Wszystko przez te wyprzedaże i spódnicę, którą kupiłam przez jakieś totalnie zaćmienie umysłu. Co ja sobie myślałam? W poniedziałek rano postanowiłam założyć ją do pracy. Wciągnęłam na siebie to cudo, stanęłam przed lustrem i się przeraziłam. To jakiś koszmar. Nie jem prawie nic od ponad trzech miesięcy (jeśli nie liczyć tych weekendowym kartofelków) a mój wygląd wciąż pozostawia wiele do życzenia. Co z tego, że tyle schudłam, skoro jestem dopiero w połowie drogi.

Podróż do pracy minęła mi fatalnie. Nie dość, że znów stałam w strasznym korku, to jeszcze w autobusie siedziała obok mnie strasznie chuda panna, która jak gdyby nigdy nic wcinała ogromnego batona z karmelem i orzechami. To dziewczę nie ważyło nawet 50 kilogramów (czyli połowę tego, co ja!!!), a na śniadanie pochłaniało totalną bombę kaloryczną, do tego bardzo niezdrową. Taki batonik to przecież świństwo okropne i tyje się od tego w oczach. Pewnie przed wyjściem z domu zjadła jeszcze rogalika z czekoladą. To niesprawiedliwe! Jak te chude dziewczyny to robią, że pochłaniają tyle słodyczy i nie tyją???!!!

Żeby bardziej się podręczyć po pracy poszłam na siłownię. Chciałam maksymalnie wymęczyć swoje ciało. Ze swoich rozterek zwierzyła się Krzyśkowi. On jak zwykle poprawił mi humor. Nakrzyczał na mnie, że wymyślam sobie jakieś sztuczne, typowo babskie problemy. Że przecież bardzo schudłam i z dnia na dzień wyglądam coraz lepiej. I powinnam być z siebie dumna, a nie popadać w paranoję. Po tym wykładzie dał mi prawdziwy wycisk. Ćwiczyłam naprawdę ostro. Po przyjściu do domu nie miałam więc już siły, na to żeby się zastanawiać, jak wyglądam. Usnęłam jak dziecko.

Partnerzy akcji: