Tak samo jest z moją szafą. Szczególnie na wiosnę, kiedy zrzucam z siebie kurtki, swetry, kamizelki, szaliki, czapki, rękawiczki, kozaczki i szukam czegoś lekkiego, efektownego, kolorowego, świeżego, krótko mówiąc: wiosennego. W mojej szafie widzę ściśnięte bluzki na wieszakach i półki uginające się pod ciężarem czegoś, co jeszcze zeszłej wiosny było fajnym ciuchem a dziś jest mieszaniną tekstyliów.

Ale ja nie wrzeszczę, nie wpadam w histerię, nie rzucam się na mojego mężczyznę z płaczem: „ja nie mam co na siebie włożyć”. Ja robię zupełnie coś innego: najprostszego i najefektywniejszego. Po prostu sprzedaję to, co stare, niepotrzebne i niemodne. I mam za co kupić sobie to, co nowe, fajne i świeże. Takie moje babskie perpetuum mobile.

Powiew wiosny, czyli przegląd garderoby

Uwalniam półki mojej szafy od ciężaru: kilogramy ciuchów lądują na kanapie. Rewię zeszłorocznej mody urządzam przed lustrem. Przymierzam każdą (bez wyjątku!) rzecz, poddaję ją ostrej i sprawiedliwej krytyce i po chwili selekcjonuję: na lewo ciuchy, których już nigdy więcej..., po prawej te, które jeszcze kiedyś.... I tak lewą stronę trafiła żółta bluzeczka w pomarańczowe kwiatki, ta co ją kupiłam na majówkę. Rany – nie wierzę – ja się w niej pokazałam? W dżinsach (zeszłoroczny hit) z rozszerzanymi nogawkami wyglądam dość zgrabnie, ale... W tym sezonie trendy są „rurki”. A spódniczka z falbanami jest koszmarna. Wręcz fatalna. Poza tym większość ubrań (szkoda, że akurat tych ulubionych) wisi na mnie jak na wieszaku. Cóż, wreszcie schudłam, więc co mi po spodniach za dużych o całe trzy numery?

Sterta ubrań do odstrzału rośnie pod sufit. Po dwch godzinach mozolnego przeglądu zawartości szafy, mogę już zadzwonić do swojej najlepszej przyjaciółki.
- To co Gośka? Garażówka w tę sobotę?
- Super!

O co chodzi z tym tajemniczym zaproszeniem do garażu? Już wyjaśniam. Otóż, od wielu już lat w Europie Zachodniej jest bardzo popularna tak zwana wyprzedaż garażowa. Głównie zbędnej odzieży. Wiem, co sobie teraz myślisz. Że sprzedaż starych ciuchów znajomym to okropny wstyd. Obciach. Wcale nie! Po prostu ubrań się nie wyrzuca. To, że ciuch nie pasuje tobie, nie oznacza wcale, że na jego punkcie nie oszaleje twoja koleżanka. Nic tak nie działa na kobietę, jak nowa szmatka, w której może pokazać się pierwszy raz.

Zapraszam więc do siebie. W sobotnie popołudnie.

Gorączka sobotniej garażówki, czyli przygotowania

Zaczynam przygotowywać rzeczy do sprzedania. Oczywiście zadbam o to, by były pachnące, czyste i wyprasowane. Posegreguję je na bluzeczki, spodnie, marynarki, sweterki. Zastanowię się nad cenami. Nie mogą być wygórowane, ale też nie wszystko oddam za grosze. Ubrania niezniszczone i jeszcze modne (jak ta spódnica z falbanami, którą miałam tylko raz) wystawię drożej. Za ile? Pięćdziesiąt procent ceny ze sklepu będzie OK. Używane bardziej, ale w dobrym stanie i nadal modne ciuszki zaoferuję za czterdzieści. Te za duże oddam taniej (nie więcej niż trzydzieści), bo już je znosiłam.

Jaki będzie scenariusz mojej garażówki, trudno przewidzieć. Wszystko zależy od gustów koleżanek i ich zdolności negocjacyjnych. Ale kto wie? Co zrobię, jeśli popyt przewyższy podaż, czyli na jedną bluzkę zachoruje pięć dziewczyn? Licytacja? Wyciąganie losów? Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie.
Pozostaje jeszcze kwestia: gdzie przyjmę moich gości? Decyduję się na salon. W garażu jest jeszcze za zimno. Zresztą.... Jak by to wyglądało? Kawa i świeżutkie ciasto biszkoptowe z brzoskwiniami (własnej roboty) serwowane na masce samochodu...

Garażowe pret-a-porter

Zaprosiłam sześć koleżanek. Wszystkie potwierdziły swoje przyjście. Po szybkim powitalnym całusku dziewczyny biegną w stronę kanapy z ekspozycją. – Kawa? Herbata? – pytam uprzejmie. – Najpierw interesy, potem przyjemności – decyduje Kasia paradująca przed lustrem w znienawidzonej przeze mnie spódnicy w falbany. – A może spróbuj z tą bluzeczką – proponuję z nadzieją, że akurat jej do twarzy będzie w różowym gigantycznym żabocie. Nie pomyliłam się. Kasia wygląda bosko w żywych kolorach i barokowych ozdobach.

– Monia, ale czadowe spodnie! Masz ich więcej? – woła Marzena, która z kolei nie uznaje spódnic. Typowa zgrabna chłopczyca. Zgarnia całą kolekcję moich spodni. Czuję żal, gdy widzę kolejną parę dżinsów, które na Marzenie leżą idealnie. Że też musiałam aż tak schudnąć... – Biorę wszystkie! – decyduje koleżanka. – Wszystkie? Osiem par? – upewniam się. – Jasne! Te płócienne w kolorze khaki będą pasowały do brązowej marynarki, a zielone w paski do lnianych bluzek. Dżinsy do wszystkiego, a bojówki zrobią furorę w komplecie z wojskową kurtką z demobilu.

A co z moim oliwkowym sztruksowym żakietem? Rozglądam się z nadzieją, że znalazł amatorkę.... Nie pomyliłam się. Ewa uwielbia dopasowane rzeczy. Klasyczna bankierka. I to właśnie jej przypadł do gustu prosty żakiecik „przy ciele”. – Do pracy będzie jak znalazł. W banku nie mogę pozwolić sobie nawet na odrobin ekstrawagancji. Mogę za to każdego dnia wyglądać inaczej.

Maja z kolei oszalała na punkcie spodni z szerokimi nogawkami, bo jak twierdzi, nie podąża za modą i nigdy w życiu nie założy rurek. Weźmie dwie pary. Jak szaleć to szaleć!
A o ze sweterkiem w serek, którego nie założyłam ani razu? Świeżyzna, jeszcze z metką ze sklepu. Dwie brunetki, Aga i Iza, mają na niego oko. Nic dziwnego, świetnie im w pomarańczu. Do tego ciuszek nie byle jaki. Markowy. I jaka okazja: nówka za pół ceny.

Dzieje się! Gwarno jak w ulu, ścisk jak na bazarze. Zewsząd dobiegają głośne achy i ochy. Dziewczyny piszczą z emocji, nawołują się, szukają potwierdzenia u koleżanek, że ślicznie, że zgrabnie, że modnie, że tanio, że.... Niesamowite! Cieszą je szmatki, na które ja nie chcę już spojrzeć. I nie dlatego, że są brzydkie, stare lub niemodne. Po prostu się nudzą. A dlaczego? Chociażby dlatego, że widzę je w szafie codziennie od kilku miesięcy.

W garażowej kolekcji jest jednak kilka ciuszków, które z uwielbieniem nosiłam regularnie, nim zaczęły na mnie wisieć. Żal mi się z nimi rozstawać. Waham się. Może nie powinnam ich oddawać? A jak przytyję? Hm... ale wtedy kupię nowe – tłumacz sobie w duchu. Sprzedaję. I tak jest już za późno...
Dziewczyny zgodnie dzielą się łupami. Ku mojej radości nie będzie kłótni o sweterek w serek, bo jak się okazuje, Iza ma bardzo podobny.
Przy kawie z ciastem podliczam dziewczyny. Większość ciuchów oddaję po cenach, które wcześniej skalkulowałam. Dziesięć procent opuszczam jedynie Marzenie. Rabat za hurtową ilość spodni.

Ile zarobiłam? Nie wierzę własnym oczom. Prawie dwa tysiące złotych! Niezła sumka. I nieźle ją spożytkuję...
To co, koleżanki, poplotkujemy?

Bridget Bardot, Jackie Kennedy, a może styl Marilyn Monroe?

Czyż to nie genialne? Mam prawie dwa tysiące złotych, które mogę w całości wydać na nowe rzeczy. Czyli to, co kobiety lubią najbardziej. Trzeba działać szybko, bo teraz to już naprawdę nie mam co na siebie włożyć. Ale jak do wszystkiego, również do zapełnienia mojej szafy przystępuję metodycznie. Najpierw muszę się dowiedzieć, co jest modne.
Zaczynam od przeglądu kolorowych magazynów kobiecych. I co się okazuje? Dobra wiadomość – tej wiosny eksponujemy naszą kobiecość! Wskakujemy w sukienki. Krótkie, długie, klasyczne, zmysłowe, a także dziewczęce. Do wyboru do koloru, czyli od czerni po kolorowe desenie w duże kwiaty i groszki. Królują fasony z lat trzydziestych, czterdziestych i pięćdziesiątych. Nosimy długie, zwiewne, obszerne sukienki lub krótkie w trapez. A spódnice z podniesiona talią (tuż pod biustem)
Podpatruję też pokazy mody w telewizorze. Nieśmiertelne biel i czerń obowiązkowo. Szaleństwo kolorów jak nigdy dotąd: tęczowo, barwnie, energetycznie. Uff... odetchnęłam, bo to moje ulubione kolory. Dziwi mnie powrót marynarskich biało-granatowych pasów. Na szczęście tylko na materiałowych torbach Ja się na nie nie odważę. Poza modą cenię także styl. Strój powinien podkreślać osobowość kobiety i wydobyć z niej to, co najlepsze. Chyba zostanę wierna odcieniom brązu, od beżu po czekoladę.
Biegam po ulubionych sklepach. Przymierzam, oglądam, porównuję. Podpytuję sprzedawców o wiosenne trendy i kolekcje. Wiem już, że nie wydam grosza na sweterki z dzianiny i ciężkie buty. Jeśli chcę być modna tej wiosny, nosić będę wyłącznie buty na obcasie lub sandałki „bez palca”. Za radą znanego projektanta, którego słucham w radiu, kupię kilka zwiewnych tunik w etniczne wzory. Lub satynowe koniecznie z talią odcinaną pod biustem i słodka kokardką. I jedną małą torebkę.

Tak wydaję pieniądze z garażówki

Siadam nad kartką papieru. Orientacyjne ceny ciuchów z nowych wiosennych kolekcji znam.
I tak: kupuję czarny klasyczny płaszczyk. Praktyczny. Do wszystkiego. Decyduję się także na dużą torbę w tym samym kolorze. Tyle, że baaaardzo błyszczącą. Teraz buty. Urzekają mnie lakierowane szpilki. Idealne do spódnic i spodni każdego rodzaju. I do błyszczącej torebki. Ile? Drogie.... Za drogie, ale musze je mieć! Mama dorzuca mi kilka groszy. Jestem uratowana!

Długo przymierzam się do kupna sukienki. To będzie pierwsza sztuka w mojej szafie. W końcu biorę długą, białą w stylu Jackie Kennedy. Jestem biedniejsza o kolejne dwie stówy.

W portfelu mam jeszcze ponad czterysta złotych. Akurat na tę bluzeczkę „chłopkę” z długimi rękawami i szarą spódniczkę. Prostą, ale uroczą.
Ile zostało w kasie? Niewiele. Sto pięćdziesiąt złotych. Co z nimi zrobię? Przepuszczę w przyszłą sobotę u Gosi. Właśnie dostałam zaproszenie na wiosenną wyprzedaż jej szafy. Może uda mi się upolować garsonkę w stylu Jackie Kennedy...


Przykładowa kompozycja odświeżonej, wiosennej garderoby:




1. bluzeczka "chłopka", Mango, wzór 2.perfumy "Bright Crystal", Versace, 30 ml/ok. 150 zł. 3. czarny płaszczy, Solar, wzór 4. błyszczyk do ust Juicy Gelee, Lancome 5. urocze kolczyki Smirnow& Morka/ Basia Zielińska, 60 zł 6. okulary 7. lakierowana czarna torebka, wzór 8. sukienka w stylu Jackie Kennedy, Mango, wzór 9. woda toaletowa "Voy" Urlic de Varens 10. szara, klasyczna spódnica, GAPA Fashion, 299 zł 11. lakierowane szpilki, Trussardi/Chiara, wzór 12. zwiewna, elegancka bluzka Max Mara, wzór