Wpadli wczoraj do mnie Darek i Marzena i niemal siłą wyciągnęli z łóżka. W sumie jestem im wdzięczna. Nie płaczę już na widok piwa, w którym kategorycznie nie wolno mi nawet ust umoczyć. Na szczęście tańczyć mogę, a nawet powinnam. Zawsze to parę kalorii mniej.
Czasem sobie myślę, że jak schudnę, to zapiszę się na taniec, bo na razie to bym wyglądała żałośnie i miała problem ze skompletowaniem partnera.
Ach… jest tyle rzeczy, które zrobię, jak skończę z dietą! Wyjdę za mąż, otworzę atelier krawieckie (po francusku brzmi lepiej niż polskie słowo „zakład”, prawda?) a la Zień na ten przykład, albo Gosia Baczyńska… No i zostanę słynną „kreatorką” (żeby nie powiedzić „krawcową”). Moje sukienki będą nosiły gwiazdy seriali no i ja sama… A w sobotnie wieczory będę - dla relaksu i żeby być ekscentryczną + miksować drinki za barem w knajpie u mojego sąsiada :)))
Wcześniej jakoś nie dopuszczałam do siebie tej myśli, że szczupłym i pięknym w życiu jest łatwiej. Ale ostatnio coraz częściej to dostrzegam. Na przykład wczoraj większość chudych dziewczyn nie miała problemu ze znalezieniem faceta, który potańczy, postawi drinka... Chude dziewczyny mogą być modelkami, hostessami, stwardessami latającymi po świecie, asystentakmi ważnych gości, łyżwiarkami i tancerkami... I może stwierdzenie, że moje życie zmienia się z każdym zgubionym kilogramem, byoby przesadą. Niemniej faktycznie widać już zmiany: lepsze wyniki badań czy też więcej sklepów, w których mogę znaleźć coś na siebie. No i w ciągu dwóch miesięcy byłam na randkach z dwoma facetami! Przypada jeden na miesiąc. Niezła statystyka:)