To już prawie piątek, ale ponieważ nie chodzę do pracy, nie robi na mnie zwykłego wrażenia. Chociaż nie ukrywam, poszłabym gdzieś potańczyć. Albo gdziekolwiek, byleby wyrwać się z domu. Gdy tak siedzę bezczynie, mam większą niż zazwyczaj ochotę na jedzenie. I kromka chrupkiego z chudym twarożkiem plus mały niedojrzały banan zdecydowanie nie są w stanie mnie dziś zadowolić. Mam ochotę na prawdziwą ucztę. Zjadłabym jakieś klopsiki z frytkami. Korci mnie też, by zrobić ciasto. Ale lepiej nie. Jak się już nad nim namęczę i wyjdzie z piekarnika takie cieplutkie i pachnące, to żadna siła mnie nie powstrzyma przed skosztowaniem ogrooomnego kawałka... Słowem, odpada.
Czymś trzeba sobie jednak ten czas zapełnić. Weszłam na e-randki z czatem. Właśnie umawiam się z jakimś Pawłem. Ma nicka "zabiorę Cię dziś do kina". Niezłe, co? Jaka oszczędność powierzchni do korespondencji! Od razu wiadomo, czego można się spodziewać. Szuka bratniej duszy, którą natychmiast zabierze do kina. Nawet nie będzie kiedy pogadać… Dobrze się bawię! Namawia mnie na to kino już od godziny, a ja mu ciągle tłumaczę, że idę na aerobik i kończę po 21. No to on na to, że noc jest długa i w ten deseń… O! teraz to poszedł na całość: puścił coś o "upojnej nocy w fałdach jedwabiu…" Grafoman jeden! Dobra, internet jest fajny, bo można poznać nowych ludzi, sprawdzić, co grają w kinie, pośmiać się trochę, zapomnieć o chorej mamie i oponce na brzuchu, zrobić zakupy. Niektórzy twierdzą, że wirtualny sex też jest ok. Ale ja szukam kogoś w realu i nie dam się nabrać, że koleś z czatu spełni moje marzenia o idealnym mężczyźnie. To się raczej rzadko zdarza. Większość to niestety napaleni na łatwy łup erotomani albo emocjonalni popaprańcy :(((