Tego mi nie wolno, tamtego nie powinnam. Rano muszę być w Gymnasionie, później cały dzień skrupulatnie przestrzegam diety. Doszłam do wniosku, że jedzenie dawało mi poczucie bezpieczeństwa, a teraz mi go brakuje.

Założę się, że to ma związek z moim "rozchwianiem emocjonalnym". Ciągle chce mi się płakać. Kiedyś śniadania były przyjemnością, a teraz… "tektura i styropian", szkoda gadać. Ciągle to samo! Kefir, dwie kromki chleba, chuda szynka. Czasem pojawia się urozmaicenie w postaci papryki albo pumpernikla z jogurtem. Dobrze, że na obiad mogę teraz jeść ryby, bo do tej pory ciągle tylko gotowana pierś z kurczaka. Owoce na podwieczorek i znowu kromka pumpernikla z wędliną na kolację.

Muszę się czasem hamować, żeby nie wykłócić się z moją dietetyczką, o to, że nie ma litości nad moimi kubkami smakowymi… Robi mi się niedobrze na samą myśl o jedzeniu. Może właśnie o to chodzi w tej diecie? Jeśli tak, to naprawdę genialne! Prędzej umrę z głodu niż schudnę.

Ostatnio strasznie dużo narzekam. Jestem nieznośna. W związku z tym wysłano mnie do psychologa. Ciekawe, czy wizyta będzie wyglądała tak jak na amerykańskich filmach. Położę się na kozetce i będę wspominać dzieciństwo, rozwodzić się nad nieudanymi związkami i kłopotami z codziennością… A on popatrzy na mnie znad okularów do czytania, pokiwa głową i powie: "Jest Pani beznadziejnym przypadkiem chronicznej depresji wywołanej brakiem podstawowej życiowej przyjemności jaką jest jedzenie! Proszę natychmiast iść i porządnie się najeść czegoś tłustego i obrzydliwie wysokokalorycznego!" To by było wspaniałe, trafić do takiego psychoterapeuty…