Reality Show "Bump" miał premierę 22 stycznia tego roku. O co w nim chodzi? Trzy kobiety: Katie Donahue (grana przez Tinę Schlapprizzi), Hailey Kirsch (grana przez Lyndsey Doolen) i Denise Jensen (tę rolę odtwarza Isabelle Giroux) są w ciąży - niezaplanowanej, dodajmy. Katie to mężatka, która marzyła o dziecku, ale zaszła w ciąże po tym, jak jej maż wyjechał do Iraku. Denise padła ofiarą przemocy domowej, zaś Hailey to jedynie żądna sławy kobieta, dla której występ w reality show jest szansą na popularność.

O tym, czy kobiety mają urodzić swoje dzieci, czy też poddać się aborcji, decydują widzowie. Oczywiście, najpierw mają oni szansę poznać rozterki trzech pań, a dopiero potem dokonać wyboru. Mimo że w rzeczywistości żadna z tych kobiet nie spodziewa się dziecka, a sytuacje są wyreżyserowane, to z ust wielu oburzonych Amerykanów pada pytanie o granice prowokacji i dobrego smaku.

MISJA? JAKA MISJA?

Twórcy reality show przekonują, że ich pomysł niesie ze sobą treści edukacyjne. "W 1973 roku Sąd Najwyższy w USA dał kobietom prawo wyboru. 37 lat później my dajemy im głos" - tak reklamowali swój produkt. Powołują się na słowa Baracka Obamy, który podczas jednego ze swoich zeszłorocznych przemówień powiedział, że kobietom należy przekazywać informacje o rozwiązaniach, które mogą stosować w przypadku nieplanowanej ciąży.

Te tłumaczenia wydają się jednak nie do końca prawdopodobne. Steve Weimar z Life Training Institute na łamach "Rzeczpospolitej" dość dosadnie wyraził swoje zdanie na temat tego typu przedsięwzięć medialnych: "To sprowadzenie problemu aborcji do decyzji podobnej wagi, jak to, czy wybrać lody czekoladowe czy może waniliowe. Jego twórcy skupiają się na tym, czego te kobiety chcą, a nie na nienarodzonym dziecku. Na tej samej zasadzie można zrobić program o przemocy domowej i spytać, czy któryś z trzech facetów może bić żonę, bo ma niewyparzony język. A gdzie problem dobra i zła?". Rzeczywiście, dopasowywanie ideologii do programu, którego celem są wysokie wyniki oglądalności, wydaje się być mocno naciągane.

czytaj dalej...


SEKS, KREW - A KIEDY ŚMIERĆ?

Na ekranie telewizorów widzieliśmy już wszystko. Seks na żywo, pot, krew, łzy... Widzowie w Holandii mieli szansę obejrzeć program, w którym ludzie walczyli o nerkę chorej na raka mózgu kobiety - donosi portal mediarun.

Kilka lat temu publiczność została zszokowana pomysłem twórców "Wszystko o Miriam". Koncepcja programu polegała na tym, że sześciu mężczyzn starało się o względy prześlicznej meksykańskiej modelki Miriam. Przez kilka tygodni oglądaliśmy (w Polsce na antenie TVN) zabiegi przystojnych macho, ich perypetie na drodze do głównej nagrody i ciała egzotycznej ślicznotki. W finałowym odcinku okazało się, że Miriam to tzw. shemale: mężczyzna, który nie poddał się operacji usunięcia genitaliów, ale zdecydował się na przyjmowanie kobiecych hormonów, dzięki czemu urosły mu piersi. Mina Toma, zwycięzcy programu po usłyszeniu tej wiadomości była co najmniej bezcennna. Mężczyzna, który nieświadomie zrobił z siebie pośmiewisko na oczach całego świata wytoczył nawet proces producentom show, ale sprawa została załatwiona polubownie.

"Bump" to przekroczenie kolejnej granicy. Granicy dobrego smaku i elementarnej przyzwoitości. Co na warsztat wezmą teraz twórcy reality show? Aż strach pomyśleć.