Matka to też dobry pracownik

Moja była szefowa uważała, że matka nie może być dobrym pracownikiem. Bo nie jest tak dyspozycyjna jak bezdzietny mężczyzna. Jestem z wykształcenia psychologiem, przez wiele lat pracowałam w szpitalu. Gdy obroniłam doktorat, postanowiłam poszukać lepszego zatrudnienia. Wysłałam ponad sto ofert do firm, które poszukiwały psychologa. Oddzwoniło zaledwie kilka, ale gdy potencjalni pracodawcy dowiadywali się, że jestem w ciąży, do czego przyznawałam się na samym wstępie, rozmowa gwałtownie się urywała. Tylko dwie uczelnie nie zrezygnowały - wręcz przeciwnie, ciągle pytały, kiedy będę mogła pojawić się na rozmowie kwalifikacyjnej. Dyrektorka jednej z nich oświadczyła, że zatrudni mnie natychmiast. Uprzedziłam, że dojazdy na uczelnię zajmą mi 6 godzin, dlatego nie będę mogła prowadzić zajęć codziennie. "Nie ma problemu" - usłyszałam. Miałam zajmować się tylko moim przedmiotem i nie angażować się w dodatkową działalność. Podpisałam więc umowę na 2 lata, ale z obietnicą przedłużenia. Potem okazało się, że muszę poprowadzić wykłady również z innych przedmiotów, ale nie protestowałam.

Rozwijałam się i robiłam wreszcie to, co lubię. Bardzo się do pracy przykładałam. Gdy zbliżał się termin wygaśnięcia mojej umowy, postanowiłam ubiegać się o dalsze zatrudnienie, ale wtedy dowiedziałam się, że uczelnia rezygnuje ze współpracy ze mną. Powód? Niedyspozycyjność. Dyrektorka zarzuciła mi, że jestem matką, mieszkam bardzo daleko i nie mogę w pełni uczestniczyć w życiu szkoły. Nie interesowało jej, że studenci byli zadowoleni z zajęć, a ja przez całe te dwa lata nie wzięłam ani razu zwolnienia na dziecko.

Rozumiem, że można zrezygnować z pracy z kimś, kto zaniedbuje obowiązki, ale dlaczego rezygnuje się z matki, która pracuje jak każdy inny? To po prostu dyskryminacja. Czy kobiety mają siedzieć w domu, bo mogą mieć dzieci albo już je mają?

Na moje miejsce został przyjęty mężczyzna, świeżo upieczony doktor. W tym samym czasie poroniłam, a do uczelnianych kadr trafiło moje zwolnienie lekarskie.
To na chwilę zmieniło stosunek przełożonych do mnie, bo myśleli, że z mocy prawa będą jednak musieli przedłużyć moją umowę. Ale gdy już było wiadomo, że dziecko straciłam, przestali się do mnie odzywać. Na razie nie jestem w stanie myśleć o szukaniu nowej pracy.
Iwona Z.


Zwolniona za ciażę

Długo wahałam się, czy do was napisać, ale w końcu się zmobilizowałam. Ja również zostałam zwolniona z pracy z powodu ciąży.
Jakiś czas temu zaczęłam pracę w publicznej instytucji, w której wcześniej byłam wolontariuszką. Wszyscy byli zachwyceni moją pracą, chwalili moje oddanie i mówili, jak wielki mam potencjał.
Gdy w końcu dostałam etat, choć jedynie na zastępstwo, robiłam wszystko, aby przełożeni byli nadal ze mnie zadowoleni. Gdy okazało się, że jestem w ciąży, pracodawca, który zawsze deklarował się jako zwolennik polityki prorodzinnej, pogratulował mi serdecznie. Byłam wtedy bardzo szczęśliwa.

Miesiąc przed rozwiązaniem powiedziałam szefowi, że kiepsko się czuję i chciałabym iść na zwolnienie. Zapytałam też, czy moja umowa, która właśnie miała wygasnąć, zostanie przedłużona. Szef odpowiedział, że jeszcze nie wie, ale mam wziąć L4, dbać o siebie i niczym się nie przejmować.

Urodziłam dziecko, wróciłam z nim do domu i czekałam na wiadomość z firmy. Dopiero po dwóch tygodniach okazało się, że do mojej mamy zadzwoniono z informacją, iż już nie jestem pracownikiem tej instytucji i mam tylko zgłosić się po moje dokumenty.

Poczułam się oszukana. Nikt nie raczył mnie nawet poinformować o tym, iż straciłam pracę. Od tamtej pory minęło już półtora roku, a ja dalej nie rozumiem, dlaczego tak mnie potraktowano.
Imię i nazwisko do wiadomości redakcji

Dziecko dyskfalifikuje?

Gdy dowiedziałam się, że jestem w ciąży, nie pracowałam, ale miałam jasno sprecyzowane plany na przyszłość - chciałam założyć firmę i starałam się o dofinansowanie z Urzędu Pracy. Wszystko szło dobrze, dopóki urzędnicy nie dowiedzieli się, że jestem w ciąży. Wtedy nagle pojawiły się problemy, zaczęli mnie straszyć, musiałam dostarczyć miliony papierów, a i tak w końcu nie dostałam pieniędzy.

Ponownie zaczęłam szukać pracy, gdy mój synek skończył pół roku. I znów było tak samo - gdy w czasie rozmów kwalifikacyjnych dochodziliśmy do kwestii dzieci, to mimo że firma "była przyjazna młodym matkom", nie dostawałam etatu, choć miałam wymagane doświadczenie.

W końcu znalazłam pracę w hipermarkecie, gdzie za ciężką pracę poniżej moich kwalifikacji dostaję grosze. Pocieszające jest to, że pracodawca generalnie przestrzega przepisów - dostajemy dwa dni wolne na dziecko, choć to szef ustala kiedy. Nigdy też mi nie odmówiono, gdy prosiłam o inną zmianę lub o wolny dzień, by iść z dzieckiem do lekarza. Ale już zwolnienia na opiekę nad synkiem nie są przyjmowane życzliwie. Taki jest los polskiej matki.
Agnieszka

MINISTER RADZI

Kobiety powinny walczyć o swoje prawa w sądzie


Z Joanną Kluzik-Rostkowską, z minister pracy rozmawia Renata Kim

RENATA KIM:
Nasze czytelniczki skarżą się na całkowitą bezradność w walce z pracodawcami.

JOANNA KLUZIK-ROSTKOWSKA
: Niestety, opisywane w DZIENNIKU problemy są najczęściej prawdziwe. W Polsce istnieją wprawdzie narzędzia prawne do obrony skrzywdzonych pracownic, bo kodeks pracy zabezpiecza je całkiem dobrze, natomiast znacznie gorzej jest z egzekwowaniem tych praw. A bezradność kobiet ma różne przyczyny: po pierwsze, młode matki czują się zagubione, a opieka nad dzieckiem tak je angażuje, że nie mają siły walczyć o swoje prawa. Nie mają też czasu, by gromadzić dokumenty potwierdzające winę pracodawcy i biegać z nimi po sądach. A poza tym, gdy tracą pracę, często popadają w kłopoty finansowe, więc nie stać ich na prawnika.

Więc co powinna zrobić Polka, która uważa, że została skrzywdzona przez pracodawcę?

Przede wszystkim nie poddawać się - zebrać dowody i oddać sprawę do sądu pracy. W kodeksie jest przepis stwierdzający, że jeżeli kobieta zostaje zwolniona i podejrzewa, że ma to związek z jej ciążą albo z faktem, że urodziła dziecko, to pracodawca musi udowodnić, że powód zwolnienia był inny. To on musi dowieść, że kobieta, która przez kilka ostatnich lat była uważana za dobrego pracownika, nagle przestała nim być. To nie jest łatwe, więc była pracownica ma spore szanse na wygraną.

Problem polega jednak na tym, że niewiele kobiet decyduje się na walkę w sądzie.

A szkoda, bo pracodawcy, którzy łamią kodeks pracy, liczą na to, że kobieta z małym dzieckiem nie będzie miała siły walczyć. Z reguły mają rację, więc czują się coraz bardziej bezkarni.

Jak z nimi walczyć?


Głośno mówić o każdym przypadku naruszenia prawa. Byłoby dobrze, gdyby kobiety, które miały kłopoty w pracy z powodu macierzyństwa, mogły publicznie opowiedzieć swoje historie, bo miałyby znacznie większą siłę przebicia. Media z kolei powinny nagłaśniać wszystkie przypadki, gdy skrzywdzone pracownice zdecydowały się pójść do sądu. To będzie ostrzeżenie dla innych pracodawców, którzy zastanowią się trzy razy, zanim złamią prawo. Bo zrozumieją, że nie ujdzie im to bezkarnie.

A jaka jest w tym wszystkim rola państwa?


Istnieje Państwowa Inspekcja Pracy, której zadaniem jest pomoc pokrzywdzonym pracownikom. Porady prawne można też znaleźć na stronie internetowej www.rodzina.gov.pl, a w Ministerstwie Pracy planujemy uruchomienie finansowanej ze środków unijnych infolinii dla kobiet, które szukają pomocy albo chciałyby chociaż z kimś porozmawiać o swojej historii. Ta infolinia będzie jednym z elementów dużej kampanii informującej kobiety o ich prawach.