Marka Eva Minge to ostatnio także okulary, czy zaangażowała się pPani w tworzenie ich od podstaw?

Eva Minge: Oczywiście. Już wcześniej miałam kilka propozycji. Długo pracowałam jako designerka dla nieznanej na rynku polskim marki niemieckiej. Dostawałam też dużo propozycji, żeby umieszczać swoje logo na cudzych projektach, tzn. czyjeś okulary miały być logowane "Eva Minge" i iść dalej w świat. Ale się z tym nie zgadzałam, ponieważ taki design nie ma nic wspólnego ze mną. Na każdą rzecz, którą zrobiłam mam pełną dokumentację, a wszystko zaczyna się od rysunku w moim bloku rysunkowym. Tylko czerpiąc z własnego środka, wizji i charakteru projektant może zbudować DNA swojej marki. Biorąc projekty od innych ludzi otrzymujemy zbiór różnokolorowych korali nie mających nic wspólnego z marką. Moje okulary absolutnie zostały narysowane w moim zeszycie.

W kolekcji znalazły nie tylko okulary przeciwsłoneczne, ale także korekcyjne. Czy prywatnie są pani potrzebne?

Wzrok mam ostry i rewelacyjny, choć jako dziecko miałam zeza. Natomiast wady wzroku ma i mój młodszy syn i mój tata, więc problemy okularników są mi bliskie. Wiem, jak ważne są dla nich dobre okulary.

Jak dzisiaj przenosi się projekty z zeszytu do rzeczywistości? Czy łatwo było znaleźć partnera do tego projektu?

Gdy robiłam projekty, Adrian Krzystanek z firmy Vision&Fashion, która jest moim partnerem, stukał się w głowę, mówiąc: "Minge, ty chyba zwariowałaś, to w ogóle się nie przyjmie". Ale zgodził się wykonać te projekty, ponieważ we mnie wierzył. Taką mieliśmy umowę, że licencję daję tylko wtedy, kiedy będą to narysowane przeze mnie i wyprodukowane przez niego okulary. Jako producent zaufał mi, zamknął oczy i skoczył głęboko. Potem poinformował mnie, że po branżowych targach w Paryżu, na których się wystawiał, z tego głębokiego skoku wypłynął z pełnymi garściami.

Czyli jest pani spokojna o sprzedaż tej kolekcji?

Z tą kolekcją już mamy problem, bo jej jeszcze nie ma właściwie na rynku, a ona już jest sprzedana.

Nie są to okulary w stylu Dolce&Gabbana ze złotym logo, nie ma na nich epatowania marką.

Nie, na okularach jest malusieńkie kółeczko, na którym jest napis Eva Minge. Marka oczywiście musi być, ale starałam się, żeby była dyskretna. Nie wyobrażam sobie, żeby moje klientki chodziły z moim wielkim logo, ponieważ zakładam, że są to kobiety niezwykle wyrobione.

Skoro coraz bardziej poszerza pani swoją ofertę, pozostaje zapytać, kiedy perfumy?

Na pewno jeszcze troszkę trzeba poczekać. Musiałabym mieć dużo odwagi, żeby pomyśleć, że kobiety już chcą pachnieć zapachem Evy Minge, a mężczyźni chcą taki zapach wąchać. Perfumy są zawsze ukoronowaniem sukcesu domu mody. Ci którzy decydują się na nie zbyt wcześnie, popełniają ogromny błąd. Myślę, że nawet Naomi Campbell, która nie weszła na początku na te najwyższe półki i dziś sprzedaje swoje perfumy w marketach, żałowała, że tak szybko je zrobiła.