Nie to, żebym nie zrobiła porządków w domu. Oczywiście, że zrobię. Ale w tym roku przede wszystkim zadbam o siebie.
Oto mój plan.
W pierwszej kolejności usunę z organizmu trujące substancje, czyli toksyny. Następnie zajmę się zmęczonymi zimą: szarą cerą, przesuszonymi włosami i skrywanym pod grubą warstwą ubrań ciałem. A potem pokażę się światu. Wiosnę przywita nowa Monika!

Etap 1: oczyszczanie organizmu

Co zrobiłam? Usunęłam wszystkie nagromadzone zimą substancje trujące (czyli złogi i toksyny). Co tym zyskałam? Zdrową cerę i witalność. Pozbyłam się też uczucia wiecznego zmęczenia oraz wyeliminowałam migrenowe bóle głowy.

Jak to zrobiłam?
Zaczęłam od siedmiodniowej diety oczyszczającej.
- jadłam dużo niesłodkich owoców (głównie jabłka i grejpfruty), warzyw (brokuły, marchewka, sałata, pomidory), ciemnego pieczywa (z ułatwiającym trawienie błonnikiem);
- unikałam mięsa, tłuszczów zwierzęcych (smalec i masło), produktów mlecznych (tak, tak: nawet jogurtu mi nie wolno), wędlin, potraw smażonych, mrożonek, zupek z papierka, słodyczy (zastąpiłam je zdrowym miodem!), cukru (i tak nie słodzę), soli;
- piłam dużo wody mineralnej niegazowanej (2 litry dziennie), soków warzywnych (jednodniowe soki z marchwi i buraków kupiłam w pracy) i owocowych (wyciskarkę do cytrusów pożyczyłam od rodziców);
- zapomiałam o małej czarnej (okazuje się, że wcale nie jestem od niej uzależniona);
- zrezygnowałam z mocnej herbaty, soków pasteryzowanych i napojów gazowanych; - zero alkoholu. No trudno...;
- nie paliłam! Naprawdę! Wmówiłam sobie, że to przecież czysta smoła...

Pierwsze trzy z siedmiu przewidzianych dni na diecie nie są łatwe. Szczerze? Są trudne i przykre. Już z samej listy wynika, że prawie niczego nie mogę jeść. Czuję się jeszcze gorzej, bo chce mi się palić i jestem rozdrażniona, bo tęsknię za czekoladą i po nocach śni mi się kotlet schabowy z młodymi ziemniaczkami...
Ale trudno. W poradniku w kobiecym piśmie napisali, że tak na początku ma być. Więc biegam z butelką wody w ręce, urywam się z zebrania, bo dokładnie o trzeciej trzeba zjeść banana i odmawiam spotkań przy kawce. Walczę z nawykami.

O Boże, jakie to trudne! Stale coś kusi. A to obiad niedzielny u rodziców, kawa w cukierni z przyjaciółką, zapachy z fastfoodu. Ale już po kilku krytycznych dniach... zaczynam budzić się jakaś taka świeższa, nie czuję się rano przepalona, odzyskuję smak i węch, a moja cera rzeczywiście powoli odzyskuje zdrowe kolory.
Więcej! Już nie mam poczucia ciężkości. Z lekkością rano wybiegam do pracy. Mój umysł odzyskuje świeżość. Jestem dłużej skoncentrowana, chce mi się więcej. Nawet po pracy mam siłę, by pójść do klubu i poskakać, co jeszcze dwa tygodnie temu wydawało mi się niemożliwe. Chwileczkę! Ale czy to oznacza, że już nigdy nie zjem schabowego? Ależ nie! I na to przyjdzie czas. Kiedy? Przeczytaj ten tekst do końca.

Etap 2: pielęgnacja ciała

Po tygodniowym "odchwaszczaniu" organizmu od wewnątrz czas na ujędrnienie ciała, oczyszczenie i nawilżenie skóry na twarzy oraz odżywienie wysuszonych mrozami włosów.
Ale żadne kupne maseczki, mikstury w tubkach czy kremy w plastikowych pudełkach.
W poszukiwaniu naturalnych metod upiększających studiuję gazety, serfuję po internecie i korzystam z niezawodnych porad mamy. Z długiej listy dobrych rad wybieram proste i tanie.


Krok 1. Peeling twarzy i ciała
Wcieram w twarz (okrężnymi ruchami) miksturę z dwóch łyżek oliwy z oliwek, pięciu kropli olejku eterycznego i czterech łyżek soli drobnoziarnistej. W ten sposób usuwam stare, obumarłe komórki. Skóra powinna odzyskać blask i zdrowy kolor.

Krok 2. Nakładam maseczkę oczyszczającą na twarz
Wypróbuję ziołową, taką jaką robiła moja babcia. Mieszam szczyptę rumianku, kwiatu nagietka, ziela krwawnika, tymianeku. Zalewam wrzątkiem (1 szklanka). Studzę, łączę z mąką ziemniaczaną (6 łyżek). Gęstą pastę nakładam na twarz. Na oczy kładę dwie torebki zwykłej herbaty zalanej wrzątkiem. Zasypiam na kanapie uśpiona wonią i ciepłem papki z ziół. Budzę się po godzinie odprężona i świeża. Zmywam maskę. Dotykam skóry twarzy. Gładka, miękka, aksamitna. Super! Są efekty. To motywuje. Zamieniłam mój dom w salon spa, ale zaczyna mi się to podobać. Wypijam szklankę soku ze świeżo wyciśniętych grejpfrutów.

Krok 3. Nawilżam buzię
Skóra potrzebuje wody. I zgodnie ze wskazówkami koleżanki (maska ma dać rewelacyjny skutek!) mieszam dwie yżki serka homogenizowanego z jedną łyżeczka miodu. Dodaję trochę banana. Nakładam smaczną masę na twarz. Włączam relaksacyjną muzykę, zamykam oczy. Niesamowite uczucie! I ta świadomość, że dostarczam skórze oceanów wody...
Drzemię...

I ostatni krok. Upiększam się
Ten zabieg robię już następnego dnia, tak by nie przedobrzyć. Co za dużo, to niezdrowo. Skóra też ma ograniczone zdolności wchłaniania różnych substancji, nawet tych najzdrowszych.

Prosta receptura mojej mamy. Ucieram łyżeczkę miodu oraz łyżeczkę gliceryny (fe, paskudny zapach) i nakładam to na twarz. Zapalam świecę aromatyczną. Piję sok z marchwi i kolejnych piętnaście minut oddaję się lekturze...

A teraz włosy
Zima i wełniana czapka kompletnie je wysuszyły, tak że stały się łamliwe i matowe. Aż wołają o ratunek. Ale rezygnuję z gotowych balsamów i odżywek. A co robię? Najlepsza na taki problem jest maska z łyżki miodu, odrobiny piwa i soku z połówki cytryny. Uwaga! Trzeba wcześniej umyć włosy. Za radą mojej fryzjerki nie zmywam maseczki przez dwie godziny. I tak robię raz na dwa tygodnie.

Zostało ciało
Jeszcze raz musimy zrobić peeling, tyle że tym razem na całym ciele. Na myjkę nakładam gruboziarnistą sól kuchenną lub morską na przykład z Morza Martwego (do kupienia w aptece lub drogerii) zmieszaną ze zwykłym żelem. Okrężnymi ruchami nacieram ciało miksturą. Efekt gwarantowany. Mam skórę gładką jak pupa bobaska. Ale należy ją jeszcze odżywić. Do tego najlepsza jest oliwa z oliwek. Dokładnie nacieram nią ręce, nogi, brzuch, plecy. Później owijam się starym ręcznikiem. Wskazana pozycja stojąca.

Przygotuję więc kolację: serek wiejski ze świeżymi owocami (brzoskwinia, jabłko, kiwi). Skromnie. Ale to już ostatni pseudoposiłek. Jutro zjem schabowego z ziemniakami. O czym za chwilę....

Etap 3: oddycham prawidłowo

Czuję się świeżo, zdrowo, lekko. Hm... moje ciało wygląda apetycznie, skóra nabiera blasku, a włosy lśnią. Ale to nie wszystko. Jak się uzdrawiać, to na całego. Postanawiam więc nauczyć się sztuki prawidłowego oddechu. Brzmi dziwacznie. Wiem. Po co w takim razie mam to robić? Odpowiedź jest prosta choć zaskakująca.
Ano po to, by móc z powrotem zacząć jeść ulubionego schabowego. Już wyjaśniam, o co chodzi. Terapia oddechem nie boli. Można ją stosować codziennie, bez wyrzeczeń czy ograniczeń. Nawet czasowych, bo ćwiczenia trwają kilka minut. A potem, jak wejdą w krew, można robić je automatycznie.

Jak to wygląda? Żołądek powinien być pusty (najlepiej kilka godzin po jedzeniu). Pomieszczenie dobrze wywietrzone (można także oddychać na dworze). Ja decyduję się na salonową kanapę. W domu. Wyłączam radio i telewizor (musi być cicho). Kładę poduszki pod szyję i kolana. Teraz proszę czytać uważnie. Rozluźniam mięśnie: twarzy, karku, nóg, rąk, barków. Koncentruję się na swoim ciele, oddycham nosem. Staram się nie unosić przy tym brzucha ani żeber. Oddycham głeboko: powietrze musi dotrzeć do przepony i wypełnić ją całkowicie. Trudne? Wcale nie! Następnym razem pójdę do parku. Będę łączyła długie spacery (z korzyścią także dla mojego psa) z terapią oddechową. Muszę się ruszać. Zimą unikałam kontaktu z naturą (nie cierpię mrozów), ale wiosna to przecież najlepszy czas na spacery. I dotlenianie. I co ma do tego kotlet? To proste. Bo oddychanie było ostatnim etapem oczyszczania organizmu z tych diabelnych toksyn. Najpierw była dieta, potem pee- ling i maseczki, a prawidłowe oddychanie miało tylko utrwalić to, co już zrobiłam. Mogę więc spokojnie iść do mamy na schabowego. Dla podtrzymania formy zapiszę się jeszcze do sauny i na basen. Ba! Zawsze jest co poprawić. Aha, wyjmę z piwnicy rower. I rolki ze strychu. Zdrowy ruch na powietrzu. A co

Etap 4: porządek w głowie

Wyglądam już jak bogini, a czuję się jak młody bóg - najwyższy czas na odtrucie własnego umysłu. Zacznę od odświeżenia kontaktów z ludźmi. I podobnie jak z ciałem: niektóre naprawię lub oczyszczę. Inne ożywię. Poszukam też ciekawych książek, zrobię przegląd kulturalny (kino i teatr). I zacznę się więcej śmiać. Bo śmiech to zdrowie!