Utarło się, że im bardziej kontrowersyjna jest reklama, tym większy odniesie sukces. Mowa tu nie tylko o reklamach komercyjnych, ale i o reklamach społecznych, typu billboard o anoreksji Olivero Toscaniego czy spot z ostatnich tygodni z bitą Keirą Knightley w roli głównej.

CZY HAFCIK ZMIENI COŚ W NASZEJ MENTALNOŚCI?

I odwrotnie, im bardziej subtelnych, zawoalowanych środków się użyje, tym mniejsza szansa, że ktoś zrozumie przekaz. Ten błąd popełniła niedawno jedna z agencji reklamowych w kampanii "Makatka", skierowanej przeciwko różnym formom przemocy domowej. Przygotowano trzy billboardy, które swoją formą nawiązują do XIX-wiecznej sztuki rękodzieła. Haftowane makatki z przysłowiami pod spodem można była spotkać w polskich kuchniach jeszcze kilka lat temu wiszące na ścianach w domach naszych babć.

Hasła napominały głównie kobiety do bycia dobrą i gospodarną panią domu, czy odwoływały się do uświęconego porządku rodziny: "Gotuję smacznie", "Dobra żona tym się chlubi, że gotuje, co mąż lubi", "Gość w dom, Bóg w dom".

FEMINISTKI DO BOJU

Oczywiście na warsztat szybko wzięły je feministki, przygotowując własne wersje patriarchalnych makatek. Sprawą zainteresowała się też organizacja przeciwdziałająca przemocy w rodzinie, "Niebieska Linia", nawiązując do haseł promowanych w ręcznych robótkach. Tyle, że ich apel przewrotnie brzmi: "Nie mów nikomu, co się dzieje w domu". A wyhaftowany obrazek z mało sielankowej rodzinnej awantury wprawia nas w zakłopotanie i dręczący dyskomfort, gdy nasze typowe postrzeganie makatki zderza się z przedstawioną na niej przemocą domową.

Problem tylko w tym, że choć pomysł jest doskonały, makatki są mało czytelne, mało rozreklamowane i żeby zrozumieć ich wymowę, trzeba poświęcić więcej czasu i uwagi na odczytanie ich przekazu. W warunkach rozproszonej konsumpcji, posterów, plakatów i wszechogarniającego telewizyjnego przekazu, prawdopodobnie tak subtelna demonstracja umknie naszym oczom. A szkoda, bo o przemocy domowej nigdy nie za wiele.