Już dawno udowodniono związek między takimi chorobami jak np. rak, białaczka czy cukrzyca, a skażeniem wody, żywności czy powietrza. Dziś naukowcy chcą zapobiec rozprzestrzenianiu się tych chorób i coraz częściej w swych rozważaniach powracają do problemu produkcji żywności.

POPRAWIACZE SMAKU

Czy uwierzycie, że wzmacniacze smaku, konserwanty, przeciwutleniacze, a ponadto pestycydy, ołów, kadm, azotyn, rtęć, nitryt - to składniki przeciętnego obiadu współczesnego dziecka, który to obiad składa się z "niewinnych" na pozór produktów, takich jak np.: fasolka, kiełbaski, chleb, ser, woda, makaron? Po prostu nie zdajemy sobie sprawy, w jaki sposób i przy użyciu jakich chemikaliów produkuje się dziś żywność.

Przeciętny sadownik, uprawiający na Zachodzie Europy np. jabłka, zanim zbierze plon, stosuje na ogół 32 preparaty chemiczne. I wszystko to, czyli pestycydy, nawozy, środki do tępienia pasożytów i chwastów oraz wiele innych, zazwyczaj niebezpiecznych substancji, przedostaje się do owocu! Nic więc dziwnego, że dane dotyczące zdrowia naszych dzieci są zatrważające. Nie tylko wzrasta ich zachorowalność na raka, białaczkę, cukrzycę, astmę alergiczną, ale też przychodzą na świat w o wiele gorszej kondycji zdrowotnej niż ich rodzice, nie mówiąc już o dziadkach.

Jak twierdzą naukowcy, dzieci, które rodzą się dziś, to pierwsza generacja pokolenia słabego i uwrażliwionego, nie tyle emocjonalnie, co fizycznie.

"WARTOŚCI ODŻYWCZE"

Politycy na ogół ignorują problem, a rolnicy, produkujący niezdrową żywność, uprawiają na boku, dla siebie i swojej rodziny, produkty wg. starych, naturalnych metod. Wyciszeniem problemu najbardziej zainteresowane są firmy i konsorcja przemysłu spożywczego, które zarabiają ogromne pieniądze, a tym samym dysponują silnym lobby. Kuszą nas "wartościami odżywczymi", "naturalnymi składnikami", produktami "zdrowymi i smacznymi", a na dodatek obwarowanymi licznymi pieczęciami jakości. Kupujemy więc dla swych maluchów zupki, warzywka, soczki w słoiczkach i buteleczkach, jako wysokowartościowe produkty i do głowy nam nie przychodzi, że w większości przypadków składają się one z wody, soli, cukru, sztucznych przypraw, wzmacniaczy smakowych i aromatów. Słynna była niedawna afera w RFN dotycząca sera, a którym zamiast mleka były wyłącznie tłuszcze roślinne. Znakomitym przykładem są też wyroby szynkopodobne, w których kawałeczki mięsa wymieszane są z żelem skrobiowym, wodą i tkanką łączną, a następnie gotowane tak długo, aż powstanie masa, dająca się kroić.

AROMATY, KONSERWANTY, STABILIZATORY...

Przemysł spożywczy każdego roku promuje około 30 tys. nowych produktów, w tym dań gotowych. Dźwignią tego przemysłu jest branża sztucznych aromatów, osiągająca rocznie w samym tylko RFN obroty rzędu 10. miliardów euro. Każdego roku w Unii Europejskiej dodaje się do żywności około 170 tys. ton aromatów, wytwarzanych z wiórów drewnianych, kultur pleśniowych i innych odpadów, które kompensują to, co traci się w przemysłowej obróbce.

Około 2,7 tys. aromatów, dopuszczonych do stosowania w UE oraz 316 dodatków konserwujących i stabilizujących, a dodatkowo wywołujących alergie, oznaczonych jest literą E. I tak np. E 330, symbolizujący kwas cytrynowy, używany jest zarówno do ciast, jak też płynów czyszczących do toalet. Występuje też w ubóstwianych przez dzieci żelkach, lemoniadzie, napojach owocowych i lodach, a przecież wiadomo, że wchodzi w niekorzystny kontakt z zębami i wzmaga w jelitach wchłanianie metali ciężkich, zwłaszcza ołowiu i kadmu.

Wzmacniacz smaku to w chwili obecnej najważniejszy manipulator współczesnego przemysłu spożywczego. Stwierdzono, że np. glutaminian, biały proszek podejrzewany o wywoływanie ataków padaczki, sprawia, że taką np. paczkę chipsów pożeramy na poczekaniu i jeszcze nam mało. W związku z przedawkowywaniem aromatów i to nawet 500-krotnym, co zdarza się np. w jogurtach pitnych, nerwy smakowe, zwłaszcza u dzieci, zostają przytępione, a naturalna żywność wywołuje wręcz odrazę. Okazuje się bowiem, że młodzież, aby w ogóle poczuć smak, potrzebuje dzisiaj 20-krotnie intensywniejszych bodźców, niż jeszcze dziesięć lat temu.


ZANIM PRZEKLNĄ NAS DZIECI

Jak więc chronić siebie a zwłaszcza swoje dzieci? Jedną z recept podaje nam francuski film pt. "Zanim przeklną nas dzieci", który już wkrótce wejdzie na ekrany naszych kin. Ma on wydźwięk edukacyjny i na przykładzie francuskiej miejscowości, Barjac, podpowiada pewną drogę postępowania. Burmistrz tego miasteczka, w którym zastraszająco rósł procent zachorowalności dzieci na raka, namówił okolicznych rolników do upraw ekologicznych i zapewnił ich zbyt. Wykupywane przez gminę trafiały do stołówek okolicznych szkół i przedszkoli, jako produkty przeznaczane na obiady dla dzieci. Produkty zdrowe, bo ekologiczne, a na dodatek świeże i nie faszerowane utrwalaczami, bo transportowane z najbliższej okolicy. Warto zobaczyć i zastanowić się.

Agnieszka Budo

Artykuł pochodzi z serwisu mamazone.pl