Dziennik.plKobieta

Piątek, 25 maja 2012

Imieniny: Grzegorza, Magdy, Marii Magdaleny

Pogoda: Warszawa Dziś

temp. 21°C

Nasze zabawki drogie, bo dobre

2010-12-03 | Ostatnia aktualizacja: 15:53 | Komentarze: 1 | skomentuj
Kupujemy głównie chińskie zabawki. Polskie są za drogie

Kupujemy głównie chińskie zabawki. Polskie są za drogie Fot. Katarzyna Mala / Inne

Polak wydaje na zabawki dla dzieci kilka razy mniej niż przeciętny Europejczyk z Zachodu. Dlatego u nas najlepiej sprzedają się plastiki z Chin. Natomiast solidne polskie produkcje idą za granicę

Pogoda

POLSKA

Piątek 2012-05-25

temp. min 3°C max. 22°C
opady: brak

Twoje miasto:

Program TV

Sprawdź program swojej ulubionej stacji:

To nieprawda, że każda zabawka jest chińska. Polskie zabawki, dobre jakościowo i ładne też mają silną pozycję na rynku. Tyle że głównie w Niemczech, Skandynawii czy Hiszpanii, bo ich ceny są znacznie wyższe niż sumy, które polscy rodzice są skłonni wydać na prezenty dla swoich pociech. Dlatego nasi producenci, solidni, ale drodzy, wyrobili sobie markę głównie za granicą.

Rodzic francuski wydaje na zabawki średnio 46 euro rocznie. Polski – 9,7 euro. Według NPD Group, firmy badawczej zajmującej się rynkiem zabawek, jesteśmy pod tym względem oszczędni. Przeciętny Włoch wydaje 21 euro rocznie, Hiszpan 25,5 euro, Niemiec 29,1 euro, Brytyjczyk 38,8 euro. Rekordzistami pod tym względem są Amerykanie, którzy na misie czy lalki przeznaczają średnio 280 dol. rocznie. Średnia cena zabawki dla polskiego dziecka to ok. 23 zł. W okresie Bożego Narodzenia wzrasta ona do 120 zł, na mikołajki i Dzień Dziecka do 50 zł. A polski konik drewniany na biegunach, rozchwytywany przez niemieckich klientów, kosztuje około 200 zł. Nie kwalifikuje się więc na żadną okazję dla przeciętnej polskiej rodziny.

Solidne, drewniane, dla Niemców

Kiedy Renata Wąchala, współwłaścicielka firmy Gepetto produkującej drewniane, ekologiczne zabawki dla dzieci, zakładała w 2001 r. z przyjaciółmi przedsiębiorstwo, od razu wiedziała, że większość towaru będzie sprzedawać za granicą. – Mieszkałam trochę w Niemczech, widziałam, że bardzo popularne są tam drewniane, solidne zabawki – opowiada. Jednak, aby takie wyprodukować, trzeba użyć dobrego drewna, a nie najtańszej sklejki. Ponadto żeby rodzic, świadomy zagrożeń czyhających na najmłodszych, taką zabawkę kupił, należy pomalować ją farbą, która nie zaszkodzi dziecku. I nadać konikowi – ale też słoniowi czy krowie – na biegunach nowoczesny dizajn. A to kosztuje. Dlatego wysoką cenę łatwiej zaakceptuje Niemiec niż Polak. Za żółwia na kółkach, na którym dziecko może jeździć, trzeba w Gepetto zapłacić 240 zł. Chiński plastikowy jeździk w kształcie samochodu w popularnym hipermarkecie kosztuje 34,99 zł. Dlatego też Gepetto 95 proc. swoich produktów sprzedaje za granicą, głównie w Niemczech, Skandynawii, Wielkiej Brytanii, we Francji, w Hiszpanii i Portugalii.

Podobnie inni. Choć sprzedaż w Polsce stale rośnie, bo od 2008 r. rośnie liczba urodzeń (w 2008 r. w Polsce urodziło się 414 tys. dzieci, w 2009 r. 452 tys.) i do dzieci trafia każdego roku około 35 mln zabawek o łącznej wartości 700 mln zł, to 1,3 tys. polskich firm, które mogłyby zawalczyć na tym rynku, zostawia u nas zaledwie 20 proc. swoich wyrobów. 80 proc. produkcji idzie za granicę. Na największych w świecie targach zabawek w Norymberdze wystawia się więcej polskich producentów niż na imprezach organizowanych w Polsce, gdzie widać głównie rodzimych importerów z Chin. Na 2600 wystawców norymberskich 47 to nasi rodacy. Na targach producenci nawiązują kontakty z dostawcami, a ci rozwożą polskie zabawki po całym świecie. Firma Wader produkująca m.in. wiaderka, klocki, puzzle czy autka eksportuje swoje wyroby nawet do Australii. W Polskich sklepach znane z solidnego wykonania zabawki rodzimych producentów trudniej znaleźć. – Proponowaliśmy huśtawki czy jeździki popularnym sieciom handlowym z produktami dla dzieci, ale nie były zainteresowane – mówi Renata Wąchala. – Jedynie małe sklepiki odpowiadały na oferty.

Jednej z polskich producentek, z którą rozmawialiśmy, udaje się umieścić swoje zabawki w sieciach handlowych. Prosi, żeby nie podawać jej nazwiska, bo boi się utraty kontraktu. A jak ktoś chce sprzedawać w Polsce, bez sieciówek nie zaistnieje. – Trzeba zobowiązać się do wykupienia regału na zabawki – opowiada nasza rozmówczyni. – Jednak sieć ma kilkadziesiąt sklepów w całym kraju. Po pierwsze, mało któremu producentowi wystarczy towaru, żeby zapełnić regały w tylu placówkach. Po drugie, to kosztuje – jeden regał około 700 zł rocznie. Pomnóżmy to przez powiedzmy 60 sklepów i wyjdzie nam suma, której nieduży wytwórca nie jest w stanie zapłacić.

Katarzyna Skrzydłowska-kalukin
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna
12następna »
Wypowiedzi: 1
  • ~ble2010-12-03 16:35

    Jak zwykle, nigdy Ci skretyniali redaktorzy nie uwzględniają różnicy w zarobkach w poszczególnych krajach. Jak by Polak zarabiał tyle co Niemiec, Hiszpan ltp, to by więcej wydawał na zabawki.

Uwaga, Twój komentarz może pojawić się z opóźnieniem do 10 minut.
Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Polecane

Najczęściej komentowane

«