"Jeśli boisz się zmarszczek, powinnaś zapobiegać im niezależnie od wieku. Tyle że rozsądnie. Mam klientki dwudziestoletnie, które przychodzą się dowiedzieć, jakich używać kremów i jak chronić skórę. Moja rada: stosuj filtry przeciw promieniom UV. Kiedyś proponowałam SPF 15, teraz nawet 30. Bo coraz więcej jest przypadków raka skóry, a filtry stosujemy za rzadko, nie nakładamy ich kilkakrotnie w ciągu dnia, kupujemy kremy z SPF 5 albo 7. Przecież to żadna ochrona!" - mówi Lewis w wywiadzie dla miesięcznika "Twój Styl".

Trzeba pamiętać również, że co do konkretnych produktów pielęgnacyjnych nie ma reguł. Zdaniem ekspertki rynek się zdemokratyzował, tak jak w przypadku ubrań.

Kosmetyki jak ciuchy?

"Do T-shirtu z H&M nosimy żakiet Armaniego i jesteśmy supermodne. Podobnie z kosmetykami: można używać luksusowego kremu za 500 dolarów lub takiego za 20. Albo obu. I to nie jest żaden wstyd, robią tak moje klientki, a są wśród nich sekretarki, szefowe banków i panie z wyższych sfer. Ważne, żeby krem działał! Nowoczesne technologie już nie są zarezerwowane tylko dla najdroższych kosmetyków" - przekonuje amerykańska specjalistka, która swym klientkom stara się dopasowywać kosmetyki nie tylko do potrzeb cery, ale i budżetu kobiety. Dlaczego? Ponieważ słusznie wychodzi z założenia, że jeśli dzięki wyrzeczeniom babka kupi bardzo drogi krem przeciwzmarszczkowy, będzie go sobie żałować, nakładać na skórę zbyt mało, a co za tym idzie, nie uzyska zamierzonego efektu.

"Pielęgnacji potrzebna jest konsekwencja, a nie dużo pieniędzy. Ta dewiza świetnie się sprawdza w czasach kryzysu" - przekonuje Lewis. A dotyczy to nie tylko Amerykanek. Wśród klientek Wendy Lewis są kobiety różnych narodowości.

Każda kultura ma swoje osobliwe upodobania. Wśród Koreanek, którym brak pewności siebie, nastała moda na zastrzyki z botoksu w struny głosowe, dzięki temu głos im nie drży. Koreanki proszą też dość często o zmniejszenie kości policzkowych, by twarz wydawała się mniej azjatycka. Zupełnie tego nie rozumiem, za tak zarysowane policzki wiele kobiet na Zachodzie dałoby się posiekać - dziwi się w "TS".

Zdaniem dr Lewis Amerykanki zbyt obsesyjnie likwidują zmarszczki, a mieszkanki Nowego Jorku albo zamożnego Orange County w Kalifornii dbają o idealnie gładkie czoła - no bo jeśli masz bruzdy, to wyróżniasz się z tłumu.

A co z Europejkami?

Dla kobiet z Londynu twarz ma być zadbana, świeża, ale bez przesady. Efekty zabiegów nie mogą rzucać się w oczy: trochę botoksu, trochę wypełniaczy albo mini-lift. I tyle. Co innego mieszkanki północnej Anglii, z Manchesteru czy Liverpoolu albo z południowych stanów USA. Tu panuje syndrom żony piłkarza: usta mają być duże, podobnie jak oczy i piersi. Do tego bardzo długie włosy. Rezultat jak z Dallas. Generalnie w sprawie poprawiania urody Europejki są bardziej zdystansowane - chwali nas dr. Lewis.