Nigdy nie sądziłam, że kupowanie ubrań może być tak przyjemne. Zazwyczaj była to dla mnie katorga. Teraz, gdy z coraz większą przyjemnością patrzę na siebie w lustro zaczynam rozumieć skąd się bierze zakupoholizm. Wracając z pracy poniekąd i zupełnie przypadkiem postanowiłam zajrzeć do paru sklepów. Małe postanowienie skończyło się wielkimi zakupami. Kupiłam trzy wspaniałe letnie bluzeczki - modne i wygodne. A do tego uwaga - spódnicę! I to wcale nie długą. Tylko taką romantyczną i kobiecą do kolanka, z falbanką u dołu. Nie wiem jeszcze czy będę w niej chodzić. Bo to dla mnie jednak dość odważna propozycja, ale spódniczka była taka śliczna i do tego tak cudownie przeceniona. Nie wiem czemu, ale po prostu musiałam ją kupić. Zdecydowanie mi odbija. Jak tak dalej pójdzie następnym razem skuszę się na złote legginsy.

Po tych zakupach nie poszłam już na trening, ale za to odwiedziłam salon piękności. Pomęczyłam się trochę na ich cudownych machinach, które bezlitośnie wytapiają mój tłuszczyk i ujędrniają ciałko. Dzięki nim w spódniczce będę super-git-dziewczyna.

Ten radosny humor zawdzięczam dobrym wieściom z domu. Mama wyszła już ze szpitala i spokojnie odpoczywa sobie w domu. Rozmawiałam z nią przez telefon i słychać, że zdecydowanie odżyła po tym okropnym szpitalu. Ja na szczęście dostanę urlop i jadę do niej już w piątek. Tak się cieszę, że znów będę mogła spędzić weekend z rodziną.