekarzy, którzy by może wykonali aborcję?
Proszę pani. Na załatwienie tego zaświadczenia, które dostałam od internisty, straciłam prawie trzy miesiące. Już było po prostu za późno. Za późno na załatwienie kolejnych zaświadczeń. Nikt nie chce takich zaświadczeń wystawiać. Każdy umywa ręce.

A czy mąż czy ojciec dzieci wspierał panią w trudnych chwilach?
No, był problem. Przez ten okres nabawiłam się nerwicy. Był taki okres, że codziennie było u mnie pogotowie, bo miałam takie duszności.

No to rzeczywiście trudna próba dla związku, rodziny.
Wie pani, to nie jest takie proste. Każdy myśli, że decyzja o dokonaniu aborcji jest prosta. Nieprawda. To jest decyzja trudna dla kobiety, trudna dla mężczyzny, no ale niestety są takie przypadki, że człowiek próbuje się jakoś ratować.

A czy miała pani wsparcie psychologiczne? Federacja pomogła pani od strony prawniczej, a od strony psychologicznej?
Ja myślę, że od psychologicznej też. Miałam wsparcie w trudnych chwilach.

Na czym to polegało? Mogła pani w każdej chwili zadzwonić?
Mogłam przyjść i porozmawiać w każdej chwili, bo miałam blisko.

A miała pani coś w rodzaju psychoterapii, wizyty raz w tygodniu na wyznaczoną godzinę?
Nie, nie.

Do tej pory nie korzystała pani z psychoterapii?
Raz próbowałam, ale umówiłam się z panią psycholog na godzinę 13, a przyjechała o 15.30. Byłam już wtedy trochę zdenerwowana i powiedziałam, że dziękuje bardzo.

To też była publiczna służba zdrowia?
Tak.

Można powiedzieć, że nikt pani nie uczył, jak sobie radzić z tą trudną sytuacją. Jak rozmawiać z dziećmi?
Ja wiem, jak rozmawiać z dziećmi. Jestem bardzo dobrą matką dla dzieci. Bardzo dobrą. Jestem prawie przez nie terroryzowana, bo niemal na wszystko dzieciom pozwalam. Ale sprawdzam, jak się uczą.

Nie ma pani kłopotów wychowawczych z dziećmi?
Nie.

Mówi pani, że jest pani dobrą, spolegliwą mamą?
Jestem też wymagającą. Wiem, co jest dobre, a co złe. Np. dziś syn z córką idą na dyskotekę. On kończy 14 lat, a ona 13 lat. Ona ma bardzo dobre osiągnięcia w nauce, chodzi razem z nim do klasy do tego samego gimnazjum.


Pani dzieci się dobrze uczą, więc jest duża szansa, że będą dobrze wykształcone.
Jeżeli się będą dalej uczyć, to myślę, że na pewno. Ja będę dążyła do tego, żeby zdobyły dobre wykształcenie.

A pani się to udało?
Mnie akurat nie. To było całkiem inne życie. Psycholog szkolny chciała mnie koniecznie skierować do zakładu dla niewidomych w Laskach. Ale mama się nie zgodziła i podstawówkę skończyłam normalną, nie żadną integracyjną. Później miałam problemy w szkole zawodowej.


Czy zauważyła pani jakąś szansę dla siebie po wyroku trybunału?
Ja byłam dumna z tego, że doszłam do takiego etapu, że np. rząd Polski musiał jechać i się wytłumaczyć z tego. To było dla mnie wielkim sukcesem. Miałam jakąś iskierkę nadziei. Mnie chodziło o to, żeby było właśnie tak, jak jest zapisane w tym wyroku. Żeby było po prostu jakieś prawo, że kobieta, której nie chcą usunąć ciąży, będzie mogła iść do jakiegoś normalnego lekarza i wtedy on stwierdzi: proszę pani, ciąża pani zagraża albo nie zagraża. Może pani śmiało dziecko urodzić i się nie bać. W moim przypadku to nie było żadnych badań. Decyzja była podjęta indywidualnie.

A czy w trybunale widziała pani szansę odszkodowania finansowego?
Nie. My o odszkodowanie wystąpiliśmy prawie na samym końcu. Nam chodziło o prawo, że prawo nie jest przestrzegane. Co z tego, że jest ustawa, której nie można wykonać. Ja nie jestem jedynym przypadkiem. Jeżeli nie zmienią tej ustawy, to podziemie aborcyjne będzie na tym pieniądze zarabiać. W moim przypadku chcieli 5 tys. zł, bo lekarz się dowiedział, że jestem po dwóch cesarskich cięciach.

Czy to, co się wydarzyło, zmieni pani życie? Czy to, że dostanie pani 25 tys. euro, coś zmieni?
Ja swojego życia nie zmienię. Ja jedynie mogę dzieciom pomóc.

Wczoraj powiedziała pani o tym, że za te pieniądze będą fajne wakacje, lody i tego typu rzeczy dla dzieci.
Tak, bo moje dzieci nigdy na takich prawdziwych wakacjach nie były. I na pewno na takie wakacje chciałabym je zabrać.

A dokąd? Gdzieś za granicę?
Nie. Nad polskie morze. Bez żadnych wyjazdów za granicę.

A zamiana mieszkania na większe?
Na pewno tak. Też o tym myślę.

Czyli jak pani widzi przyszłość? Żeby dzieci wypuścić w świat, z wykształceniem, żeby dobrze zarabiały i ułożyły sobie życie?
Żeby przede wszystkim były dobrze wykształcone i zdrowe.


Drogie Czytelniczki!

Jeżeli stanęłyście przed podobnym dylematem, jak Alicja Tysiąc, opiszcie swoje doświadczenia i historie.

E-maile prosimy przysyłać na adres:

opinie@dziennik.pl