Rano w pośpiechu przełknęłam tylko parę łyżeczek twarożku. Korki i tłok w autobusie tak mnie zirytowały, że wbiegłam do pracy zła i głodna. Najchętniej pochłonęłabym Snikersa w rozmiarze XXL. Żeby nie myśleć o jedzeniu czym prędzej wzięłam się do pracy. Humor poprawił mi się dopiero po lunchu i to nie byle jakim. Krzyś postanowił odwdzięczyć się za obiad, który podarowałam mu w czwartek i przyniósł mi sałatkę z ciemnego ryżu i tuńczyka. W zamian musiałam opowiedzieć, co tam u mamy. Ucieszył się, że operacja się udała i mama odzyskuje siły.

Darowana sałatka była pyszna i przynajmniej przez chwilę wydawało mi się, że najadłam się do syta. Głód jednak wrócił po południu. Znów miałam ochotę na jakieś potwornie kaloryczne ciastka z kremem albo wielkie lody z polewą czekoladową i bakaliami. Chyba po tych trzech dniach postu i nerwów orgaznizm chciał sobie jakoś odreagować. Po wyjściu z pracy zadzwoniłam do Magdy, by dowiedzieć się, co tam nowego u mamy. Na szczęście jest już coraz lepiej i mama już wkrótce wróci do pełni sił.

Jak już się upewniłam, że z mamą wszystko ok, pognałam na siłownię. Wiedziałam, że jeśli pójdę do domu, wyląduję przed telewizorem z górą słodyczy. Krzysiek od razu wyczuł mój klimat i ostro mnie pogonił. Na rozgrzewkę szybki marsz na bieżni, a potem wiosła. Uff - rąk i pleców nie czułam po tym maratonie. Postanowiłam jednak być bardzo dzielna i na koniec zrobiłam jeszcze 100 brzuszków. Nieźle, co?