"Przyjaciele! Długo zwlekaliśmy z tym wpisem, powitania są zawsze piękne – pożegnania trudne" – tymi słowami zaczyna się wpis na profilu "Przekąski u Romana".

"W czasie 5-ciu lat istnienia Przekąsek u Romana nasi Goście zmieniali stan cywilny, rodziły się im dzieci, przeprowadzali się, zmieniali pracę … a my razem z Wami cieszyliśmy się Waszymi radościami i martwiliśmy niepowodzeniami. To wszystko, dlatego, że czuliśmy się z Wami jak z rodziną, gotowaliśmy dla Was jak dla rodziny i staraliśmy się gościć Was jak w domu. Dziękujemy każdemu z Was, za spotkania, za wspólne rozmowy i za zaufanie. Za nami piękne lata wspaniałej zabawy i wiele przegadanych dni i nocy. Decyzja o zamknięciu lokalu nie była łatwa, ale złożyło się na nią wiele czynników – długo by opowiadać" – wyjaśnia powód zamknięcia lokalu załoga.

Na końcu wpisu pojawia się jednak informacja dająca nadzieję stałym bywalcom na reaktywację często odwiedzanego przez mieszkańców stolicy i nie tylko lokalu. "Nie mówimy żegnajcie – mówimy do zobaczenia! Nie byłbym Romanem gdyby to miało być moje ostatnie słowo. Każdego z Was noszę w sercu! Pozdrawiam Roman Modzelewski. Z całym zespołem" – czytamy.

Pan Roman, czyli Roman Modzelewski, przez lata był twarzą słynnych warszawskich "Przekąsek Zakąsek" przy Krakowskim Przedmieściu. Pracował tam od czasu ich powstania, jednak pod koniec istnienia tamtego miejsca nie krył rozczarowania zmianami, jakie zachodziły w tym lokalu. - Lokal stawał się coraz słabszy. Tatara nie było, wódka była ciepła. Postanowiłem zrezygnować – mówił wówczas serwisowi tvn24.pl.

Postanowił, że otworzy własny bar. I tak pięć lat temu powstały "Przekąski u Romana" przy ul. Ludnej 2 na warszawskim Powiślu. Atutem tego miejsca było to, że działało 24 h na dobę siedem dni w tygodniu. Za kieliszek wódki i małe piwo płaciło się po 5 zł, a za zakąskę np. śledzia, nóżki w galarecie, czy pierogi 10 zł.

Z wódką jest tak, że jeśli mamy czas i fajne towarzystwo, a wódka jest fajnie pita, to ona służy zdrowiu. Jeśli robimy to nerwowo, tracimy nad sobą kontrolę – mówił w jednym z wywiadów pan Roman.

W zawodzie kelnera pracował m.in. w hotelu Forum.

- Pewnego razu poproszono mnie, żebym z zasłoniętymi oczami nalał wódkę do kieliszków ustawionych wzdłuż całego baru. Powiedziałem, że to zrobię, a jeśli mi się uda, klient płaci pięć razy więcej za zamówienie. Zgodził się, ja ustawiłem sobie tylko butelkę pod odpowiednim kątem i wygrałem zakład. Z nalewaniem jest jak z malowaniem ust przez kobietę. Robicie to drogie panie codziennie, więc macie wprawę, ja mam podobnie z nalewaniem wódki - mówił. 

W lokalu na Ludnej można go było spotkać prawie o każdej porze dnia i nocy.

- Nie ma tak, że się kończy pracę i mówi do gościa: "Przepraszam, dziękuję, wychodzę". Nieraz po dwie, trzy godziny po pracy siedziałem z gośćmi, rozmawiałem, a oni zamawiali, pili. Nie wyprosiłem żadnego z nich, bo gość wyproszony już potem nie wraca. Jeśli się zrelaksuje, zapomni o tym, co danego dnia było złe, to wtedy jest sukces. Czasem trzeba dużo trudu włożyć, żeby gość wyszedł z lokalu zrelaksowany - opowiadał.