Siłownię na razie mi darowano, treningi zaczynam dopiero w przyszłym tygodniu. Ale diety mi nie darują! Rano byłam na badaniach w Europejskim Centrum Leczenia Otyłości Dzieci i Dorosłych. Pobrali mi krew. Cierpię na "syndrom białego fartucha", więc na widok dr Ewy dostałam migotania komór sercowych. Po zmierzeniu ciśnienia (które wykazao, że rzeczywiście całkiem bezwiednie wpadłam w histerię!) dowiedziałam się, że jest za wysokie z powodu otyłości, a nie fartucha. To jeszcze jeden powód, żeby się odchudzić.

Moja dietetyczka - pani Ewa - wytłumaczyła mi, czym są nawyki żywieniowe i dlaczego muszę je zmienić. Ale się wpakowałam! Ci ludzie to jacyś sadyści! Elka, która siedzi ze mną biurko w biurko, skwitowała, że na pewno dam radę. Zrzucanie kilogramów to w końcu żadna filozofia! Łatwo jej mówić... Pewnie za tydzień sfrustrowana wbiję jej ołówek w oko, jeśli zacznie przy mnie się objadać ciasteczkami z czekoladą… Przekonam szefa, żeby powiesił na jakiś czas karteczkę: "Zakaz jedzenia w godzinach pracy". Na razie staram się myśleć o tych wszystkich ślicznych obcisłych ubrankach, które sobie kupię, jak już schudnę. Oczami wyobraźni widzę też opadającą wskazówkę wagi i moje kurczące się do wymarzonych rozmiarów ciało.

Po pracy poszłam na zakupy z Magdą, żeby odreagować stres. W przymierzalni uświadomiłam sobie, jak bardzo chcę i muszę schudnąć. Już dawno powinnam była to zrobić! Dla siebie i dla tych wszystkich facetów, którzy nie wiedzieli, co tracą, nie chcąc się ze mną umawiać;-)