Najchętniej kupujemy samochody, a że wysiadając z odpicowanego auta, Polak chce się świetnie prezentować, nie skąpimy też na markowe ciuchy i niezłe buty oraz kosmetyki, aby uczynić swoją osobę jeszcze przyjemniejszą w odbiorze. Kupujemy coraz więcej gadżetów, używamy coraz lepszych perfum.

Tylko nielicznym egzemplarzom spośród moich znajomych nie świecą się oczy na widok, albo choćby samą wzmiankę, o najbardziej hitechowych modelach komórek czy samochodów albo najnowszych perfumach słynnego projektanta. Mam tylko jednego (JEDNEGO!) kolegę, który oficjalnie gardzi iPhone’em. Reszta dałaby się za niego pokroić.

Gdy ostatnio wyjawiłam w redakcji swoje plany urlopowe, wywołałam sensację. W pierwszej chwili zdziwił mnie ten powszechny wybuch ekscytacji. Owszem, zgadzam się, Nowy Jork, niczego sobie wyprawa, ale żeby aż tak się podniecać? Potem pomyślałam, że to może dlatego, że zaimponowałam moim koleżankom i kolegom, i pieją z zachwytu, bo mało kto zdobywa się dzisiaj ot tak na spełnienie dziecięcego marzenia: przejażdżkę na łyżwach pod Rockefeller Center przy najwspanialszej choince świata (to moje własne zdanie, przyznaję, wyrobione kilkanaście lat temu, gdy "Kevin sam w Nowym Jorku" był moim rówieśnikiem). Gdzie tam.

Fala ekscytacji przetoczyła się przez redakcję, bo każdy już oczyma wyobraźni widział aparaty fotograficzne, laptopy, iPhone’y, swetry Ralpha Laurena, spodnie narciarskieTommy’ego Hillfigera, kiecki Donny Karan, okulary słoneczne Ray Ban i komplety bielizny Victoria’s Secret, których hurtowy zakup chciał u mnie zamówić za tanie jak barszcz dolary. Gdybymuległa wszystkim prośbom, namowom, błaganiom, groźbom, a nawet próbom szantażu i przekupstwa(półroczny zapas marcepanu Lindt Fioretto - wobec takiego argumentu chyba nie muszę się tłumaczyć,że byłam bliska decyzji o taszczeniu do Polski podobno kultowego projektora Panasonic PT- LB60NTE), mój bagaż ważyłby nie przepisowe 30, ale 130 kilo!

Oprzytomniałam - i z pochopnych obietnic (w końcu przychylność redaktora w moim fachu to ważna rzecz, więc gdy jeden nieśmiało przebąkiwał coś o iPodzie, sama usłużnie podesłałam mu link do największego Apple Store na Manhattanie z prośbą (!) o wybór modelu) zaczęłam się grzecznie wykręcać. No bo jak wmówiłabym celnikom na lotnisku, że nawet jako bardzo zajęta dziennikarka potrzebuję do pracy sześciu laptopów i czterech Blackberry?

Konsumpcyjny głód w Polsce nieustannie rośnie, więc GUS-owskie dane nie są dla mnie żadnym zaskoczeniem. Co tu dużo mówić, sama biorę w jego zaspokajaniu czynny udział. A gdy zaczynam oglądać "Kropkę nad i", najpierw patrzę, jakie buty ma na sobie Monika Olejnik, a dopiero w drugiej kolejności rejestruję, kto akurat jest jej gościem. Podobnie mam, gdy zasiadam przed telewizorem w oczekiwaniu na seans "Teraz my". Zanim przyswoję temat konkretnego wydania programu, próbuję zgadnąć, czy tym razem krawat Morozowskiego to czasem nie Roberto Cavalli.

O designerskich oprawkach okularów już nie wspomnę. To ich los przejmował mnie najbardziejpodczas czerwcowego meczu gwiazdy TVN kontra reprezentacja Sejmu RP, gdy Morozowski biegał jak rączy konik po murawie, a ja podczas każdej jego akcji przy piłce modliłam się, żeby czasem nie było główki, bo okulary trafi szlag. Nie mam pojęcia, jakim wynikiem zakończyło się to spotkanie. Wiem, że wspaniałe oprawki Morozowskiego nie ucierpiały.

A mnie zdarza się cierpieć, gdy regularnie w drodze do i z pracy przemierzam warszawski placTrzech Krzyży pretendujący do miana stołecznej mekki światowych marek i co najczęściej widzę w butikach Burberry czy Ermenegildo Zegna? Ziewających sprzedawców. I za każdym razem mnie korci, żeby coś kupić - żeby im pomóc i przy okazji spełnić jakąś swoją drobną zachciankę.Ale nie muszę pędzić od razu do tych najdroższych i najbardziej wyszukanych sklepów.

Żeby masowemu odbiorcy przychylić ekskluzywnego konsumpcyjnego nieba, sieć H&M już od kilkusezonów stawia na współpracę ze znanymi projektantami. Ostatnia kolekcja Roberto Cavallego sprzedała się z warszawskich sklepów na pniu już pierwszego dnia. Potem kilka tygodni trzeba było czekać na kolejny rzut.

I choć daleko nam jeszcze do amerykańskich konsumpcjonistycznych dolegliwości w stylu crackberry, czyli uzależnienia od kieszonkowych komputerów Blackberry porównywanego do heroinowych ciągów (z crackberry można się w Stanach leczyć w specjalnych centrach walczących z uzależnieniami), to chyba nieśmiało możemy powiedzieć, że jesteśmy na dobrej drodze do zawierania coraz bliższych znajomości ze znanymi projektantami w zaciszu naszych szaf. Ja się z tego leczyć nie zamierzam.