Ewa Klepacka: Może tajemnica powodzenia leży na początku tej drogi, w momencie podejmowania decyzji. Czy jeśli on i ona razem zadecydują: „Ty wyjeżdżasz, rozejrzysz się na miejscu, a potem postanowimy, co dalej” - mają szansę ocalić związek?
Wiesław Sokoluk: Większość takich decyzji podejmowana jest pod presją szczególnych warunków. To desperacka próba rozwiązania kryzysu, który dopadł rodzinę. Co tu ustalać, kiedy wydaje się, że nie ma innego wyjścia.

E. K.: No a gdyby ona się nie zgodziła?
Krzysztof Wielecki: Myślę, że ona by się zgodziła, bo widzi, że tu nie ma pracy, że brakuje im pieniędzy itd. Uważam nawet, że często mężczyzna wyjeżdża pod presją kobiety.
W. S.: Niekoniecznie presją wprost.
K. W.: Tak. Nawet jeśli ona nie robi mu wprost wyrzutów, on i tak wie, że utrzymanie rodziny to jego rola.
W. S.: To jest nawet pewien rodzaj podwójnej presji. Z jednej strony on musi zapewnić byt rodzinie, z drugiej - chce podbudować własne ego. Bezrobotny mężczyzna to ktoś, kto niczego nie ma, jeździ starym gratem, nie potrafi zarobić na buty dla dzieci, jest nikim. Wyjazd to dla niego wizja lepszego świata. Wyjedzie, zarobi, wróci jako człowiek sukcesu. Nawet gdyby miał tam ryby obierać i koczować na brudnym materacu w jakiejś podłej norze. A poza tym, gdyby ona się nie zgodziła, a on jej uległ, to jeśli kiedykolwiek powiedziałaby mu: „Dzieci nie mają butów” albo: „Trzeba odmalować mieszkanie”, on odpowiedziałby: „Nie zgodziłaś się, żebym wyjechał, to teraz masz”. W końcu ona nie miałaby wyjścia i zgodziłaby się na wyjazd.
K. W.: Myślę, że tu nie chodzi wyłącznie o pieniądze. Powody, dla których mężczyzna decyduje się na wyjazd, są bardzo skomplikowane i często niezwiązane z kobietą.
W. S.: Zgoda. Nie chodzi tylko o to: „Jestem dobry, bo mam dużo pieniędzy”. Bardziej o to: „Jestem dobry, bo potrafiłem je zarobić”.

E. K.: OK. On wyjechał. Ona została w kraju. Bez względu na to, czy była to decyzja wspólna, czy też jedynie jego, skazani są na życie na odległość. Czy partnerzy mogą podtrzymać bliskość przez telefon albo dzięki mailom?
K. W.: Najważniejsze jest to, czy byli w stanie zbudować tę bliskość, kiedy byli razem. Niestety, w polskich rodzinach różnie z tym bywa. Po drugie, czy oni kiedykolwiek ze sobą naprawdę rozmawiali? Pamiętajmy o tym, że przez telefon rozmawia się trudniej. Najprawdopodobniej nie rozmawiali, nie prowadzili rozmów podtrzymujących bliskość. Bo, w jaki sposób polskie małżeństwo okazuje sobie bliskość? Głównie poprzez seks, a także poprzez opiekę, zwłaszcza kobiety.
E. K.: On jej pensję, ona mu czystą koszulę, a w nocy seks jako potwierdzenie, że ich związek jest OK, że są razem, że im na sobie zależy.
K. W.: Właśnie. Kiedy więc mężczyzna wyjedzie, ich bliskość przestaje istnieć.

E. K.:
A ich małżeństwo staje pod znakiem zapytania. Ale zostają im przecież rozmowy, np. za pomocą skype’a, wtedy mogą się nawet widzieć. Może ważne jest, o czym oni rozmawiają. Czy on ma jej mówić o swoich problemach? O tym, że ciężko pracuje, że jest poniżany, że czasami nie wytrzymuje. Znając mężczyzn, prawdopodobnie jej tego nie powie. A ona? Została sama ze wszystkimi domowymi problemami, z chorobą dziecka, kłótnią z szefem, konfliktem z teściami. Powinna mu o tym opowiadać, licząc, że choć on jest tam, a oni tu, będzie na bieżąco w sprawach rodziny? A może lepiej, żeby udawała przed nim silną kobietę, która ze wszystkim sobie poradzi?
K. W.: Przecież emigracja to nie jest wynalazek współczesnych czasów. Od lat ludzie wyjeżdżali „za chlebem”. Z tamtych czasów ocalały listy jako materiał badawczy. Choćby taki: „Kochana żono, w pierwszych słowach chcę cię poinformować, że u mnie wszystko dobrze. A co u ciebie? Czy krowa się już ocieliła?”. Wynika z tego, że on jest całkowicie wprowadzony w to, co się dzieje w domu, a przed nią roztacza fikcję, że nie ma żadnych problemów. Moim zdaniem, nic się dzisiaj pod tym względem nie zmieniło.
W. S.: Gdy pytasz o możliwość podtrzymania bliskości przez telefon, to bardzo ważna jest pula więzi, którą oni dotychczas wytworzyli. To będzie taki reakumulator, który może starczyć na długo. Oczywiście rozmowy telefoniczne, maile itp. mogą również podtrzymywać więź, ale ich doświadczenia są coraz bardziej odmienne, a ich „wspólnie” jest coraz dalszą przeszłością. On tam, ona tu. Między nimi wiele przemilczanych spraw, sytuacji, które przeżyli osobno. To o czym oni mają rozmawiać? Tym bardziej że w rozmowie przez komórkę trudno o intymność.

E. K.: Może listy są dobrym pomysłem?
K. W.: Listy bardziej nastrajają do zwierzeń. Można do nich wracać w chwilach tęsknoty. Co zrobić, żeby ich emocjonalne drogi zbytnio się nie rozjechały?

K. W.: Na pewno trzeba pogodzić się z tym, że będą straty. Warto jednak skoncentrować się na tym, jak można je zmniejszyć. Należy pamiętać, że za jakość związku odpowiadamy od początku, zanim dopadnie nas rozłąka. Trzeba mądrze budować związek, wtedy wszystkie problemy przechodzą łagodniej. Jeśli pomiędzy parą istnieje gęsta sieć bardzo głębokich, ważnych, różnorodnych więzi, które dotykają rozmaitych potrzeb, i fizycznych, i duchowych, i społecznych, wtedy ten związek jest w stanie wiele przetrwać. Jeśli nauczyliśmy się szczerze ze sobą rozmawiać, to i przez telefon da się wiele powiedzieć. Kiedy zaś żyliśmy byle jak, szanse na utrzymanie więzi przez telefon są nikłe.
E. K.: A może właśnie przez telefon, kiedy partnerzy są daleko jedno od drugiego, z dystansu łatwiej im wybaczyć przeszłość i na bazie tęsknoty zbliżyć się? W. S.: Pamiętaj, że oni obydwoje są w bardzo trudnej sytuacji emocjonalnej. Wtedy słuchanie drugiego człowieka i wspieranie go jest niezwykle trudne. Ona myśli: „Co ja będę go wspierać, kiedy ja tu biedna, sama ze wszystkim, a on tam za granicą tylko pracuje i nic więcej go nie obchodzi?”. E. K.: A wieczorem idzie do pubu na piwo i może nawet kogoś tam ma?
W. S.: A on myśli: „Co ona tam wie? U niej nic się nie zmieniło. Ten sam dom, te same dzieciaki, praca, sąsiedzi za płotem itd. A ja znoszę upokorzenia, tyram jak osioł i wszystkie pieniądze wysyłam do domu”.

E. K.:
Może on jej powinien o tym powiedzieć?
W. S.: No dobrze. Powie jej, a ona mu na to: „Co ty mi tu trujesz? Ja jestem sama, wszystko zostało na mojej głowie”.

E. K.:
Czyli gra w „kto ma gorzej”?
K. W.: Te różnice ich doświadczeń przejawiają się zarówno w rzeczach drobnych, jak i tych poważnych. Jeżeli np. ona mu powie: „Kupiłam sobie nową torebkę”, to on pomyśli: „Ja tu mam nóż na gardle, a ona wydaje na głupoty” i dalej: „Nie mogę być tu i tam, a ona tam źle gospodaruje”.
W. S.: No właśnie. A jeśli oni wcześniej się umówią, że te pieniądze będą, np. na spłatę długów i ona na bieżąco informuje go, ile już spłaciła, w ten sposób umacnia ich wspólną decyzję. I to jest ich wspólna sprawa, która łączy ich pomimo odległości. Jeśli zaś ona dzieli się z nim tzw. miazgą codziennego życia, on nie jest w temacie. Nie jest w stanie jej pomóc i czuje się po prostu bezradny. A mężczyźni bardzo źle znoszą bezradność.

E. K.: To znaczy, że ma nie opowiadać mu o domowych problemach, o kłopotach dzieci itp.?
W. S.: Wiem, co masz na myśli. Z perspektywy kobiety przekonanie: „On mnie nie rozumie, nie uczestniczy w moim życiu, nie słucha mnie” - to coś, co jest przeciwko więzi.
E. K.: Nie rozumie, czyli nie kocha.
K. W.: W rezultacie obydwoje cierpią, ale każde z innego powodu i na dodatek mają poczucie, że nie rozumieją jedno drugiego, a przez to coraz bardziej oddalają się od siebie. W dalszej kolejności powoduje to agresję wymierzoną przeciwko sobie nawzajem. Problem ten dotyczy przede wszystkim ludzi egocentrycznych, którzy nie potrafią kochać uprzedzająco.

E. K.: Kochać uprzedzająco, czyli jak?
K. W.: To miłość wykraczająca poza egocentryzm. Kiedy np. partnerka cierpi z powodu wyjazdu męża, jest jej samej ciężko, ale myśli: „O ile bardziej on tam cierpi. Muszę go wesprzeć”. Pisze do niego i dzwoni, mówiąc, jak bardzo jest ważny dla niej, dla rodziny, jak wszyscy o nim ciągle mówią, jak doceniają to, że się poświęca. To bardzo zacieśnia ich więź. Obydwoje potrafią naprawdę wiele znieść, bo czują się potrzebni i ważni dla siebie nawzajem. Razem przeżywają swój ból, tęsknotę i trudy dnia codziennego.
E. K.: To chyba najważniejsza, ale też najtrudniejsza rada dla związków na odległość - kochajcie się mądrze. Nie podejrzewajcie się o najgorsze. Miejcie do siebie zaufanie i pamiętajcie, że ta rozłąka to konsekwencja decyzji, którą podjęliście w imię ratowania rodziny.
W. S.: To jest trudne, zwłaszcza dla mężczyzn, którzy w ciężkich chwilach raczej odcinają się od uczuć i koncentrują się na zadaniu. Poza tym on - mężczyzna i ona - kobieta mają inne priorytety. Ona w pewnym momencie myśli: „Pal sześć długi, możemy być biedni, ale niech on wraca”. On myśli: „OK. Związek jest ważny, ale przecież to ja muszę zarobić na utrzymanie rodziny”.
K. W.: Gdyby oni kochali się w ten sposób, o którym mówiłem, nawet gdyby jemu się nie powiodło, mając poczucie, że w domu potrzebny jest przede wszystkim on, a nie jego pieniądze, łatwiej byłoby mu wrócić. Natomiast jeśli cały czas oczekuje się od niego tylko pieniędzy, to on bez nich wrócić nie może.

E. K.: Porozmawiajmy teraz o czymś, czego kobiety boją się najbardziej: „Czy on tam, z dala ode mnie, dochowa wierności?”
W. S.: Może mu być rzeczywiście trudno, ale nie dlatego, że mężczyzna bez seksu nie może, ale bardziej dlatego, że czuje się nierozumiany, że potrzebuje wsparcia od kogoś, kto tak jak on haruje na obczyźnie dla rodziny.
K. S.: Dlatego jedna z moich rad, to coś, o czym wspominaliśmy - wyjazd zadaniowy, tzn. wyjeżdżasz w konkretnym celu. Ty tam zarabiasz na spłatę kredytu, ja tu spłacam nasze długi. Chodzi o dokładne ustalenie zadań. Doradzałbym nawet spisanie planu, kto za co odpowiada. I wtedy mężczyzna jest spokojny o to, co dzieje się z jego pieniędzmi. Ma poczucie, że razem zmierzają w jedną stronę.
K. W.: Warto również zdać sobie sprawę z tego, że cierpimy z powodu tęsknoty i samotności, a brak seksu jest sprawą drugoplanową. Na pewno mamy kilka potrzeb ważniejszych niż seks. Poza tym, jeśli zbudowaliśmy w związku wspólne wartości, to dla nich jesteśmy w stanie wiele znieść. Jeżeli zdajemy sobie sprawę z tego, co możemy wygrać, jeśli wytrwamy w wierności, a co przegrać, jeśli nam się nie uda, to mamy najlepszego strażnika w osobie siebie samego. On wyjechał na pół roku, ale chce zostać dłużej albo prosi, by ona przyjechała…
W. S.: Jeżeli kobieta wyznaje zasadę, że miejsce żony jest przy mężu, to kiedy on zadzwoni i powie: „Pakuj manatki, bierz dzieciaki i przyjeżdżaj”, to ona przyjedzie. Jeśli jest kobietą wyzwoloną i ma swoje pomysły na życie, powie: „OK. Przyjadę, rozejrzę się i zobaczymy” albo: „Nie mam zamiaru się stąd ruszać”.

E. K.: A co, jeśli on nie proponuje jej przyjazdu, tylko informuje, że zostaje dłużej i nie pyta jej o zdanie?
W. S.: A o co ma pytać? Nie ma już wspólnych decyzji, bo nie ma wspólnego pola decyzyjnego. Każde z nich ma inną perspektywę widzenia tej sprawy. To on jest tam na miejscu i podejmuje decyzję, że opłaca mu się zostać dłużej. Jedną ze strat dla związku na odległość jest ryzyko, że partner zdecyduje się zostać na dłużej albo na stałe.

E. K.: Czy można uznać, że taki wyjazd jest sprawdzianem dla związku?
W. S.: Tak. Zupełnie jak w grze w pokera. Zawsze przecież może się okazać, że wyszło inaczej, niż przewidywaliśmy.
K. W.: Zwłaszcza jeśli ktoś sprawdza, zanim dostanie karty, to znaczy partner wyjeżdża, zanim związek zdąży się umocnić.

E. K.: Wynika z tego, że rozłąka jest tak naprawdę mniej niebezpieczna dla związków z długoletnim stażem?
W. S.: Oczywiście. On wraca i co wtedy?
E. K.: W końcu przez wiele miesięcy partnerzy żyli oddzielnie. A czas nie stał w miejscu. Wszyscy bohaterowie tej gry bardzo się zmienili.
K. W.: Na pewno będzie bardzo trudno. Z kilku powodów i w kilku sferach życia.
W. S.: Na przykład w seksie. Jeśli udało im się dochować wierności, obydwoje są przekonani, że czeka ich nagroda. A tymczasem seks po wielomiesięcznej rozłące prawdopodobnie nie będzie przypominał raju na ziemi. Z punktu widzenia dynamiki seksualnej, będzie to ich drugi „pierwszy raz”.
K. W.: To jest tak jak z rodzinami marynarzy. Najtrudniejsze są nie rozstania, a powroty. On wróci z przekonaniem, że się poświęcił dla rodziny. Ona będzie żyła z przekonaniem, że się poświęciła dla niego. Dobrze by było, gdyby to zrozumieli i zaakceptowali fakt, że będą uczyli się bycia rodziną na nowo, ale że warto. Że to wymaga trochę poznania się od początku, zobaczenia, kto jest w jakim punkcie. Mężczyzna musi zrozumieć, że to on był poza rodziną i do niej wraca. I że przez jakiś czas, nawet jeśli ich bardzo kocha i jest kochany, będzie ciałem obcym. Dlatego nie wolno mu przestawiać tego świata po swojemu, tylko go zrozumieć i wspierać.

E. K.: Czy rodzina jest w stanie zrobić coś, żeby powrót mężczyzny zza granicy był dla wszystkich łatwiejszy?
W. S.: Warto w domu kultywować obecność nieobecnego, np. fotel, w którym zawsze siedział, niech zostanie pusty i czeka na jego powrót. Kiedy on wróci i zajmie swoje stare miejsce, w którym pamięta go rodzina, będzie to sposób kultywowania pewnej symboliki ciągłości.
K. W.: Ważne jest też, by osoba, która wraca, na nowo przyzwyczajała się do ludzi, którzy podczas jej nieobecności się zmienili, a nie żyła fantazjami na ich temat. No i trzeba pamiętać, że powrót, tak samo jak wyjazd, to dla człowieka trauma. A w traumie nie należy podejmować żadnych ważnych decyzji.

E. K.:
No i chyba warto pamiętać, że rozłąka jest sprawdzianem nie tylko dla związku, ale też dla każdego z nas z osobna. To być może bardzo cenna lekcja, która umożliwia odpowiedzenie sobie na pytania: „Kim jestem?”, „Co jest dla mnie ważne?”, „Jaki jest główny cel mojego życia?”, „Czy osoba, którą wybrałam na życie, to właśnie ta jedna jedyna?”. Zestaw reanimacyjny dla żyjących w rozłące Nawet jeśli wspólnie ustaliliście, że jego wyjazd za granicę do pracy to dla was ostatnia deska ratunku, nieraz pojawią się chwile zwątpienia. Momenty, w których on będzie o krok od rzucenia wszystkiego i powrotu do domu, a ty będziesz miała ochotę zadzwonić do niego i zażądać: „Albo wracasz natychmiast, albo możesz nie wracać w ogóle”. Co wtedy? Pierwszy krok to pogodzić się z tym, że takie chwile będą. Że nawet jeśli dotąd przeżywaliście swoje problemy każde osobno, to świadomość, że obok, blisko jest ta druga połówka, powodowała, że było łatwiej. Dziś dzielą was setki kilometrów i gra pt.: „Pokażę mu/jej, że dam radę”, którą podświadomie uprawiacie obydwoje. Oto zestaw pierwszej pomocy dla ciebie i dla twojego partnera.