Wszystko zaczęło się od bardzo wyczerpującego posiedzenia francuskiego rządu. Wychodząc z niego, prezydent Nicolas Sarkozy, niewątpliwie ze zmęczenia, zachował się nieostrożnie. W ręku oprócz państwowych dokumentów niósł prywatny list przeznaczony tylko dla jego oczu. Czujni fotoreporterzy sfotografowali ręcznie zapisaną kartkę, a w redakcji tygodnika "Choc" odczytano jej treść. Poznała ją cała Francja. Lawina plotek ruszyła z impetem - pisze "Fakt".

Bo nikt chyba nie wierzy, że te gorące słowa przeznaczone były, jak utrzymuje autorka listu, dla żony prezydenta. Na jaw wyszło bowiem, że list napisała Isabelle Balkany, szefowa lokalnego samorządu w jednej z dzielnic Paryża. Ona sama oskarżyła nawet francuskie media o robienie hałasu w sprawie, której nie ma. "Mogła bym skonać ze śmiechu, widząc, jak wielkie poruszenie wywołałam w świecie mediów tym listem" - komentuje Balkany. Zapewnia, że list był do żony prezydenta, będącej jej wieloletnią przyjaciółką.

Ale prasa nie popuszcza. Styl i gramatyka listu wyraźnie wskazują, że adresatem był mężczyzna - twierdzą dziennikarze francuscy. Dlaczego prezydent miał ten list na rządowym spotkaniu? Dlaczego ktoś uniemożliwił tygodnikowi "Choc" opublikowanie listu w całości? Kilka godzin przed puszczeniem w ruch maszyn drukarskich właściciel tygodnika Arnaud Lagardere - bliski przyjaciel prezydenta - zakazał tej publikacji. Zrobił to pod naciskiem Sarkozy'ego? - spekulują Francuzi.


Tłumaczenie fragmentu listu

"Czuję się, jakbym nie widziała Cię całą wieczność. Tęsknię za Tobą. W czwartek wyruszamy na wycieczkę do Essaouira z okazji.... Ale pragnęłabym zobaczyć się z Tobą w następnym tygodniu lub w weekend. Miliony pocałunków".