W powietrzu wisi wojna domowa. Co zrobić, by uniknąć takich sytuacji? Czy możemy naszym mężom i narzeczonym udzielić dyspensy na samotne wyjście? Oni dadzą ujście nagromadzonym przez tydzień emocjom, a my nie będziemy musiały do rana czatować przy drzwiach, z okiem przyklejonym do judasza. I rodzinna idylla powróci.

Stara gwardia

Dawniej było tak: żona o piętnastej ugotowała rosół, wychylała się przez okno i obwieszczała: – Oobiaaad!

Wtedy spod pobliskiego samochodu wypełzał człowiek w koszuli w kratę i wycierał dłonie w szmatkę. Niespiesznie, zupa nie zając, zbierał porozrzucane dookoła klucze, kombinerki, muterki, nakrętki, wszystko, co sprawiało wrażenie, jakby przed chwilą spadła tu radziecka sonda kosmiczna. Zadowolony wracał do domu, bo choć w stanie samochodu nic nie zmieniło się na lepsze, a może nawet na gorsze – to jemu, mężczyźnie było zdecydowanie lepiej. Odpoczął. Zrelaksował się.

Męża nie ciągnęło do pubu z kolegami, bo pubów nie było. Najwyżej poszedł ze swoją ślubną do sąsiada na imieniny. Ostatecznie stanął przy budce z piwkiem, z kolegami pogadał, ale kogo tam mógł poznać? Bufetową szalejącą z otwieraczem?

Tak było. A jak jest?

Uwaaaga: zmieniamy obroty.

Szybko. Mocno. Ostro. Jak w teledysku. W pracy wyścig. Z czasem. Z kolegami. Z poleceniami szefa. Z konkurencją. Wiszące kredyty: na mieszkanie, na samochód. Żona narzeka. Dzieci wrzeszczą. Albo na odwrót.

Stop! Na szczęście są koledzy, a pubów niczym gwiazd na niebie. Można na chwilę uciec od wszystkiego. Ale nie, nie można. Bo żona jeszcze więcej narzeka: że nie wiadomo co tam robi, że dzieci zapominają ojca, że już nie rozmawia i takie tam podobne damskie fanaberie.

To gdzie wyrzucić ten stres?! Żeby potem być w domu niczym baranek?

Pomóżmy naszym mężczyznom. Po co sami, po omacku mają sprawdzać metodą prób i błędów. Spróbujmy razem poszukać sposobów i miejsc, gdzie mogą spędzać czas po swojemu, po męsku. Bez nas, ale i bez kolizji z naszymi interesami. Żeby było bezpieczne, także dla nas, kobiet.

Byle nie za często.

Show by night – dziękujemy

„Przez miliony lat utrwalała się w mózgu mężczyzn potrzeba polowania w grupie. (...) Dlatego współcześni mężczyźni spotykają się w drużynach łowieckich, czyli pubach i klubach” – piszą Alan i Barbara Pease, autorzy książki „Dlaczego mężczyźni nie słuchają, a kobiety nie umieją czytać map”. „Takie wyjście (po pracy do pubu na godzinę – red.) traktują jako formę wpatrywania się w ogień. Mogą spędzić ze sobą całe godziny na wędkowaniu, graniu w karty lub golfa albo oglądaniu meczu futbolowego, momentami wcale nie rozmawiając” – perorują ci sami autorzy w „Dlaczego mężczyźni kłamią, a kobiety płaczą”.

Stop, stop. Gadu-gadu-gadka. Na godzinę chodzą do pubu może w Anglii. Może tam, w stylu angielskim, nie odzywają się do siebie. Tymczasem do polskiego pubu nikt na godzinę nie przychodzi. W dodatku u nas do siebie się odzywają, niestety.

I dlatego: atrakcje typu wypad na miasto w męskim gronie – odpadają. Na dokładkę za dużo tu wyzwolonych łowczyń typu „Seks w wielkim mieście”.

Choć autorzy poradnika starają się pocieszyć, że mężczyźni chodzą do pubu głównie po to, by rozładować stres (85 procent) i wlewać w siebie piwo (co dziesiąty), a tylko co dwudziesty – aby poznać kobietę – i tak odpada. Istnieje uzasadniona obawa, że w naszych warunkach proporcje byłyby zdecydowanie inne; niczego nie ujmując Angielkom.

Nowa generacja

No to samochody. Kto by jednak dziś przy nich dłubał: to już nowa generacja. Samochodów i ludzi. Samochód to jeżdżący komputer, nasz wybranek tylko by zepsuł. Inne czasy, inne zajęcia. Ale samochód to nadal temat numer jeden większości naszych mężczyzn.

Tylko popatrzmy: sobota rano, początek grudnia, warszawski Tarchomin. Zaczyna się całodzienny rajd Barbórki, który zakończy się na ulicy Karowej. Żaden szanujący się wielbiciel czterech kółek nie ominie tego wydarzenia.

– Szef chciał, żebym przyszedł dziś do pracy, ale powiedziałem mu, że szybciej przyjdę w święta i sylwestra, niż podczas rajdu Barbórki– mówi 30-letni Marek Rubaj, jeden z kibiców, pracownik działu sprzedaży dużej firmy.

„Zmiany prędkości, zakręty, slalomy, zmiany biegów, branie na hol i parkowanie tyłem – to męski raj. Mężczyźni do tego stopnia są zafascynowani tym zajęciem, że potrafią całymi godzinami oglądać w telewizji, jak inni jeżdżą w kółko samochodami wyścigowymi” – tyle fachowcy od „Dlaczego mężczyźni kałmią, a kobiety płaczą”.

Marek ma w domu kolekcję modeli samochodów rajdowych, które sam z zegarmistrzowską precyzją, składa i maluje. Nad „miejscem świętym”, jak lubi je określać, znajdują się pocztówki z rajdów zarówno w Polsce, jak i świata, z autografami kierowców-gwiazd. Kiedyś doszedł do wniosku, że nie będzie jeździł na wszystkie rajdowe imprezy, które odbywają się w Polsce, a w to miejsce – pojedzie raz w roku obserwować rajd za granicą.
– To inne wrażenie – mówi z błyskiem w oku. – Inne samochody, inne drogi.

W ten sposób podziwiał już mistrzów kierownicy w Anglii, we Włoszech, w Finlandii, był na Sardynii i Cyprze.

Ryk silnika to także najpiękniejszy dźwięk dla Adama Nowaka, 33-letniego właściciela firmy budowlanej z Legionowa.
– Kilka razy w roku biorę udział w rajdach terenowych, które odbywają się nad morzem albo na Mazurach. Starym jeepem jadę dwieście kilometrów po lesie, po wodzie, po błocie. Jestem uwalany błotem, umęczony i zadowolony. Mogę zaczynać nowy tydzień pracy.

Żona?
– Na początku była trochę przestraszona. Teraz to jej nie przeszkadza. Może pojedziemy w sezonie razem, żeby zobaczyła, jak to jest.

A co z żoną pasjonata polskich i zagranicznych wyścigów? Przez cały rok wypatruje męża w transmisjach w Eurosporcie?
– To chyba jasne: jeździmy razem. Żona też się tym pasjonuje. Jest zadowolona, że nie leżę cały dzień na kanapie i nie oglądam, jak leci, głupich programów. W tym roku podczas rajdu na Cyprze była w piątym miesiącu ciąży.


Taka mężowska pasja: może to i niezłe wyjście? Chyba da się to zaakceptować. Wystarczy spojrzeć na mężczyzn podczas trwania rajdu: są jak zahipnotyzowani. Tutaj nawet Doda w stringach z Koniakowa pozostałaby niezauważona. „Hołek”, Kuzaj, ryk silników, kręcenie beczki, palenie gum – to się liczy.

Bo mój chłopak piłkę kopie

Gdzie w miarę dla nas bezpiecznie możemy jeszcze wysłać męża, by nie zdejmować potem z jego marynarki długich włosów w kolorze odmiennym od naszych? Co jest na liście zainteresowań zaraz po samochodach?

Jeśli zgadłaś, że to piłka nożna, należą ci się brawa!

„Sport był zawsze niezawodną dziedziną, w której mężczyźni mogli ponownie poczuć się częścią zespołu” – tłumaczą autorzy „Dlaczego mężczyźni...”. „Nie staraj się współzawodniczyć ze sportową pasją partnera ani jej zwalczać. Przyłącz się do niego lub wykorzystaj ten czas na swoje potrzeby” – dodają dobrodusznie.

Czy tutaj należy szukać odpowiedzi na pytanie, dlaczego jest tyle rozwodów?

Wspólne, męskie oglądanie meczu w pubie? Mecz, jak najbardziej – ale z nami w domu. Jak w starym dowcipie, w którym słodka nowo poślubiona żona kociak przynosi mężowi wszystko, co jest potrzebne do obejrzenia meczu w domowych pieleszach: zimne piwo, otwieracz, kufel. Gdy ten przekonuje, że nie ma jednak takiej atmosfery jak w pubie, słodki kociak żona wyjaśnia mu zwięźle: – Ożeniłeś się? To siedź i nie narzekaj.

A gdyby problem miłości do piłki rozwiązać inaczej?

Na przykład tak jak Tomek Witkowski, lat 34, współwłaściciel firmy kurierskiej? Piłkę nożną trenuje od lat. I sędziuje w meczach piłkarskich. W tygodniu trenuje dwa–trzy razy: biega, kopie, chodzi na siłownię, w dodatku co najmniej raz wyjeżdża sędziować mecze. Co na to wszystko narzeczona?

– Cieszy się, że mam hobby. Czasem ze mną jeździ. Choć gdy imprezy zbyt się nawarstwiają jest już mniej zadowolona – przyznaje Tomek. – Ostatnio sama jednak przyznała, że woli, żebym sędziował, niż znikał z kumplami w pubie.

Sprytnie pomyślane. I umówmy się: szalikowcy, czy też szalikówy, nie są dla nas konkurencją. Poza tym jak Victoria Beckham może jeździć na mecze, to może i my to jakoś przeżyjemy.

Do boju!

Gdzie nasz mężczyzna może się jeszcze poczuć stuprocentowym mężczyzną? Walka, strategia, samoobrona: to może chodzić mu po głowie.

Jacek Kozłowski, żonaty 33-latek, kierownik do spraw klientów w dużej firmie telekomunikacyjnej, trenuje Krav Magę, izraelską sztukę samoobrony. Na trening chodzi dwa razy w tygodniu, a raz w miesiącu odbywa się on w warunkach naturalnych, czyli na przykład w przejściu podziemnym lub autobusie, co budzi uzasadnione zaskoczenie przypadkowych obserwatorów.

– Żona na początku żartowała, że to jakieś treningi dla izraelskich terrorystów. Ale zabrałem ją na zajęcia i odtąd nie ma nic przeciwko. Uważa, że to znacznie lepiej niż bym wracał nad ranem. Zresztą ona także chodzi na jakieś damskie pilatesy.

Kolejna ekstremalna pochodna sportu to paintball, strategiczna gra w terenie, bijąca rekordy popularności, zwłaszcza wśród pracowników dużych firm, którzy z zapałem strzelają do siebie ze specjalnych pistoletów z farbą. Obco i ekskluzywnie brzmiąca nazwa, ale wierzcie mi – nasi mężowie i narzeczeni jeśli sami w to nie grają i nie chcą grać, to przynajmniej znają takich, co grają albo takich, co sami nie grają, ale znają tych, co grają.

Konrad Tomaszuk, lat 33, na co dzień kierujący działem logistyki w dużym zachodnim koncernie – w paintball i speedball (sportowa odmiana, rozgrywany na małej powierzchni z przeszkodami) gra od sześciu lat.

– Zaczynałem od paintballa leśnego. Ale było za mało, bo gra się tylko w sezonie. Więc zacząłem trenować speedballa, w którym treningi odbywają się także zimą, dwa razy w tygodniu. Turnieje raz–dwa razy w miesiącu. Tu walczy się o wynik, jak w sporcie.

Żona?
– Jak najbardziej: uczestniczy w tym. Interesuje się, przyjeżdża na turnieje. Wyszukuje w internecie imprezy z tej dziedziny. Na sto procent woli moje treningi od znikania z kolegami. Teraz myślimy, gdzie ona może się zapisać.

Wygląda na to, że to także niezłe wyjście. Prawdopodobieństwo poznania seksownej nieznajomej jest minimalne, jak to na wojnie. Jeśli już, to będzie to wietnamska partyzantka, radziecka sołdatka albo inna niemiecka Helga. W masce nie będzie zbyt intrygująca, zwłaszcza gdy oberwie kulką z farbą.
Od nas.

Cyberblondynce – nie!

Niektórzy wolą być strategami wirtualnymi. Przy poprzednich ekstremalnych zajęciach siedzenie przy komputerze może się wydać nudne. Nic bardziej mylnego – nie dla naszych mężczyzn. Komputer to absolutny lider – obok samochodów, piłki, sztuk walki i terenowych gier wyciskających ostatnie poty – na liście ulubionych zajęć.

„Z powodu bardzo rozwiniętych umiejętności przestrzennych mężczyźni i chłopcy bywają zafascynowani wszystkim co ma przyciski, silniki, czy ruchome części oraz wydaje dźwięki i błyska światłami, funkcjonuje na baterie. Do takich rzeczy należą gry wideo, ręczne odbiorniki GPS, motorówki, samochód ze skomplikowaną deską rozdzielczą, broń na podczerwień, broń nuklearna, statki kosmiczne. Krótko mówiąc: urządzenia sterowane pilotem. Gdyby pralki były wyposażone w pilota – pewnie robiliby pranie”. Z ostatnim zdaniem autorów „Dlaczego...” należy się zgodzić.

Trzeba jednak uważać, by: po pierwsze – partner grając na komputerze, nie wpadł w nałóg i odpowiednio wcześniej wyłączać korki, po drugie – byśmy nie zaczęli żyć obok siebie.

Uważa na to Jakub Nieduszyński, lat 29, kierownik sprzedaży w firmie telekomunikacyjnej. Gra już od trzech lat w popularną grę, nie z komputerem, a poprzez internet z partnerami z całego świata.

– Mam zasadę: nie zaczynam grać, dopóki moja dziewczyna nie uśnie – śmieje się Jakub. – Gram godzinkę dziennie, no, może dwie. Narzeczonej to nie przeszkadza, pod warunkiem że nie zajmuję komputera wtedy, gdy ona chce na nim coś obejrzeć. Znosi cierpliwie moje zajęcie. Bo: wyjście wieczorem w ogóle mnie nie ciągnie, nie oglądam też telewizji. I co tu dużo mówić – jestem w domu. To chyba niekwestionowany plus?

Wygląda to całkiem zachęcająco. Ukochany jest stacjonarny. W ogóle nie znika nam z oczu, najwyżej wyjdzie do innego pokoju. Ewentualnie warto czasem podlać kwiaty ustawione – oczywiście przypadkiem – w pobliżu komputera, by zerknąć, czy aby wciąż tylko gra. Jak gra – to wszystko gra.

Żonine oko konia nie tuczy?

Podsumujmy. Otwierać czy zamykać szlabany? I kiedy zamykać, kiedy otwierać? Lepiej przecież byłoby w tym czasie porozmawiać na kanapie o naszych problemach, o wszystkich niesprawiedliwościach, które spotkały nas tego dnia, o koleżankach, w co były ubrane i kto je zostawił i o wielu innych pasjonujących tematach. Komedię romantyczną nawet obejrzeć, razem włóczkę pozwijać...

Wielbiciel egzotycznych sztuk walki Jacek Kozłowski wyraża to, co wszyscy nasi rozmówcy: – Dobrze mieć coś takiego, co pochłonie cię bez reszty. Odstresuje po pracy. Da satysfakcję. Zmęczony po treningu mężczyzna z przyjemnością wraca do domu.

Powiedzmy sobie szczerze: nasza romantyczna komedia i włóczka raczej ich nie odstresują. Można nawet zaryzykować tezę, że zestresuje ich to bardziej niż praca.
Przydałaby się jakaś dobra rada. Zapytajmy więc specjalisty.

– To dobrze, że oni chodzą na te sporty – mówi Teresa Dobiała, terapeutka rodzinna. – Przez to stają się bardziej męscy, niż siedząc non stop z nami. Wtedy niestety niewieścieją.
To się nazywa kobieca solidarność.

– To jest tak: gdy konia trzyma się na zbyt krótkiej uprzęży, to się w końcu tak znarowi, że ucieknie. Będziemy go szukać i szukać – śmieje się terapeutka. – A jak się trzyma na popuszcza wodzy, to koń chodzi pięknie, jak w szwajcarskim zegarku. Po co mamy więc grać rolę matki zamiast żony? Po co stawać się natrętną muchą?

Uwaga, uwaga. Jak wszędzie – wszystko jest dobre, byle z umiarem. Tak zwany partner, przypominają specjaliści, nie może przesadzić ze swoim hobby i zaniedbywać rodziny. Bo inaczej szlaban przytrzaśnie mu palce, a wtedy już żadna wyrozumiała pani terapeutka nie pomoże.