J.Lo od połowy lipca wraz ze swoim mężem Markiem Anthonym promuje film "El Cantante”.

Wcieliła się w nim w rolę żony legendarnego śpiewaka salsy Hectora Lavoe (na zdjęciu obok kadr z filmu). Na ekranie można oglądać ją w kilkudziesięciu spektakularnych strojach z lat 70.

W rzeczywistości Jennifer zmienia ubranie jeszcze częściej niż odgrywana przez nią bohaterka. Podczas kilku dni promocji filmu zaprezentowała się w różnych zakątkach Globu w kilku zupełnie odmiennych kreacjach. Może zawinił pośpiech, ale nie wszystkie były równie udane.

Puerto Rico zdobyte

Najpierw Jennifer zachwycała strojem i urodą w Puerto Rico. Na lotnisku pojawiła się w białej bombce przed kolana. Dzięki gładko spiętym i zaczesanym na bok włosom wyglądała jak prawdziwa gwiazda.

Jednak prawdziwego szyku J.Lo zadała dopiero wieczorem. Na uroczystej premierze pokazała się w srebrnej sukni z trenem, która idealnie podkreśliła wszelkie jej walory: seksownie zaokrąglone biodra i gładką skórę na jędrnym i apetycznym biuście. No cóż - chodzący ideał.

Morelowa wpadka

Trochę gorzej wypadły jej występy w Stanach Zjednoczonych. Na premierze w Nowym Jorku Jennifer przeżyła fatalne zauroczenie morelowym. Dzięki słodkiej rzymskiej sukni od Marchesy wyglądała jak lukrowany tort. Sytuację pogorszył jeszcze przesłodzony makijaż: morelowe usta i policzki wbrew zamierzeniom stylistów nie dodały Jennifer dziewczęcego uroku. Jedynym atutem kreacji były diamentowe kolczyki i bransoletka Lorraine Schwarz.

Jednak jak na prawdziwą gwiazdę przystało, Jennifer potrafi się szybko zrehabilitować. Na premierze w Los Angeles gwiazdę znów uratowała biel. Może w długiej sukience Alberty Ferretti było troszkę za dużo pogrubiających marszczeń, ale J.Lo wyglądała niezwykle świeżo i młodo. Kropkę nad i postawił kolorowy naszyjnik i gustowna torebka - kopertówka od Rogera Viviera z charakterystyczną prostokatną metalową klamrą.