Na początek zaserwowano mi bieżnię. Pot zalewał mi wzrok, gdy mój osobisty trener powiedział: "No! Pani Ewo, będziemy się tu spotykali dwa razy dziennie, przez najbliższe miesiące. Mów mi Krzychu!” Dwa razy dziennie? Prawie spadłam z bieżni, kiedy to usłyszałam. Czy to jest warte takiego cierpienia? Czy ktoś to doceni? Mój pot i moje łzy? "Zapraszam na rowerek” – powiedział Krzyś, tonem nie znoszącym sprzeciwu. "Pół godzinki i na dzisiaj koniec”. Uf, co za ulga… już myślałam, że będę tak pedałować do rana. Oczywiście bieżnia i rowerek to dopiero początek, wydolność mojego organizmu nie pozwala na więcej. Krzyś obiecał, że kiedy "złapię” lepszą formę w nagrodę dostanę intensywniejszy trening! To mnie podbudowało!

Po bieżni nie czułam nóg, ale trener twierdził, że to prawidłowy objaw. Poza tym znów mam kryzys. Zawsze kiedy pada deszcz, nie chce mi się wstawać z łóżka. Wszystko traci sens i moje życie robi się takie szaro-bure, jak ta pogoda… Przedwiośnie jest beznadziejne. Wtedy myślę sobie, że ja też jestem beznadziejna… I nikt mnie nie kocha!

W takich chwilach zwykle marzę o tym, żeby mnie ktoś przytulił i powiedział, że wszystko będzie dobrze… To raczej niewielkie wymagania! Nie proszę o milion dolarów i skok na bungie. Wystarczy własne mieszkanie i jakiś przyzwoity facet, który będzie mnie kochał! Dom, rodzina, dzieci… Dzieci chwilowo nie koniecznie, bo znowu będę gruba. W każdym razie nie tak od razu.

Na poprawę humoru najlepsze dla kobiety są.... zakupy. Ostatnio zaniedbałam tę dziedzinę swojej egzystencji, więc postanowiłam nadrobić zaległości. Oczywiście w moim przypadku zakupy to zawsze problem, najczęściej muszę się zaopatrywać w męskich działach. Mam nadzieję, że już wkrótce to się zmieni. Na razie jednak stwierdziłam, że urządzę sobie mały shopping w C&A.