Milena Staluszka matka 9-miesięcznego Eryka

Zostałam zwolniona z pracy, a wkrótce potem dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Sąd nakazał wprawdzie przywrócenie mnie na dawne stanowisko, ale moja batalia z pracodawcą trwa - on odmawia wydawania mi zaświadczeń, żąda zwrotu ekwiwalentu za zeszłoroczny urlop i szykanuje na każdym kroku.

Ale co najgorsze, jestem w tej walce osamotniona. Nie stać mnie na wynajęcie prawnika, a Państwowa Inspekcja Pracy zamiast pomagać, jedynie pozoruje działania. Gdy w sierpniu ubiegłego roku zgłosiłam się do PIP, usłyszałam, że najlepiej złożyć skargę na pracodawcę.

Przedstawiciel Inspekcji zrobi w firmie kontrolę i najprawdopodobniej nakaże przyjąć mnie z powrotem, a wszystko potrwa krócej niż oczekiwanie na rozprawę w sądzie. Potem okazało się jednak, że mimo stwierdzenia rażącego naruszenia przepisów PIP
wstrzyma się z działaniami do chwili ogłoszenia wyroku przez sąd. Zaniosłam więc uprawomocniony wyrok do PIP, ale ku mojemu zdumieniu usłyszałam, że nie ma sensu wyciągać konsekwencji wobec pracodawcy, bo przecież przyjmując mnie z powrotem, poniósł już wystarczającą karę! Pytam więc, po co w ogóle istnieje Państwowa Inspekcja Pracy?

W mojej sprawie miała przecież solidne podstawy do wszczęcia postępowania przeciwko firmie, a jednak zaniechała działania. Po co zachęcano mnie do składania skargi? Po co była kontrola, z której nic nie wynikło? W niczym mi ona nie pomogła, a wręcz przeciwnie - zaszkodziła, bo pracodawca, który zawsze kpił z przestrzegania prawa, zyskał jedynie dowód, że może to robić nadal bez żadnych konsekwencji.

Koleżance, która wróciła do pracy po urlopie macierzyńskim, grożono zwolnieniem pod byle pretekstem, bo przecież kobieta z małym dzieckiem to żaden pracownik. Mogłam wprawdzie odwołać się od decyzji PIP, jednak nie miałam na to siły, bo wciąż ciągnęły
się za mną komplikacje poporodowe. Zachęcam wszystkich do walki o swoje prawa, ale czasem to walka z wiatrakami. Po co mam iść do kolejnej instytucji, denerwować się, nie przesypiać nocy i pisać kolejne pisma, skoro reakcja urzędników pewnie będzie podobna?

Jestem szczęściarą, bo miałam wokół siebie ludzi, którzy podtrzymywali mnie na duchu. Ale wiele kobiet nie może na takie wsparcie liczyć. Instytucje takie jak Państwowa Inspekcja Pracy powinny wspierać osoby, które mają problemy, bo do tego są powołane. Tymczasem one sprawiają, że to poszkodowani czują się winni.

Ja tak się czułam - wyszłam z siedziby PIP roztrzęsiona i zmartwiona. Może urzędnicy myśleli, że chcę się mścić na dawnym szefie? Ja tylko chciałam sprawiedliwości. Chciałam, aby moja historia stała się przestrogą, a tymczasem ona okazała się zachętą do dalszego łamania praw pracowników.


Za zwolnienie kobiety w ciąży PIP może wlepić mandat

Czy przywrócenie zwolnionej kobiety do pracy to wystarczająca kara dla pracodawcy?

JACEK STRZYŻEWSKI, rzecznik Okręgowego Inspektoratu Pracy w Poznaniu: To nie kara. Inspektor może wlepić pracodawcy mandat w wysokości 1 - 5 tys. zł lub złożyć wniosek o ukaranie go do sądu grodzkiego. I pewnie to zrobił, bo rozwiązanie umowy z kobietą w ciąży jest wykroczeniem.

Otóż nie zrobił.

Ustawa zmusza inspektora do działania, jeśli prawo pracy zostało naruszone. Zwłaszcza gdy istnieje podejrzenie, że pracodawca ponownie popełnił wykroczenie. Ale jeśli nieprawidłowości zostały uregulowane, a pracodawca ukarany, to nie można go przecież karać dwa razy za to samo!

Ale on nie został ukarany. Co może teraz zrobić nasza bohaterka?

Może złożyć skargę, a wtedy Okręgowy Inspektor Pracy może nakazać ponowną kontrolę lub stwierdzić, że wszystkie możliwości dochodzenia sprawiedliwości zostały wyczerpane. Jeśli ktoś jest niezadowolony z naszych działań, to powinien się do nas zgłosić ponownie.