Pokochałam go jak matematykę
W Piotrze Dowborze, dzisiaj profesorze matematyki na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, Katarzyna Dowbor, dziennikarka telewizyjnej Dwójki zakochała się na złość koledze.

W młodości nie byłam osobą kochliwą. Marzyłam tylko o jednym: zostać mistrzynią sportu! Mecze siatkówki, treningi, obozy sportowe - to był cały mój świat. Faceci? W ogóle mogliby dla mnie nie istnieć. I wtedy pojawił się Piotr. Poznaliśmy się, oczywiście, na boisku. Byłam w trzeciej klasie liceum. Pamiętam dobrze to spotkanie: po meczu siatkówki kłóciłam się o coś zażarcie z kolegą ze szkoły, Szymonem. I właśnie w tym momencie przed szkołą przechodził wysoki, przystojny, dobrze zbudowany blondyn. Pomyślałam: ale on fajny! Jakież było moje zdumienie, gdy ten zabójczy przystojniak podszedł i przywitał się z Szymonem. Okazało się, że to jego dobry kolega - Piotrek, student III roku matematyki. Zapytał mnie, czy nie potrzebuję korepetycji z matematyki. Byłam osóbką bardzo dumną, więc odpowiedziałam wyniośle "Nie!”, chociaż z matematyki orłem nie byłam. "Ale dla ciebie to by było gratis!” - uśmiechnął się zalotnie i odszedł. Od razu zaczęłam wypytywać o niego Szymona. W odpowiedzi usłyszałam tylko: za wysokie progi na twoje nogi! Wkurzyłam się i przyrzekłam sama sobie: to się jeszcze okaże! I okazało się.

Po dwóch miesiącach spotkałam go w hali sportowej toruńskiego AZS-u. Kilku chłopców po meczu zaczęło ze mną żartować, flirtować. Nagle patrzę - Piotr! Podszedł i powiedział: - Daj sobie z nimi spokój. Zobacz, ja jeden nie mam obrączki! Zaczęliśmy rozmawiać. Z tamtego dnia zapamiętałam jedno: marzyłam o tym, by czas się zatrzymał. Piotr odprowadził mnie do domu. Tak zaczęła się pierwsza miłość w moim życiu, w pewnym sensie od pierwszego wejrzenia. W ciągu kilkunastu dni staliśmy się jak papużki nierozłączki. Byłam wtedy pijana ze szczęścia i bez przerwy nim zaabsorbowana. Z czasem jego powaga, wewnętrzny ład i spokój zaczęły mnie męczyć. Ale miłość wzięła górę i po półtorarocznej znajomości, miesiąc po mojej maturze, wzięliśmy ślub. Po kilku miesiącach przyszedł na świat Maciek.
Uczucie nie przetrwało próby czasu - po trzech latach się rozeszliśmy. Piotr był bardzo zasadniczy, przewidywalny, nie umiał się wyluzować i nie mówił o swoich emocjach. Dawał mi poczucie bezpieczeństwa, ale nie było w nim szaleństwa, którego ja - dziewczyna ledwie po dwudziestce - bardzo potrzebowałam. Pisałam mu listy na korze dębowej i od niego oczekiwałam tego samego... On tego nie rozumiał. Miał inną wizję życia we dwoje: mężczyzna jest głową rodziny, a rolą kobiety jest dbanie o rodzinne gniazdo. Nasz związek nie mógł więc być partnerski. Chociaż mamy wspaniałego syna, nasze drogi się rozeszły. Nie mamy ze sobą kontaktu. Piotr jest dziś profesorem matematyki na uniwersytecie w Toruniu. Chyba ma żal, że odeszłam.

Zwariowałem na punkcie jej energii
Bogdana Rymanowskiego, dziennikarza "Faktów” w telewizji TVN, tak zauroczyła pełna temperamentu Monika Nowak, koleżanka ze szkoły, że są razem do dziś.

Pierwsze cierpienia miłosne poznałem jako pięciolatek. Chciałem pocałować koleżankę w przedszkolu. Nie było to uczucie odwzajemnione - ciachnęła mnie paznokciami po lewym policzku. Do dziś została mi blizna. Być może byłbym bardziej kochliwy, gdyby na mojej drodze nie pojawiła się Monika. Poznaliśmy się na korytarzu szkolnym, w XVI liceum w Nowej Hucie. Któregoś dnia zobaczyłem piękną, drobną blondynkę. Zachwyciła mnie. Była dwa lata ode mnie młodsza, ale szczęśliwie znał ją mój kolega Tomek. On nas umówił. Pamiętam naszą pierwszą randkę - pod klatką schodową jej bloku. Czekałem na nią z czerwoną różą w ręku. Poszliśmy na imprezę do kolegi i bawiliśmy się wspaniale.

Po kilku dniach Monika zaprosiła mnie do domu. Pamiętam, że jej ojciec patrzył na mnie podejrzliwie. Teraz możemy się obaj tylko z tego śmiać. Bo tak naprawdę - od tamtego pierwszego dnia - nigdy się z Moniką nie rozstaliśmy. Dostałem się na studia prawnicze, Monika do studium medycznego. Jak wiadomo, studenckie życie wystawia na próbę wiele związków, ale nasz nigdy nie był zagrożony. Były między nami ciche dni, tydzień, dwa - ale oboje źle je znosiliśmy. Po siedmiu latach wzięliśmy ślub. Znakomicie się uzupełniamy - Monika ma temperament, moją siłą jest spokój. Jest realistycznie nastawiona do życia, ja bujam w obłokach. Jest pesymistką, podczas gdy ja wierzę, że wszystko może mieć szczęśliwe zakończenie. Jesteśmy razem ponad 21 lat. Największą pokutą w małżeństwie jest dla mnie milczenie mojej żony. Gdy się do mnie nie odzywa, przeżywam katusze. Czasami czuję się tak, jakbym miał przewodnika, który prowadzi ślepego człowieka. Tym przewodnikiem jest moja żona.

Moje miłości miewały praktyczne strony
Aldona Orman, aktorka, w podstawówce straciła głowę dla Arkadiusza Pękały (teraz jest kardiologiem w szpitalu w Końskich, rodzinnym mieście Aldony), bo potrafił zadbać o nią jak nikt. Jej pierwsza nastoletnia miłość dzisiaj także leczy ludzi. Nefrologowi Jarosławowi Szejnie wpadła w oko Aldona, bo pięknie prezentowała się w obiektywie jego aparatu.

Dziecięca miłość przyszła w drugiej klasie podstawówki. Arek, mój przyjaciel jeszcze z przedszkola, nagle zaczął zachowywać się podejrzanie. Starał się wkupić w łaski mojej mamy. Przychodził do niej i pytał, czy nie mógłby postać za nią w kolejce po kurczaka lub wędlinę. Było to w czasach głębokiego PRL-u i żeby cokolwiek kupić, trzeba było swoje wystać. Mamie żal było zakochanego we mnie po uszy uczniaka i nigdy go nie wykorzystywała.

Na Arka zawsze mogłam liczyć. Przynosił mi zeszyty, gdy byłam chora. Bronił mnie przed innymi chłopcami, kiedy usiłowali pociągnąć mnie za warkocz. Był siedmioletnim dżentelmenem, przy którym mogłam czuć się bezpiecznie.

Każdego ranka czekał pod blokiem, by zanieść mi teczkę do szkoły, choć mieszkałam dwa kroki od niej. Rosłam więc w przekonaniu, że każdej dziewczynce jakiś kolega pomaga nosić tornister, tymczasem on przeżywał prawdziwy koszmar. Ze swoim przyjacielem toczył zacięte boje o ten przywilej noszenia mojej teczki. Ponoć dochodziło między nimi nawet do bójek. Robili to jednak w ukryciu przede mną.

Arek przeszło rok pałał do mnie swoim dziecięcym uczuciem, a ja tego nie zauważałam, bo ważniejsze wydawały mi się wtedy koleżanki i guma do skakania. Do swojej miłości Arek przyznał mi się dopiero w ogólniaku, kiedy i on, i ja związani byliśmy z innymi osobami. Przyjaźnimy się do dziś. Choć minęło wiele lat, nadal mogę na nim polegać. Niedawno mój tata zachorował na serce. Leżał na oddziale Arka. Lepszej opieki niż tam z pewnością nie miałby nigdzie indziej. Wiem, że o każdej porze dnia i nocy mogę zadzwonić do Arka po fachową poradę. Dżentelmenem, na którego mogę liczyć, pozostał do dziś.

Jarek z kolei chodził ze mną do jednego liceum. Jak wszyscy nastolatkowie mieliśmy wspólną paczkę, z którą chodziliśmy na imprezy, koncerty, razem wyjeżdżaliśmy na wakacje. Przed końcem roku szkolnego w pierwszej klasie zaczęłam spędzać z Jarkiem każdą wolną chwilę. Sama nie wiem, kiedy zrodziło się uczucie. W Jarku fascynował mnie jego intelekt i dojrzałość rzadko spotykana u nastolatków. Imponowało mi jego hobby - robił piękne zdjęcia. Szybko stałam się jego jedyną modelką. Podobało mi się to, bo już wtedy marzyłam o zostaniu aktorką, a - jakkolwiek by na to spojrzeć - były to moje pierwsze sesje zdjęciowe.
Jarek był prawdziwym romantykiem. Wiosną przynosił mi naręcza bazi, latem polne kwiaty. Chodziliśmy na spacery nad wodę, godzinami trzymaliśmy się za ręce, patrzyliśmy sobie głęboko w oczy i przytulaliśmy się do siebie. Śmiało mogę powiedzieć, że były to moje pierwsze i bardzo silne damsko-męskie emocje. Przez półtora roku byliśmy w sobie na zabój zakochani.

Nasz związek rozpadł się po wakacjach. Tak się złożyło, że wyjechaliśmy na zupełnie inne obozy. Żadne z nas nie dochowało wierności drugiemu. Każde wróciło do Końskich ze swoją tajemnicą. Nie było już tak jak dawniej. Kamień spadł mi z serca, gdy wyznałam Jarkowi prawdę. On także przyznał się do wakacyjnej przygody.
Na młodzieńczej zdradzie wyszłam znacznie gorzej niż on. Moja wakacyjna przygoda minęła wraz z latem, Jarek z tamtego obozu przwiózł prawdziwą miłość. Dziś ta kobieta jest jego żoną.

Kochałam platonicznie i erotycznie
Ewa Telega, aktorka, operatora Marcina Isajewicza pokochała jakby mimochodem, ale za to tak mocno, że zostali małżeństwem. Ale od dziecka kochała się skrycie w wielkim aktorze Janie Nowickim.

Marcina poznałam na pierwszym roku szkoły filmowej w Łodzi. Początkowo nie robił na mnie dobrego wrażenia. Wydawał mi się zadufanym człowiekiem, który z góry traktuje ludzi. Mimo że jego koledzy prześcigali się w pomysłach na to, jak mnie uwieść, on pozostawał obojętny na moje wdzięki. Zaskoczył mnie propozycją spotkania.

Pierwsze randki traktowałam niezobowiązująco. Kiedy zaproponował mi "chodzenie”, odmówiłam. A on na to, że nie będzie naciskał. Poprosił jednak, bym się zastanowiła. I że „tak na wszelki wypadek” zajrzy dwa dni później o siedemnastej. Sprawę postawił jasno - jeśli wtedy odmówię, da mi święty spokój.
Czekałam o umówionej siedemnastej, ale on nie przychodził. Zaczęłam wariować. Nie mogłam się na niczym skupić, bałam się, że już wcale nie przyjdzie. O osiemnastej zadzwonił do drzwi. To była najdłuższa godzina w moim życiu, w ciągu której zakochałam się na śmierć i życie. Nie powiedziałam ani słowa. Wskoczyłam na niego i mocno się przytuliłam. Było dla nas jasne, że od tej chwili jesteśmy parą.

Nigdy się nie rozstawaliśmy. Gdy dostałam rolę w "Kasztelance”, musieliśmy wytrzymać bez siebie miesiąc. Codziennie pisaliśmy listy. O mały włos ten wyjazd nie skończył się rozstaniem. Marcin nie mógł pogodzić się z tym, że mam do zagrania roznegliżowaną scenę. Przestał się do mnie odzywać. Po powrocie do Łodzi udało nam się poskładać związek. Wpadliśmy nawet na pomysł, żeby kupić dwie metalowe obrączki i nosić je na znak miłości. O ślubie jednak nie było mowy.

Tego wieczoru poszliśmy na imprezę. Przyjechał tam nasz kolega z Węgier ze swoją dziewczyną. Obwieścili, że w sierpniu biorą ślub. Zaproponowali, byśmy i my się pobrali, razem z nimi, na Węgrzech. Pomysł wydał mi się niedorzeczny. Ledwo co skończył się stan wojenny, cudem załatwiliśmy paszporty. Na ślub w obcym kraju nie było szans. Gdy powiedziałam o tym Marcinowi, zapytał "Dlaczego nie?”. I to były całe jego oświadczyny.

Po niespełna roku zostaliśmy małżeństwem. Ślub odbył się w Budapeszcie, do dziś nie chce mi się wierzyć, że udało nam się go załatwić. Nasze małżeństwo trwało dwa lata. Był to najbardziej szalony okres mojego życia. Niestety, związek nasz skończył się tragicznie. Marcin zginął w wypadku samochodowym. Przeżyłam koszmar. Nie miałam dzieci, żadnej pamiątki po Marcinie, zostałam całkiem sama.

Dopiero po dziewięciu latach udało mi się otrząsnąć. Los dał mi jeszcze jedną szansę na ułożenie sobie życia. Dziś mam drugiego męża, z którym jestem szczęśliwa.

W Janie Nowickim zakochałam się bez pamięci, mając 14 lat. Byłam wtedy jeszcze uczennicą szkoły baletowej w Bytomiu. Z dwoma kolegami wybrałam się na film „Sanatorium pod klepsydrą”, w którym Nowicki grał główną rolę. Po projekcji miało się odbyć spotkanie z aktorem. Oglądając film, niemal mdlałam na widok Janka. A gdy go zobaczyłam siedzącego naprzeciw mnie, zamarłam. Towarzyszący mi rówieśnicy wydali mi się brzydcy, chudzi, niemęscy. Janek zaś wyglądał jak młody bóg. Czułam się tak, jakbym zobaczyła Paula Newmana i Alaina Delona razem wziętych. Pokochałam Nowickiego szczenięcą miłością. Na spotkaniu z nim byłam nadzwyczaj aktywna. Chciałam go mieć na wyłączność i swoimi pytaniami zdominowałam dyskusję.

Oglądałam go potem we wszystkich filmach. Żywo zainteresowałam się nie tylko jego karierą zawodową, ale i życiem prywatnym. Cierpiałam z powodu jego żony Marty Meszaros. Nie mogłam zrozumieć, co taki heros widzi w podstarzałej Węgierce (bo wydawała mi się wtedy strasznie stara).

Minęły lata. Skończyłam szkołę filmową w Łodzi, grywałam w Krakowie. I często przypadkowo go spotykałam. Zwykle w pociągu z Warszawy do Krakowa. Ja biedna, początkująca aktorka siedziałam kątem w drugiej klasie. On przechodził korytarzem w poszukiwaniu wagonów klasy pierwszej. Mijaliśmy się więc na korytarzach. Widocznie kojarzył mnie z filmów, bo raz nawet zatrzymał się i uśmiechnął do mnie. Myślałam, że oszaleję ze szczęścia.

Pewnego dnia przyjechałam do Krakowa odwiedzić narzeczonego. A on tak zwyczajnie powiedział: „Janek Nowicki zaprasza nas na kolację”. Zaszokowała mnie informacja, że dziś wieczorem wspólnie siądziemy przy stole.

Pamiętam, że Janek powiedział do mnie na powitanie: "Ewiku, tak się cieszę, że jesteś z moim przyjacielem”. Tego zdrobnienia nie zapomnę do końca życia. Nie dowierzałam, że mój idol tak poufale się do mnie zwraca.

Przyjechała też wtedy Marta z Budapesztu. Już nie wydawała mi się tak stara jak kiedyś. Co więcej, okazała się fantastyczną kobietą. Po godzinie zaproponowała mi, bym zagrała Annę Kareninę. Janek miał grać Karenina. W jeden wieczór poznałam więc mojego idola i dostałam propozycję zagrania jego żony. W czasie tego spotkania opowiedziałam mu o swojej młodzieńczej miłości i o spotkaniu po filmie. Nie mogłam uwierzyć, że zapamiętał tę rozgadaną dziewczynkę.

Od tamtej pory utrzymywałam z Jankiem kontakt. Kiedy byłam w ciąży, odwiedził mnie i Andrzeja. Powiedział wtedy, że jak urodzę dziewczynkę, to on chce być jej ojcem chrzestnym. Kilka miesięcy później urodziła się moja córka Zosia. Janek podawał ją do chrztu. Do dziś żyjemy w głębokiej przyjaźni i traktujemy się tak, jakbyśmy byli rodziną.