Poniedziałkowe przedpołudnie. Centrum handlowe w dużym mieście. Przez rozsuwane drzwi do budynku wchodzi młoda kobieta ubrana w bardzo krótką spódniczkę, bluzkę z dużym dekoltem i w butach na wysokich obcasach. Na twarzy ma mocny makijaż, a blond włosy ułożone tak starannie, że wydaje się, jakby dopiero co wyszła od fryzjera. Na ramieniu dumnie dzierży małą torebeczkę z krótkim uchem. Niemal wszyscy ludzie, których mija, oglądają się za nią i zdają się pytać wzrokiem „co robisz w takim stroju na zakupach w poniedziałek o 11.00 rano?!”. O tym, jak można sobie w życiu zaszkodzić, a jak pomóc odpowiednio dobranym strojem, rozmawiam z Mileną Bieńkowską, trenerką stylu i projektantką mody, która na co dzień zajmuje się doradztwem wizerunkowym.

Marta Jarosz: Właśnie uświadomiłam sobie, że wybierając się na rozmowę z Tobą, chyba nie powinnam zabierać tego oldschoolowego dyktafonu… Co sobie o mnie pomyślałaś, kiedy go zobaczyłaś?

Milena Bieńkowska: Ani trochę nie masz racji! Ten sprzęt doskonale do Ciebie pasuje. Ogólnie wyglądasz bardzo profesjonalnie: biała koszula, proste jeansy, modne, ale nie takie, na które każdy by się zdecydował, buty i TO! Kiedy zobaczyłam ten dyktafon – przy okazji: nawet nie wiem, jak się odsłuchuje zapis z tej małej kasetki (śmiech) - pomyślałam sobie, że na pewno nie wzięłaś go przypadkowo, że on Cię w jakiś sposób definiuje. Pokazuje zaangażowanie w to, co robisz. Dla Ciebie ten przedmiot pewnie ma duszę…

To prawda, mam go chyba jakieś 15 lat i nigdy mnie nie zawiódł, ale muszę przyznać, że coraz częściej zaczynam się zastanawiać, czy dobrze robię, wciąż go używając, bo ludzie zaczynają zwracać na niego uwagę…

No i świetnie. Możesz to wykorzystać jako punkt zaczepienia do rozpoczęcia rozmowy, do rozładowania atmosfery, zbudowania bliższej relacji z rozmówcą. Taką moc mają rzeczy, którymi się otaczamy. Mogą nam pomagać w kontaktach z ludźmi albo je utrudniać. Wyobrażasz sobie, że specjalista do spraw inwestycji, który właśnie zachęcił cię do współpracy, wyciąga z kieszeni jednorazowy podniszczony długopis i daje ci go do podpisania opiewającej na poważną kwotę umowy?! Jestem pewna, że by ci się to nie spodobało, a co najmniej, że zwróciłabyś na to uwagę i możliwe, że zastanowiłabyś się chwilę dłużej nad tym, jak ocenić tego człowieka.

Pewnie masz rację, ale idę o zakład, że znalazłoby się wielu takich ludzi, których takie drobiazgi zupełnie nie ruszają…

To się tylko tak wydaje, że nie rusza, że ktoś nie przywiązuje wagi do wyglądu swojego czy innych. W praktyce nawet jeśli nie poświęcamy swojemu wizerunkowi zbyt wiele czasu i energii, to innych po nim oceniamy. Podam przykład: każdy z nas woli skorzystać z porady lekarza takiego, który wygląda schludnie i jest zadbany, niż prezentującego niechlujny look. Jakiś czas temu moja znajoma – żeby było jasne: niezwiązana z branża, o której rozmawiamy – była zmuszona do kontaktu z chirurgiem, który miał usunąć jej guz tarczycy. Opowiadając mi swoje wrażenia po pierwszym potkaniu z nim, rozpływała się zachwytach nad jego wyglądem: że wszystko starannie dobrane, że świadomy swoich atutów i niedoskonałości, że perfekcjonista dbający o najdrobniejsze szczegóły. Zupełnie nie rozumiałam, dlaczego koncentruje się właśnie na tym i wreszcie zapytałam „czemu to dla Ciebie takie ważne?”. W odpowiedzi usłyszałam „no, przecież ktoś, kto tak wygląda, na pewno dołoży wszelkich starań, żeby operacja się udała i nie oszpeci mnie”. Tak to działa.

Fakt, sama miałam podobną sytuację, ale odwrotną, Siedząc z córką w kolejce do pediatry na ostrym dyżurze, zobaczyłam jedną z lekarek i modliłam się, żeby system rejestracji nie wskazał nam akurat jej gabinetu, ale oczywiście tak się stało. I wiesz co? Po rozmowie z nią i po tym, jak zajęła się moją córką, wstydziłam się, że oceniłam ją po wyglądzie – kabaretkopodobne rajstopy do sandałów, mocno rozciągnięta suknia w niemodny wzór, fatalne oprawki okularów i zniszczona torba, która kiedyś mogła być tym, co dziś nazywamy shopperką. Byłam pod pozytywnym wrażeniem jej sposobu bycia i kompetencji.. Wygląd tego nie był w stanie tego zatrzeć…

Oczywiście, że tak! Ale sama mówisz, że pierwsze wrażenie nie było dobre. Gdyby nie to, że w pewnym sensie z przymusu rozmawiałaś z tą kobietą, to wrażenie byłoby wszystkim, co definiowałoby Twoje myślenie o niej. Współczesny świat bardzo często nie daje nam możliwości nawiązywania bliższych relacji z napotykanymi ludźmi. W tym kontekście wygląd jest bardzo ważnym sygnałem i otoczenie wręcz oczekuje, że nie będzie on sprzeczny z prawdziwym „ja” człowieka, a przede wszystkim z ogólnie przyjętym wyobrażeniem o roli, jaką ta osoba odgrywa w społeczeństwie. Wizerunek ma nam pomagać wcielać się w te role.

Co to znaczy w praktyce?

Że kiedy idę z córką na plac zabaw, to nie zakładam szpilek i krępującej ruchy sukienki, ale trampki, wygodne spodnie i T-shirt. A na spotkaniu z kilkuset osobami, którym opowiadam o tym, jak skutecznie budować swój wizerunek, wyglądam nieco inaczej niż dziś, gdy rozmawiam z tobą. Wybieram wtedy bardziej oficjalny strój.

Twoja dzisiejsza stylizacja wymagała dużo pracy koncepcyjnej? Ile czasu zajęło Ci przygotowanie się dziś na spotkanie ze mną?

Nie aż tak wiele, ale kilka rzeczy trzeba było wziąć pod uwagę. Wychodziłam z domu dość wcześnie i miałam w planach cały dzień w biegu, więc przede wszystkim zastanowiłam się nad tym, jak będzie pogoda. Niestety, źle założyłam, że będzie ciepło, bo teraz w casualowej małej czarnej bez żadnego okrycia trochę się cierpię, ale, cóż, zdarza się. Będę korzystać z taksówek, przemieszczając się po mieście (śmiech). Po drugie starałam się dopasować ubranie do sytuacji, w których dziś będę. Nie ma żadnych bardzo oficjalnych spotkań, więc pozwoliłam sobie na przykład na buty z odkrytymi palcami. Wiedząc, że spotykam się z dziennikarką, czyli z tobą, myślałam o tym, żeby stylizacja była moją wizytówką. Nie mogłam wyglądać na przebraną. Ze względu na dużo aktywności, które miałam na dziś zaplanowane, zależało mi też na wygodzie stroju. Dlatego buty mają stabilny, nie bardzo wysoki obcas, a sukienka jest z materiału, który nawet odrobinę zgnieciony nie wygląda źle. W sumie zestawienie tego wszystkiego, co mam na sobie, zajęło może 15 minut.

To wszystko, co mówisz, brzmi bardzo rozsądnie, ale też dla mnie osobiście jest na tyle oczywiste, że trochę trudno mi zrozumieć, dlaczego ktoś płaci za Twoje usługi…? Jak w dzisiejszych czasach można nie umieć odpowiednio się ubrać…?

Nie każdy zna się na modzie i umie trafnie adaptować aktualne trendy – szczególnie mając do dyspozycji tak wiele tytułów prasowych i poradników poświęconych temu tematowi. Nie każdy umie ocenić, co pasuje do jego sylwetki. Wielu ludzi patrząc w lustro, widzi w nim kogoś innego niż ten, kto faktycznie się przegląda. Oni potrzebują obiektywnych oczu, które na nich spojrzą i powiedzą, jak wyglądać, żeby czuć się lepiej. Bo cała rzecz rozbija się w zasadzie o to, że moi klienci w pewnym momencie życia zaczynają czuć się źle ze swoim wizerunkiem. Uświadamiają sobie, że muszą coś zmienić w z wyglądzie, żeby osiągnąć sukces na jakimś polu – zarówno zawodowym, jak i prywatnym. To zwykle wtedy szukają pomocy i trafiają do mnie.

Jaki sukces zawodowy – poza karierą w modelingu czy show-biznesie – można odnieść dzięki wyglądowi?

Odpowiem, przytaczając historię jednej z moich klientek: atrakcyjna 30-kilkulatka, właścicielka firmy, szczęśliwa żona i matka. Trafia do mnie, bo ma poważny problem w pracy. Klienci, z którymi spotyka się po raz pierwszy, nie wierzą, że jest szefową. Widzą w niej raczej dziewczynę podającą kawę czy drukującą dokumenty do podpisania. To ją rozbija. Nie może tak funkcjonować. Trafia do mnie. Na pierwszy rzut oka widać, że ma wszelkie warunki do tego, by dobrze wyglądać w dowolnej stylizacji. Staje w bieliźnie przed lustrem. Rozmawiamy o jej figurze. Pokazuję jej mocne strony jej ciała, sylwetki, urody ogólnie. Proponuję noszenie eleganckich kostiumów i co? Słyszę NIE. Pytam, dlaczego? Na początku coś tam pokrętnie tłumaczy, aż w końcu wyznaje, że ma kompleks nóg – patyków. Więc znowu pytam, skąd takie przekonanie w jej głowie i okazuje się, że wiele razy słyszała coś takiego od najbliższych i w zasadzie od czasu, gdy była nastolatką, ma problem z akceptacją tej części swojego ciała. Zaczynamy pracę nad jej przemianą. Robimy zdjęcia w różnych strojach. Dużo rozmawiamy. Przekonuję ją różnymi sposobami, że ma dość dobre nogi do tego, by nosić spódnice. W końcu się udaje. Zmienia biznesowy look i zaczyna się lepiej czuć. Klienci nie mają już problemu z jej identyfikacją w hierarchii firmy. Sukces! Nie tylko mój – jej przede wszystkim!

Coś jak psychoterapia…?

W pewnym sensie tak, a czasami spotkanie ze mną jest dopełnieniem zajęć z profesjonalnym psychoterapeutą. Na przykład: kobiecie sypie się wieloletnie małżeństwo. Chce je ratować. Do akcji wkracza psycholog. Pomaga uzdrowić relacje z partnerem, ale też zaleca „zmianę w sobie”, a kobieta bezradnie rozkłada ręce. Nie wie, co zrobić, żeby stać się bardziej seksowną, atrakcyjną. Wtedy trafia do mnie. Zaczynamy lekcje.

Czyli co konkretnie?

W zasadzie działam na dwa sposoby: robimy całościową metamorfozę, czyli to, o czym wspomniałam już wcześniej: uświadomienie sobie źródła problemu, zdefiniowanie atutów i słabości sylwetki, nauka łączenia różnych elementów stroju i ich doboru do ciała. To wszystko kończy się zwykle sesją zdjęciową, która jest zwieńczeniem dzieła. Modelka jest przygotowywana przez wizażystów, którzy wydobywają z niej maksimum piękna. Widząc takie zdjęcia, kobieta wręcz nie może w siebie nie wierzyć. Drugi rodzaj doradztwa, jaki świadczę, to personal shopping. Z niego częściej korzystają mężczyźni, którzy po prostu chcą skompletować garderobę – ogólnie lub na jakąś okazję. Faceci działają zadaniowo. Chcą szybko i skutecznie zrobić zakupy. Nie lubią długo chodzić po sklepach. W pewnym sensie to ułatwia mi pracę (śmiech).

I co, zrobicie raz zakupy i później ten człowiek umie sam je robić?

Nie do końca! W czasie tych zakupów przekazuję mu podstawową wiedzę na temat mody, stylów, łączenia ubrań i dopasowywania ich do sylwetki. Daję mu też możliwość konsultowanie ze mną zestawów, które w przyszłości będzie kompletował. Może przysłać mi MMS z zapytaniem, czy to, co wybrał, jest ok, czy nie.

Ci faceci, których ubierasz, nie mają partnerek, które mogłyby im w tym pomóc?

Hmm, nigdy o tym nie myślałam, ale chyba właśnie mi uświadomiłaś, że większość z nich to rozwodnicy… Tak, coś w tym jest!

Każesz ludziom chudnąć, żeby lepiej się czuli w swoich ciałach i nowych ubraniach?

Nie! To zupełnie nie na tym polega. Dobry wygląd to nie kwestia rozmiaru, tylko doboru ubrań.

A kwestia ilości pieniędzy wydanych na te ubrania…?

Też nie! Wcale nie potrzeba wydawać fortuny na ciuchy, żeby dobrze wyglądać, ale warto pamiętać, że wyższa cena zwykle idzie w parze z wyższą jakością ubrania, a w to zawsze warto zainwestować.

A Ty drogo się nosisz…?

Powiem tak: najdrożej, jak mnie stać w danym momencie, bo dla mnie cena ubrania to także wartość ludzkiej pracy i materiałów. Jako projektantka zauważam, że ma to znaczenie dla coraz większej liczby ludzi i cieszę się z tego.

Podsumowując: można być szczęśliwym, nie przywiązując wagi do wyglądu i najzwyczajniej w świecie, źle wyglądając?

Oczywiście, że tak, bo szczęście to nie jest efekt wyłącznie tego, jak wyglądamy. Podkreślam jeszcze raz, że problem zaczyna się wtedy, gdy zaczynamy zauważać, że taki lub inny wygląd w czymś nam przeszkadza. Póki tego nie ma, dla nas samych wszystko jest ok. Warto jednak być świadomym tego, że ubierając się choćby odpowiednio do sytuacji, „prowokujemy” otocznie do tego, by lepiej nas oceniało. Ubrania i to, czym się otaczamy, to energia, efekt uboczny myśli. Warto, żeby nastrajały do nas świat pozytywnie.

Dziękuję za rozmowę.