Naprawdę dużo mnie kosztowało, żeby tego nie zrobić! Szczególnie, że dzisiejsze menu wyglądało następująco: na śniadanie szklanka kefiru, chuda szynka, dwie kromki ciemnego chleba z ziarnami. Na obiad gotowana ryba (ohyda!) i kalafior. W międzyczasie jabłko i nektarynka…

Moja frustracja sięgnęła zenitu, gdy koleżanka podsunęła mi pod nos ciastko z bitą śmietaną. Po siłowni (pół godziny bieżni i drugie pół na rowerku) wybrałam się do znajomych na Bródno. Ich córka właśnie skończyła rok. Jest rozkoszna i wszędzie jej pełno. Zostanie tancerką – twierdzi z przekonaniem Aga. Zapiszą ją do szkoły baletowej, bo podobno zdradza niesamowite wyczucie rytmu. Próbowali mi to zademonstrować przez cały wieczór, puszczając Madonnę, przy której dziecko rzeczywiście zaczynało podrygiwać. Niestety nie mogłam się na tym skupić, bo zahipnotyzowała mnie kremówka. Wpatrywałam się w nią cały wieczór marząc, by zanurzyć zęby aż po nos w tej cudownej delikatnej i słodkiej bitej śmietanie! Wzdychałam do mojej szklanki z wodą mineralną. Zachciało mi się płakać, więc postanowiłam pójść do domu i zjeść rolmopsy. Kocham śledzie!!! Prawie tak jak kremówki…