Beata Sadowska to jedna z tych znanych Polek, które nie tylko promują zdrowy styl życia, ale i same taki prowadzą. Mimo obciążenia obowiązkami zawodowymi i tymi związanymi z opieką nad dwoma małymi synkami, dziennikarka regularnie biega, dba o dietę i corocznie dokonuje przeglądu ciała, czyli wykonuje niezbędne badania, które pozwalają szybko zareagować, gdyby w organizmie działo się coś złego. W ostatnim czasie Beata zaangażowała się w działania Fundacji DKMS, której celem jest znalezienie dawcy dla każdego pacjenta na świecie potrzebującego przeszczepu szpiku lub komórek macierzystych.

Marta Jarosz: Czy nowotwory są Ci jakoś szczególnie bliskie, że angażujesz się w działania na rzecz walki z nimi?

Beata Sadowska: Bogu dzięki, nie. Nie miałam w najbliższej rodzinie przypadków poważnych chorób i mam nadzieję, że tak pozostanie. Bliskie jest mi jednak pomaganie. Jeśli moje nazwisko może się przyczynić do tego, że czyjeś życie zostanie uratowane lub chociaż wzrosną szanse na powrót do zdrowia, to po prostu to robię. Są rzeczy ważne i ważniejsze. Dlatego, mimo że teraz jest wieczór, który cudownie byłoby spędzić z moimi chłopakami i poczytać im do snu, jestem tutaj i pomagam.

Jesteś zarejestrowana jako dawca szpiku?

Tak, zrobiłam to dawno temu, kiedy w Polsce nie było jeszcze akcji promujących ten rodzaj pomocy, ani rozwiniętej świadomości, jak wygląda oddawanie szpiku. Mój brat, który jest lekarzem, zarejestrował się wtedy jako dawca i wyjaśnił mi, że to nic strasznego – cienka igła, wkłucie w biodro, niewiele bólu, a tak wielka szansa dla chorego. Gdyby nie on, pewnie bym się wtedy nie zdecydowała na rejestrację, ale skutecznie mnie zachęcił i bardzo się z tego cieszę.

Bierzesz udział w internetowych zbiórkach pieniędzy dla ciężko chorych ludzi? Mam na myśli akcję typu „Siepomaga”.

Tak, często. Udostępniam też takie informacje w swoich mediach społecznościowych. Wpłacam pieniądze. Wielu moich znajomych też się w to angażuje. Mam koleżankę, która, kiedy obchodzi urodziny, prosi, by zamiast prezentów, wpłacać pieniądze na „Siepomaga”. Zawsze to robię, bo te historie bardzo mnie poruszają, poza tym jestem tak wychowana. Dlatego nawet głupio mi o tym mówić, to oczywiste. Uważam, że warto pomagać. Tak samo, jak warto być porządnym. To ma sens. Tym większy, gdy widzisz, że chorzy wracają do zdrowia i znowu mogą żyć pełnią życia. I jeszcze jedna ważna rzecz: to daje niesamowitą wiarę w ludzi, kiedy okazuje się, że w ciągu kilku dni trzeba zdobyć górę pieniędzy i to się udaje! Zawsze cholernie mnie to wzrusza, a kiedy akcja dotyczy dzieci, za każdym razem myślę sobie, jak wielkie mam szczęście, że moje maluchy są zdrowe.

Czy jest jakaś choroba, której boisz się bardziej, niż innych?

Staram się nie mieć takich projekcji. Nie karmię się strachem. Cieszę się z tego, że jestem zdrowa. Wychodzę z założenia, że zacznę się martwić, jeśli naprawdę coś się wydarzy. Unikam myślenia o tym, że coś mi lub moim bliskim będzie.

Ale dbasz o zdrowie?

Dbam.

Jak bardzo?

Raz na pół roku robię cytologię, a raz do roku ogólny przegląd organizmu – przede wszystkim morfologię. To ważne. Tak jak robię przegląd samochodu, tak przeglądam siebie. Muszę – choćby ze względu na dzieci. Robię to, mimo że bardzo rzadko odwiedzam lekarzy. W zasadzie od czasów przedszkola tylko raz brałam antybiotyki i to tylko dlatego, że byłam przed maratonem i lekarz powiedział, że nie ryzykowałby takiego wysiłku bez doleczenia anginy. Zdecydowanie wolę leczyć się zdrowym stylem życia, dietą, aktywnością fizyczną i homeopatią, niż tradycyjnymi lekami. Jestem zdania, że nic nie robi organizmowi tak dobrze, jak zwolnienie tempa życia, wyłączenie autopilota, zatrzymanie się.

Czy przydarzyło Ci się kiedyś, że podczas corocznych przeglądów siebie w wynikach badań pojawiło się coś niepokojącego?

Tak. Mam taką dziwną kulkę na nodze. Nikt nie wiedział, co to jest. Było nawet podejrzenie raka. Z USG i rentgena nic nie wychodziło, ale i mnie i lekarzom nie dawało to spokoju. Wreszcie okazało się, że to przeciążeniowe złamanie kości. Na rentgenie nie było tego widać, ale bolało i miało prawo boleć, bo był to odprysk kości, który obrósł tkanką. Kiedy w końcu dostałam właściwą diagnozę, myślałam o tym, że takich rzeczy nigdy nie powinno zostawiać się bez sprawdzenia.

W tamtym czasie miałaś dużo negatywnych emocji i tak zwanych czarnych myśli?

Nie. Jestem zadaniowcem. Trzeba sprawdzić, to sprawdzam. Kiedy już chciano mi pobierać wycinek tej kulki do badań, umówiłam się jeszcze do profesora z Centrum Onkologii. Kiedy mnie zobaczył, uśmiechnął się i powiedział: „No, to do widzenia. Chciałbym, żeby wszyscy moi pacjenci mieli tylko takie problemy. Nic pani nie jest”. Wtedy poczułam prawdziwą ulgę, ale wcześniej nie udawałam, że nie ma problemu. Nie czekałam z badaniami. Nie zwlekałam z umawianiem wizyt, bo myślałam „a, przecież i tak już tyle z tym chodzę”. W takich sprawach lepiej nie mieć wątpliwości. Idę, sprawdzam, koniec, kropka.

Czy jakiś rodzaj chorób i ludzkiej krzywdy związanej z chorobami boli Cię i wzrusza bardziej, niż inne?

Nie. Uważam, że choroba jest zawsze tragedią. Nie ma znaczenia, na jaką nieuleczalną, bądź zagrażająca życiu chorobę cierpisz. Nie potrafię tego wartościować i stwierdzić, że któraś wzrusza mnie bardziej, niż inna. Choroba to zawsze choroba. To ludzkie emocje, strach. Nie ważyłabym się tego klasyfikować.

Miałabyś jaką dobrą radę dla kobiet, które być może boją się badać? Boją się zobaczyć, co „siedzi w ich środku”?

Nie ma sensu się bać. Badania mogą uratować życie. Rak szyjki macicy wcześnie wykryty jest dziś całkowicie wyleczalny, ale jeśli kobieta zwleka z badaniami, bo lepiej nie wiedzieć, może za to zapłacić najwyższą cenę. Warto znaleźć w sobie odwagę, by chodzić do lekarza. Warto powiedzieć sobie: wizyty u lekarza są elementem mojej higieny osobistej – tak jak mycie zębów. Badam się u ginekologa regularnie co najmniej raz w roku. Robię cytologię, a później zrobię mammografię. Nie boję się lekarza, bo lekarz jest po to, żeby mi pomóc. Współczesna medycyna naprawdę wiele może.

Dziękuję za rozmowę.