Obudziłam się dzisiaj z poczuciem beznadziejności. Mam wrażenie, że ta dieta nigdy się nie skończy. A myśl o tym, że już zawsze będę musiała wystrzegać się większości smakołyków, aby cały ten wysiłek nie poszedł na marne, odbiera mi chęć do wstawnia z łóżka.
Odkąd zaczęłam odchudzanie muszę to robić wcześniej niż zwykle. Dietetyczka nelega, żebym przed pracą jadła śniadanie. Żebym ja się tym chociaż najadała… No, ale jak można się najeść malutką kromeczką czarnego chlebka z wędzoną makrelą???!!! To dobre dla przedszkolaka, a nie dla ważącej ponad 100 kilo 27-letniej baby!
Na szczęście praca mnie tak absorbuje, że udaje mi się wytrzymać regulaminowe trzy godziny do kolejnego posiłku. W dziale obsługi klienta zawsze jest urwanie głowy. Ale czuję się tam jak ryba w wodzie.
Dzisiaj koleżanka spojrzała na mnie z ukosa i powiedziała: „No Ewa, jakoś tak cię ubyło trochę chyba…”. Nie brzmiało to jak komplement, ale dodało mi skrzydeł! Janka nosi okulary jak denka od butelek i potyka się o sprzęty biurowe, więc skoro nawet ona to zauważyła, to znaczy, że moje poświęcenia przynoszą efekty!
Zadzwonił też mój osobisty ekspedient z działu meblowego – Franek. Nie daje za wygraną. Chce się spotkać na kawę. Może jednak coś z tego będzie?:)
Póki co pędzę na trening. Powrót do ćwiczeń nie okazał się taki straszny jak myślałam. Zwłaszcza, że nie dostałam żadnych karnych minut ćwiczeń za świąteczne obżarstwo. Krzysiek podkreśla, że musimy zwiększać intensywność ćwiczeń zgodnie z planem, a nie przetrenowywać się z powodu jakiegoś ciasteczka. Podoba mi się to podejście!