Wolszczak: Cenię niezależność, a futro wolę sobie kupić sama
Wspólny dom, on i Ty. Romantyczne kolacje, wypady za miasto… Ale czy bycie razem oznacza dzielenie każdej wolnej chwili? Może się zdarzyć, że nawet świetnie zapowiadający się związek, takiej próby nie przetrzyma. Zastanów się, czy nie pora na mentalną przeprowadzkę! Być może uznasz, że już czas wyprowadzić Waszą miłość do domu… z dwoma ogrodami.
- Miłość od pierwszego wejrzenia
- Aktorka nie rozstaje się z sukienką
- Olivier Janiak: Mam zadatki na "złotą rączkę"
- Przyjaciółki Magdy M.
- Dowbor wyluzowała się dopiero po 30.
- Jak Cameron Diaz walczy ze stresem i trądzikiem?
- Najkrótsze mini, najdłuższe nogi, czyli gala MTV
- Ewa Gawryluk: Mam szczęście do dobrych ludzi
- Grażyna Wolszczak pokaże się nago!
- Matura bez bólu >>
Pogoda
POLSKA
Sobota 2012-05-26

temp. min 3°C max. 23°C
opady:
brak
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Hanna Bakuła - malarka
- "Znam związki, które funkcjonują jak „para gniadych” - czyli konie tej samej maści, które całe życie chodzą w jednym zaprzęgu. Tacy byli moi dziadkowie, tacy
są moi obecni partnerzy od brydża. Znam osoby, które zabierają małżonków w delegacje, bo bez nich nie mogą wytrzymać i takie, w których mąż jedzie po żonę z Żerania na Bielany, żeby
ją zawieźć do Wilanowa, mimo że ona ma prawo jazdy i metro pod nosem. A to dlatego, że ona „woli” kiedy on ją zawiezie. Taki model się sprawdza pod warunkiem, że Ci ludzie
wejdą w związek bardzo młodo i są zawsze razem. Niczego innego nie znają i nawet nie chcą poznawać. Wówczas ich związek jest nie do rozśrubowania.
Ja zwykle żyłam w drugim modelu, t. j. byliśmy razem, ale mieliśmy własne sprawy i uważam, że to jest najfajniejsze. Z tym zastrzeżeniem, że rozstania są krótkie, bo wówczas taki model
można utrzymać na wieki. Ale jeżeli ludzie snują osobne plany, mogą bez siebie wyjeżdżać na długie urlopy, to już jest źle. Ja zawsze myślę, ze oni się już mniej kochają, skoro mogą
się tak łatwo rozstawać. Wiem to po sobie: bywało, że zaczynałam od modelu pierwszego, potem był drugi, a kiedy zaczynałam myśleć o wakacjach osobno, to już wiedziałam, że jest
„z górki” i że się rozstaniemy. I tak to zwykle bywa".
Fiolka Najdenowicz - piosenkarka
- "Wydaje mi się, że w związku "symbiotycznym" - takim co to wszystko, zawsze i wszędzie razem - można być bardzo nieszczęśliwym. Dla mnie to niewyobrażalne. Ja
potrzebuję bardzo dużo własnej przestrzeni i rozumiem, że partner też może jej potrzebować. Dlatego nie wiem, czy mogłabym zamieszkać z kimś na całe życie pod jednym dachem, chyba że
byłby to bardzo duży dach (śmiech). Chociaż pomieszkiwałam z jednym facetem 2,5 roku i potem jeszcze z jednym przez rok. Ale obecnie już nie wiem, czy mogłabym wytrzymać z kimś 24 godziny na
dobę. Nie wyobrażam sobie, że facet w ogóle mógłby mi powiedzieć „wyprasuj mi spodnie”, albo „bądź cicho”. Chyba wyleciałby przez okno. Obecnie
jestem w związku na odległość i jest mi dobrze. Mieszkam sama, sama na siebie zarabiam, jestem niezależna".
Grażyna Wolszczak - aktorka
-"Jestem za tym, żeby - w związku - iść pięknie obok siebie, a nie wskakiwać na plecy jeden drugiemu. Trzeba budować swoją niezależność, wychodząc z założenia, że jesteśmy
razem, bo tego chcemy a nie dlatego, że daliśmy się w coś uwikłać czy spętać. Ja mam akurat fioła na punkcie niezależności i zawsze powtarzam, że futro wolę sobie kupić sama. Ale nie
każdy aż tak silnie to odczuwa. Związek budują przecież ci partnerzy, którzy w nim są: oni zgłaszają swoje potrzeby i dostosowują się do siebie. A ludzie są różni. Jeden potrzebuje
własnego ogrodu, żeby poczuć się niezależnym, a drugiemu wystarczy grządka".
Ewa Gawryluk - aktorka
- "W tych związkach, gdzie partnerzy spijają sobie z dzióbków, na ogół któraś ze stron zapomina o sobie. Nie chce być odrzucona, więc stara się za wszelką cenę dostosować,
upodobnić, zatrzeć różnice. Nie wierzę, że ludzie mogą się idealnie dobrać. A to na ogół kobiety chcą się podporządkować, chcą być dobre, chcą żeby było idealnie. Tymczasem to
dwie osoby muszą coś z siebie dawać. Znam to, bo zanim wyszłam za mąż też byłam w paru związkach. Teraz - wydaje mi się, że jest ok".
Zofia Milska-Wrzosińska, psychoterapeutka, pisze w „Bezradniku. O kobietach, mężczyznach, miłości, seksie i zdradzie”, że bycie razem podlega cyklicznym przypływom i
odpływom. Kontakt - wycofanie - kontakt - wycofanie. To tak oczywiste, jak fakt, że po nabraniu powietrza następuje wydech. Nie możesz funkcjonować na bezdechu. Udusisz się.
W miłości jest podobnie. Niektórzy to rozumieją. „Inni natomiast nie są w stanie tego zaakceptować, ponieważ oddzielność oznacza dla nich coś więcej niż tylko naturalną
fazę w rytmie kontaktu i wycofania - coś groźnego i niepokojącego” - pisze Milska-Wrzosińska. Co? Samotność. Lęk przed porzuceniem. Poczucie bycia odrzuconą, odciętą,
nieakceptowaną przez partnera. Związek nadaje kształt i sens naszemu istnieniu, tak jak dzban nadaje formę wlanej do niego wodzie. Po co więc się rozstawać? Po co pozwalać partnerowi na
własne hobby, rozwijać swoje pasje? Przecież mamy siebie nawzajem. Własną odrębność, zaczynamy postrzegać jako sprawę zagrażającą nam.
„Obserwowałam to u moich dziadków” - zwierza się Kasia. „Byli nierozłączni. Babcia dusiła w dziadku wszelkie przejawy samodzielności, nie puszczała go samego
nawet na krok. Wszędzie chodzili razem, mieli wspólnych znajomych. Mama opowiadała, że tylko raz dziadek zapragnął urwać się babci. Pochodził z Kresów, znalazł jakieś stowarzyszenie
kresowiaków. Został w nim skarbnikiem. Zaczął wychodzić w środy wieczorem. Sam. Babcia nie mogła tego znieść. Wymusiła na dziadku, by kiedyś zabrał ją z sobą. Ale ludzie ze
stowarzyszenia nie przypadli jej do gustu. Babcia oznajmiła dziadkowi, że więcej nie będzie tam chodził. A on stulił uszy i… zgodził się”.
Dziś dziadkowie Kasi toczą wojnę na śmierć i życie, na zamęczenie „przeciwnika”. Ich wzajemne uwielbienie i bliskość przerodziły się w niechęć, pogardę, robienie
sobie na złość. Dlaczego? Bo przesadna bliskość wcale nie wyszła im na dobre. Nie tworzyli dobrego związku, tworzyli związek, który Milska-Wrzosińska nazywa symbiotycznym. Partnerzy w
takiej relacji zlewają się w jedno, ich osobowości ulegają stopieniu.
„Po latach - lub po tygodniach - następuje ewolucja: oddzielność w dalszym ciągu jest niemożliwa, ale to, co łączy dwoje ludzi, nabiera zupełnie innego charakteru” - czytamy w „Bezradniku”. Jakiego? Jedność zostaje zastąpiona wspólnotą nienawiści, czyhania na pomyłkę, potknięcie partnera, wytykania mu błędów. Wszystko dobre, co jest stosowane z umiarem. Zbytnia intymność, zlanie się, powodują, że w końcu związek się wyjaławia. Nagle nie ma o czym rozmawiać. Nie ma czego odkrywać. Wszak partner jest taki przewidywalny, tak dobrze znany, jak własna kieszeń. Znika fascynacja. Wraz z nią odchodzi też atrakcyjność seksualna partnera, bo trudno przecież pożądać czegoś, co traktuje się jak fragment siebie. Pragnie się tego, po co trzeba wspinać się na palce. Zniwelowanie, zniszczenie dystansu dzielącego dwoje niezależnych, samodzielnych ludzi w związku może powodować nawet większe problemy niż dystans zbyt duży. „Kiedy stopniowo zatapiamy się w naszym małżeństwie, pomyślmy czasem, że być może utonie ono wraz z nami…” - konkluduje Zofia Milska-Wrzosińska.
Jak szkatułka w szkatułce
Dlatego, zamiast budować w związku bliskość totalną, przywodzącą na myśl ciasne M2 w bloku z wielkiej płyty, wyprowadź waszą miłość do domu z dwoma ogrodami. A wtedy, nawet jeśli w
rzeczywistości będziecie mieszkać w kawalerce, będzie między wami przestrzeń konieczna, by wziąć oddech i rozwinąć skrzydła. Wspólny dom - to jasne. Ale dwa ogrody?
Ogrody symbolizują własne, niezależne miejsca dla każdego z partnerów. Twój ogród i jego ogród. Te ogrody to znajomi, których ze sobą nie dzielicie. Twoje przyjaciółki, z którymi
spotykasz się od czasu do czasu sama. Jego kumple, z którymi on ogląda mecze, gra w bilard, chodzi na piwo. Bez ciebie. Wasze hobby, zainteresowania. To nie musi być od razu nurkowanie czy
wspinaczka wysokogórska. Pasja nie musi być spektakularna, nie trzeba się nią chwalić w CV. Jeśli twój partner będzie miał swoje hobby, poproś, by od czasu do czasu zaprosił cię do tego
świata, opowiedział, wytłumaczył, pokazał. Zdziwisz się, gdy zobaczysz w jego oczach błysk, którego nie widziałaś już od dawna. Być może właśnie to będzie cię w nim
intrygowało?
Pozwól, by i on nigdy nie poznał cię na wylot. Miej swoich przyjaciół, swoje hobby. Takie osobne ogrody są fajne, bo zawsze możesz udać się na krótką „emigrację” w
swój własny świat, gdy coś będzie między wami zgrzytać. Własny ogródek to nie tylko miejsce na oddech, na zrzucenie stresów. To także miejsce, do którego fajnie od czasu do czasu
zaprosić partnera. Pokazać mu: „Zobacz, taka też jestem. Wiedziałeś?”. Sprawić, by spojrzał na ciebie z zupełnie z innej perspektywy. Udany związek to trochę jak
otwieranie kolejnych szkatułek. Urok niespodzianki. Już wydaje ci się, że otworzyłaś wszystkie, że w środku na pewno nic nie ma, a tu - proszę - jednak jest coś jeszcze! Kolejna kasetka. A
w niej następna. Można je tak otwierać, otwierać… nawet do końca życia.
Dorota Mikłaszewicz
opr. na podst. "Olivii"

















































Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!