Do jednych szczęście się śmieje, do innych szczerzy zęby "- mawiała często moja babcia.:-) Kiedyś jak oszalała goniłam za szczęściem, czekałam aż da mi je drugi człowiek, mój wymarzony mężczyzna. Ale on, kiedy już się zjawił, myślał przede wszystkim o sobie ...
To była moja pierwsza, wielka miłość. Paweł. Był taki, jak zawsze marzyłam: wrażliwy, inteligentny, wysportowany, z niesłychanym poczuciem humoru. Przystojny brunet z ciemnymi oczyma.
Od pierwszego dnia, gdy trafił do mojej grupy na studiach - wpadłam jak przysłowiowa śliwka w kompot. Przez okres studiów, oprócz wakacji i ferii, widywaliśmy się w zasadzie tylko w weekendy. Z czasem zaczęłam sobie uświadamiać, że całe moje życie jest tylko czekaniem na te spotkania...

Pisał do mnie piękne listy, przysyłał taśmy z kierowanymi do mnie monologami, których słuchałam po kilka razy dziennie. Po studiach wzięliśmy ślub, wszystko układało się jak najlepiej. Z pozoru, bo w tym związku od początku liczył się przede wszystkim on. To on był tą hołubioną, rozpieszczaną, wielbioną osobą. Nawet w łóżku przybierał oczekującą pozę faraona.

A ja? Powinnam być chyba wdzięczna, że jest przy mnie. Bo mnie dawał tak niewiele... Cóż, teraz wiem, że byłam niemiłosiernie uległa. Mam czekać na hydraulika, choć on ma wolne a ja mam umówioną wizytę u lekarza? Nie ma sprawy. On chce jechać w góry, a ja wolę Mazury? Wybieramy oczywiście Tatry. Zgadzałam się na wszystko, byle tylko spełnić jego oczekiwania , byle nie stracić tej miłości. Nie umiałam być niemiła. Dawałam wszystko, nie oczekując w zamian prawie nic.

W końcu zaczął znikać na spotkania z kolegami, grywali (ponoć) w szachy. Raz na tydzie spędzał noc poza domem. Nie miałam żadnych dowodów, że to coś więcej. Niedawno przeczytałam taka myśl: "Mniej bywa niebezpiecznie czynić ludziom źle, niż czynić im zbyt wiele dobrego." (F. La Rochefoucauld). Wtedy bym tego nie zrozumiała...

Zachorowałam 3 lata temu. Odszedł trzy miesiące po operacji, w wyniku której straciłam pierś. Każdy pomyslałby: "drań", ale to nie było tak. Już od jakiegos czasu miał kogoś, zaczął znikać nawet na całe weekendy, jeszcze rok przed moją chorobą. Wypierał się, że mnie nie zdradza, drwił, że histeryzuję, ale ja już wtedy to czułam. Co robiłam? Wstyd się przyznać...

Walczyłam o tę miłość jak tylko mogłam! Zmieniałam fryzury, kupowałam super ciuchy, bieliznę, gotowałam jego ukochane potrawy, odremontowałam nasz dom - wszystko dla niego. Skomlałam o odrobinę czułośći, uwagi, zainteresowania... Stoczyłam się na dno. Dlaczego?

Nie wiem, może czułam się winna, że nie mogłam mieć dzieci, że jestem brzydka, że nie ma we mnie beztroskiej, dziewczęcej radości a jest smutek, choć staram się to ukryć. Że jestem szara, bezbarwna...
Wciąż liczyłam na to, że w końcu mnie doceni, zrozumie, przejrzy na oczy, że on nie może mnie nie kochać, bo przecież jesteśmy dla siebie stworzeni! Czekałam pokornie na to jego przebudzenie przez wszystkie te lata.

Dopiero moja choroba zmieniła wszystko. To było jak grom. Nagle poczułam, że rozsypuję się, że to może już być koniec...

Zaczęłam wreszcie mysleć o sobie. Pomogły mi przyjaciółki, były przy mnie cały czas. On nawet też przychodził, raz czy dwa przyniósł kwiaty do szpitala. Chyba było mu mnie żal. Wtedy jednak już wiedziałam, że to nie ma najmniejszego sensu. Że nie pozwolę już ani jemu ani sobie samej na rujnowanie mojego życia. Był zaskoczony, chyba jednak nigdy nie myślał o rozwodzie, było mu tak wygodnie.

W końcu wyprowadził się na moja prośbę. Wciąż bardzo zaskoczony, co się nagle ze mną stało po 17 latach małżeństwa. Co stało sie z tym potulnym pucybutem, zachwyconym każdym jego słowem, gestem, spojrzeniem?

Poczatkowo było strasznie ciężko. Ja sama w naszym wielkim małżeńskim łożu... Ale z każdym dniem było lepiej. Bo udało mi się przegnać chorobę, bo udało mi się odnaleźć siłę i nadzieję, no i ... samą siebie. Dopiero wtedy zrozumiałam, że nie można wiecznie czekać na szczęście, traktować życia jak poczekalni. Przecież moje życie trwa teraz! TU i TERAZ!!! Podaruję sobie szczęście sama! Cudownie jest kochać i być kochanym, ale trwałe podstawy szczęścia buduje się tylko samemu. Nikt tego za mnie nie zrobi. Mój czas trwa teraz i nie mam zamiaru przegapić życia, odkładać go na póżniej! Delektuję się każdą chwilką, każdą błahostką: liściem klonu niesionym przez wiatr, przyjacielskim merdaniem ogona psa, ciepłym deszczem, komplementem kolegi z pracy i... pyszną pomidorówką!

Kiedyś tego nie potrafiłam... Myślę, że być szczęśliwą to żyć w zgodzie z samą sobą i mieć świadomość, że gra się w swoim życiu niezwykłą, główną rolę, a nie epizod. Moim wielkim szczęściem jest przede wszystkim moja rodzina: mama, ojciec, siostra z trójką siostrzeńców (Piotrusiem, Joasią i Anulką, której wczoraj wyrżnął się pierwszy ząb!), ale także moja wielka pasja - podróżowanie! Co roku z niewielkiej pensji odkładam na nowe, szalone eskapady. W zeszłym roku rozsmakowałam się w Afryce, w tym mam apetyt na Norwegię i jej zapierające dech w piersiach fiordy. Cudownie jest żyć i umieć być szczęśliwą nawet bez faceta! Ja już to potrafię!