Zacznijmy od wspomnień. Jakie są te najgorsze z restauracji, które ostatnio odwiedziliście?

Adam Pawłowski: Małe miasteczko na Warmii. Urocze, bardzo ładnie urządzone miejsce, któremu na gościnności powinno zależeć i już od progu czar pryska, bo witająca nas pani, nie tylko spojrzała na nas mało przyjemnym wzrokiem, co była mocno zajęta i nie potrafiła wskazać nam wolnego stolika. Wszystkie, chociaż sala była pusta, były zarezerwowane. Na każde nasze pytanie odpowiadała: „nie wiem”. Owszem to nie był dla nas koniec świata, nie byliśmy źli, że tam nie zjemy, ale straciliśmy ochotę na to żeby tam być i żeby kiedykolwiek tam wrócić. A wystarczyło tylko miłe przywitanie, propozycja żebyśmy wrócili za jakiś czas albo zarezerwowali sobie stolik.

Patrycja Siwiec: To był w dodatku dzień moich urodzin, chwila, którą chciałam miło celebrować. Na szczęście takich momentów jest coraz mniej. Poza tymi najgorszymi, zdarzają się też zabawne, na które patrzymy z mniejszym lub większym niedowierzaniem. Tu od razu przychodzi mi na myśl kelner, który przyjmując od nas zamówienie stał na jednej nodze, opierał się o stolik a potem jeszcze drapał po pupie. Na początku trochę nas to rozbawiło, ale gdy podawał nam jedzenie nie byliśmy już do tego tak optymistycznie nastawieni.

Po drugim roku studiów razem z kolegą pracowałem latem w nadmorskiej restauracji w Kołobrzegu. To była jedna z pierwszych i jak się potem okazało ważnych prac w moim życiu. Restauracja była nowym obiektem, obsługiwała około 70 gości i serwowała dania kuchni śródziemnomorskiej. Praca była wymagająca, ale satysfakcjonująca również pod względem finansowym. Gdy sezon i nasza działalność zbliżała się do końca, właściciel poprosił nas abyśmy spotkali się z nim po ostatniej zmianie. W spotkaniu wzięła udział także jego żona. Zaprosili nas na drinka, żeby nam osobiście podziękować. Nalegali żebyśmy przed wyjazdem odwiedzili lokal i zjedli lunch na koszt firmy. Kiedy już mieliśmy wyjeżdżać, pojawiła się właścicielka i wręczyła nam koperty z jak oznajmiła małym napiwkiem od firmy. W ten sposób obydwoje dali dwóm młodym chłopakom jedną z najlepszych lekcji klasy, stylu i szacunku do pracownika*

Co jest powodem tego, że obsługa kuleje? Niektórzy znawcy gastronomii twierdzą, że tzw. "PRL-owski zimny wychów", gdzie nie serwowano ani nie podawano jedzenia, ale rzucano je Polakom a oni łapali to, co było, bo za chwilę mogło w ogóle nie być.

Adam: Rzeczywiście jest w tym trochę prawdy. W tamtych czasach kelner, kierownik sali, restaurator to były osoby poważane, bo miejsc, do których można było pójść, było stosunkowo mało a wiele osób chciało od czasu do czasu celebrować jakieś ważne wydarzenie w swoim życiu wyjściem do lokalu gastronomicznego. Teraz żyjemy w innych realiach, konkurencja jest coraz większa i to gość dyktuje warunki. Musimy się do niego i do tych nowych warunków dostosować, a wciąż wielu restauratorów nie jest tego świadomych. Powiem więcej, wielu z nich wciąż żyje w poprzedniej epoce.

Ale szef kuchni to dziś zawód coraz bardziej pożądany. Ci najlepsi dostają etaty, dobre pieniądze, czasem są wręcz błagani o to, aby nie odchodzili.

Adam: Owszem. Restauratorom dziś jest o wiele łatwiej znaleźć dobrego szefa kuchni, niż dobrą i zaufaną ekipę do obsługi. Jeśli chodzi o jedzenie, to rzeczywiście nie mamy się, czego wstydzić, bo w wielu miejscach można już, jeśli nie świetnie, to bardzo dobrze zjeść, ale niewiele jest wciąż miejsc, w których można zostać dobrze obsłużonym. W samej branży nie kładzie się na to nacisku. Jest wciąż sporo narzekania, że kiedyś mieliśmy profesjonalnych kelnerów, a teraz mamy kelnerów studentów, z których większość i tak nie zostanie w branży. Aby tak nie było i aby ci młodzi ludzie chcieli pracować w gastronomii, to restauratorzy i odpowiednio dobrani menadżerowie powinni pokazywać im jak wiele można zyskać – nauczyć się, rozwijać a do tego dobrze zarobić.

Zabraliśmy naszego gościa do restauracji z otwartą kuchnią. "Napawaj się kulinarnym teatrem" – zachęciliśmy go. Nie przewidzieliśmy, że nagle zza kontuaru usłyszymy: "E k…, dawaj mi tu tego łosia (łososia – przyp. red.) na pas (wydawka, czyli lada, z której szef kuchni wydaje dania obsłudze – przyp. red.), ch… złoty". Nasz gość był lekko zażenowany. Miał do tego prawo, bo nie każdy musi rozumieć język, jakim porozumiewają się między sobą kucharze. Otwarta kuchnia zmienia zasady gry. Tu nie ma miejsca na takie słownictwo, strzelanie kolegi mokrą ścierką w tyłek, czy imprezka w stylu Radia Eska.

Chcesz powiedzieć, że to dzięki kelnerowi obroty mogą wzrosnąć?

Adam: Oczywiście, że tak. To od nich, ich sposobu komunikacji zależy tak naprawdę, czy gość dużo zamówi a co za tym idzie dużo zapłaci, czy zostawi napiwek i czy wróci do danego miejsca. Restauratorzy niestety wciąż bardzo powoli dojrzewają do wniosku, że to kluczowy element, czyli kapitał ludzki jest ważny dla ich biznesu. Jeżeli spotykamy się w restauracji z obsługą, która nas irytuje, czujemy się przy niej źle, to nawet najlepsze danie, nie będzie nam aż tak smakowało, jak to podane przez obsługę, która nas dobrze potraktuje.

Patrycja: Czasy rzeczywiście się zmieniły. Kiedyś działało tylko kilka dobrych restauracji, które mieściły się przy dobrych hotelach a dzisiaj jest ich mnóstwo. Otwierają się, zamykają, powstają nowe, niektóre się przenoszą. Podobnie jest z ludźmi. Dziś mało, kto wiąże się z jednym miejscem pracy na całe życie. Jak w każdym zawodzie, tak i w gastronomii pracownicy migrują. Niedawno rozmawiałam z jedną z właścicielek restauracji, która po przeczytaniu naszej książki powiedziała mi, że piszemy w niej żeby rozmawiać z pracownikami, konstruktywnie ich krytykować, a tymczasem jak zauważyła jest to trudne, bo po takiej rozmowie często kelner się obraża i zwalnia, a znalezienie nowego pracownika, bywa bardzo trudne.

To, co mówicie, nie napawa optymizmem. Rzeczywiście jest aż tak źle?

Adam: Są miejsca, które dobrze sobie radzą i nie mają zbyt dużej rotacji pracowników. Serwis w nich jest dobry, bo są przede wszystkim dobrze zarządzane. Mają kierownika, menadżera, który trzyma nad tym pieczę i nawet jak zespół się rotuje, ma odpowiednie narzędzia, jasno określone zasady żeby wdrożyć nowego pracownika, dzięki czemu ten nowy łatwiej się w tej pracy odnajduje, ma komfort tego, co robi i często dzięki temu nie odchodzi tak szybko. Ważne jest również to, aby menadżer był odpowiednią osobą, na odpowiednim miejscu. To nie może być osoba z przysłowiowej łapanki albo jak to często bywa awansowany najlepszy kelner, bo ten nie zawsze będzie dobrym kierownikiem sali.

Patrycja: Menadżer powinien być nauczycielem i codziennie starać się pilnować tego, aby standardy dobrej obsługi były wdrażane. Weryfikować to, starać się codziennie czegoś nowego uczyć pracowników. Oczywiście przy rotującym i wciąż zmieniającym się zespole nie jest to takie proste.

W restauracji w Anglii, w której pracowałem zatrudnił się młody Portugalczyk. Francisco nie miał talentu do języka angielskiego, ale goście go uwielbiali. Był życzliwy, pracowity. W pierwszym tygodniu pracy dał się poznać jako dobry sprzedawca, który z powodzeniem rekomendował gościom deskę serów. Nie było to łatwe, bo zazwyczaj sugerowaliśmy jej podanie po siedmiodaniowym menu degustacyjnym. Pewnego dnia, gdy kierownik przechadzał się po sali, odkrył tajemnicę „sukcesu” Francisco, który zadawał gościom pytanie: „Would you like to have some complimentary cheese?” co oznaczało, czy goście chcą deskę serów na koszt firmy. Słowo „complementary” (uzupełniający) „complimentary” (bezpłatny, gratisowy).

Za chwilę z naszej rozmowy wyniknie stwierdzenie, że "kelner to zło wcielone".

Patrycja: Z całą pewnością nie, bo gdyby tak było, to pewnie nie napisalibyśmy naszej książki (śmiech). Podkreślamy w niej bardzo mocno rolę lidera-menadżera. Osoby, która jest na miejscu, buduje ten zespół, szkoli, dba o niego, kontroluje. Zły serwis dzieje się spontanicznie, a dobry jest dobry, bo ktoś nim dobrze zarządza. To, że dane miejsce ma zły serwis nie jest, więc winą kelnera, ale niekompetentnego menadżera.

Właściciele lokali gastronomicznych zdają sobie z tego sprawę?

Patrycja: Problem każdej branży polega na tym, że kompetentnemu pracownikowi trzeba dobrze zapłacić. Jeśli nie jesteśmy w stanie tego zrobić, to posiłkujemy się osobą z sali. Wybieramy najbardziej lotnego kelnera, którego ubieramy w buty menadżera, a potem kończy się jak się kończy. Trudno jest przecież jednego dnia być kolegą innych obsługujących, a następnego nimi zarządzać. To bardzo trudny przeskok, który wymaga wsparcia i nie zawsze się udaje.

Adam: Na szczęście coraz częściej właściciele restauracji wiedzą, że muszą mieć dobrego menadżera i nie boją się go zatrudnić. Wciąż jednak bardzo często zdarza się, że powierzają takiej osobie za dużo obowiązków. Mają przeświadczenie, że taka osoba zajmie się nie tylko zespołem, ale też fakturami, zamówieniami. W pewnym momencie ma na głowie tyle spraw, że żadnej z nich nie jest w stanie zrobić dobrze, nie mówiąc już o zarządzaniu ludźmi.

Patrycja: Zarówno restaurator, menadżer, jak i sam kelner powinni zdawać sobie sprawę, że to właśnie w dużej mierze ten ostatni tworzy atmosferę i sprawia, że klient chce wrócić. A wracamy przecież tam, gdzie się dobrze czujemy. Jedzenie nigdy nie jest najważniejsze w restauracji. Trudno w to uwierzyć, ale to prawda. Nawet, gdy coś nam nie do końca smakuje, ale obsługiwał nas świetny kelner, odpowiadał na nasze pytania, doradzał, troszczył się o nasz komfort to właśnie on dosmaczył to danie, a nie odwrotnie.

Czasem w pracy kelnera poza opanowaniem przydaje się humor. W krakowskiej restauracji, w której zdobywałam pierwsze kelnerskie szlify przydarzył mi się koszmar kelnera z butelką prosecco w roli głównej. Zawsze w otwieraniu butelki pomagał mi ktoś bardziej doświadczony. Pech chciał, że tego dnia nie było nikogo w zasięgu mojego wzroku. Jednym słowem nadeszła ta chwila, kiedy musiałam zmierzyć się z nią sama. Korek za nic w świecie nie chciał drgnąć, ja miałam coraz bardziej spocone ręce ze zdenerwowania. Butelka w końcu wystrzeliła, a połowa jej zawartości się wylała. Chcąc rozładować napięcie, powinszowała im "Happy New Year" mimo, że był lipiec. Norwedzy, bo tej narodowości byli goście, zaczęli się głośno śmiać i rozweselali się za każdym razem, gdy podchodziłam do ich stolika.

To, jaki ten idealny menadżer powinien być?

Patrycja: Poza tym, że powinien mieć doświadczenie w swoim zawodzie, dobrze się komunikować z zespołem, mieć dużą dozę empatii i inteligencji emocjonalnej, powinien być osobą energiczną, bo to praca na bardzo wysokich obrotach, w którym trzeba z siebie dużo dawać, mieć do tego ogromny zasób energii, aby móc ją dzielić pomiędzy podległych pracowników.

Adam: Idealny menadżer powinien znaleźć nić porozumienia z pracownikami. Mimo, że formalnie stoi po drugiej stronie barykady, powinien tworzyć atmosferę "wciąż otwartych drzwi". Dać do zrozumienia kelnerom, że mogą przyjść do niego z każdym problemem, liczyć na wsparcie. Menadżer powinien też wymagać więcej od siebie. Pierwszy przychodzi do restauracji i ostatni z niej wychodzi. Wielu menadżerów niestety źle rozumie swoje zadanie. Myślą, że mogą rządzić, że mają władzę, niektórzy w ten sposób leczą swoje kompleksy, a to, co powinni mieć to odpowiedzialność i umiejętność włączania pracowników w życie restauracji. Kelnerzy znają potrzeby gości, bo obcują z nimi, na co dzień, więc burza mózgów z ich udziałem przy pracy nad nowym menu, czy kartą win jest jak najbardziej wskazana.

Znałam kiedyś osobę, która była doskonałym przykładem menadżera restauracji. Gdy przypadała jej zmiana, wszyscy nie tylko obsługa, ale i kucharze pytali zatrwożeni "Jest menago?". Wszyscy rozmawiali z nią tonem uniżonym i pełnym szacunku. A ona była obdarzona wspaniałym smakiem, zmysłem estetycznym i polotem. Potrafiła rozdzielać zadania i dostosowywać je do umiejętności i osobowości pracowników. Gdy wysłała mnie na Stary Kleparz w Krakowie po kwiaty wiedziała, że wrócę ze smutnym badylem, ale rzucenie mnie na pożarcie najbardziej wymagającym gościom, wśród których był znany warszawski restaurator straszący, że umrze przeze mnie, było odpowiednim zadaniem. Nie panikowała, nie złamała jej nawet śmierć gościa na sali. Doskonale wiedziała, kiedy ktoś nie mówi prawdy, kto regularnie podjada mus z białej czekolady, ale i na kogo może liczyć, gdy nikt nie może przyjść do pracy, bo wszyscy mają tego dnia ważny egzamin. Gdy ktoś próbował zyskać jej szacunek, kłamiąc, tracił go bezpowrotnie. Dobrą albo złą opinię o innych wyrabiała sobie sama. Z jednej strony była twardą babką, z drugiej miłą i koleżeńską. Właściciele długo żałowali jej odejścia.

W waszej książce pada takie stwierdzenie, że "złe duchy z kuchni bardzo szybko potrafią wyjść na salę".

Patrycja: Owszem tak się zdarza. Chodziło nam o konflikty sali z kuchnią. W prawie każdej restauracji to dwa oddzielne departamenty, które mają różne priorytety i które często toczą ze sobą regularną wojnę albo tkwią w bardzo burzliwym związku. Na tym polu jest bardzo dużo konfliktów. Wystarczy spojrzeć na taką sytuację. Kelnerka przyjmuje płatność kartą od klienta, rozmawia z gościem, a w tym samym czasie kucharz wydaje danie, dzwoni dzwonkiem i czeka aż ona je odbierze. Czyje priorytety są ważniejsze? Kucharza, któremu stygnie danie czy kelnerki, która dzierży w dłoni kartę klienta i przyjmuje płatność. Gdy pracowałam jako kelnerka i nazwałam się tak w obecności kucharzy, reagowali głośnym śmiechem. Mówili, że co najwyżej jestem podawaczem talerzy, bo prawdziwych kelnerów już nie ma. Dziś ta kultura wzajemnych relacji jest coraz lepsza, ale wciąż zdarza się, że zbyt agresywny kucharz lub kucharka doprowadzi kelnerkę do łez a ta roztrzęsiona musi obsługiwać gości. Gość będąc świadkiem takich scen może czuć się niekomfortowo.

Adam: Kucharze widzą często tylko "złych" kelnerów, nie widzą sali. Nie widzą i często nie myślą kategoriami, że to oni opowiadają o ich jedzeniu. Oczywiście zdarza się wciąż, że kelnerzy nie kwapią się do tego, aby mieć wiedzę na temat produktu. Tu znowu ważna jest rola menadżera, który potrafi dobierać zespół. Taka osoba nie zatrudni w lokalu serwującym steki wegetarianki a zespołem pokieruje tak, że każdy pracownik będzie wiedział, co oferuje gościom, jakie wino zaserwować do danego dania a przede wszystkim będzie gościnny.

To słowo "gościnność" pojawia się w tytule waszej książki. Chyba nie bez powodu…

Adam: Owszem. Tu znowu powracamy do poprzedniej epoki. W czasach PRL-u dużo się spotykaliśmy, gościliśmy, ale nie mieliśmy nawyków wychodzenia. Teraz to się zmieniło. "Gościnność" to wciąż nasza cecha narodowa, którą mamy w genach, ale mamy problemy z przeniesieniem jej na grunt gastronomiczny. Niby wynosimy ją z domu, ale wciąż w tych naszych domach pozostaje. Zwłaszcza młode pokolenie kelnerów zbytnio sobie z tym nie radzi. Muszą się tego nauczyć, jeśli rzecz jasna chcą zostać w tej branży, a nie popracować w niej dwa tygodnie żeby zarobić na nowy telefon, bo taką historię też ostatnio słyszałem.

Patrycja: Kiedy byliśmy w Stanach Zjednoczonych od wejścia do każdej z restauracji czuć było ogromny entuzjazm obsługi. Jestem przyzwyczajona do tej naszej polskiej szorstkości, więc to zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Jeszcze raz podkreślę, że restauracje to miejsca, w których mamy interakcję z człowiekiem a nie z talerzem. Bardziej zapamiętujemy to, jak się poczuliśmy, a nie to, co zjedliśmy.

Każdemu sommelierowi zdarzy się przynajmniej raz oblać kogoś winem. Ja któregoś wieczoru tak niezgrabnie złapałem za karafkę, że cała jej zawartość a było to czerwone wino, wylądowała na sukni wieczorowej pewnej pani. Oczy wszystkich gości zwróciły się w naszą stronę, ja, co chwila przepraszałem i wyrażałem głębokie ubolewanie. Na szczęście ona i jej mąż zatrzymali się w naszym hotelu, więc pani poszła się przebrać a gdy wróciła czekał już uporządkowany stolik i karafka wina na koszt restauracji. Jeszcze raz przeprosiłem i starałem się już więcej nie odwiedzać ich stolika, żeby nie przypominać o tym, co się stało. Pokryte zostały również koszty usunięcia plam z sukienki a para otrzymała rabat na kolację oraz pobyt w naszym hotelu.

Tak jak w innych branżach ważna jest zapewne rozmowa kwalifikacyjna. Ale jak wybrać i zatrudnić kogoś, kto nie przyjdzie zarobić tylko na nowy telefon?

Patrycja: To jest rzeczywiście bardzo trudna sprawa. Każdy chce wypaść jak najlepiej, więc koloryzuje rzeczywistość. Zresztą tak się dzieje pewnie nie tylko w branży gastronomicznej. Trzeba być bardzo dobrym rekruterem żeby te rzeczy wyłapać. W gastronomii często zdarza się, że na 10 umówionych spotkań przychodzą tylko trzy osoby, z których jedna jako tako nadaje się do tej pracy. Rozmowę trzeba przeprowadzić tak, aby zadawać konkretne pytania, dotyczące tej branży. Pytać kandydata, jakie jedzenie lubi, czy chodzi do restauracji a jeśli tak to jak często, czy chce związać swoją przyszłość z gastronomią, czy odpowiada mu praca w weekendy i święta. Trzeba jasno precyzować jak ta praca wygląda, jakie mamy oczekiwania. Ważny jest też dzień próbny, kiedy możemy poobserwować tę osobę, jak radzi sobie na sali, w grupie, bo przecież gastronomia to praca zespołowa, czy potrafi pomóc koledze posprzątać stolik, gdy ten robi coś innego.

Adam: Zawsze warto dać szansę, ale jeśli ktoś będzie generował więcej pracy dla innych albo przysparzał problemów, to lepiej mu podziękować, aby nie rodziło to frustracji w zespole albo zachowań podobnych do tych, które on prezentuje. Chodzi o to, aby być konsekwentnym w przestrzeganiu zasad, które się ustaliło. Jeśli je nagniemy raz, to mogą być wykorzystane kolejny albo przez innych. Jeden z kierowników sali powiedział mi kiedyś, że woli filozofię "ziemniaków i kurczaka". Jak w armii nagradza swoją drużynę tym przysłowiowym „kurczakiem”. Chodzi o to, aby żeby wprowadzać pewnego rodzaju dyscyplinę, by doceniać jeśli zespół się wykaże.

Patrycja: To nie jest częste, ale w tych najlepszych restauracjach zdarza się, że właściciele finansują albo dofinansowują kursy winiarskie, czy wysyłają pracowników na branżowe konferencje. Restauratorzy wciąż jednak niechętnie inwestują w ludzi z obawy przed odejściem pracownika boją się, że wyszkolona osoba przejdzie do konkurencji a wydane przez nich pieniądze nie wrócą do ich biznesu w postaci umiejętności.

Gastronomia słynie z nietypowych rekrutacji. Mój były szef w belgijskim kurorcie De Haan, w nieistniejącej już restauracji Old Corner, poprosił nowego kelnera, by poszedł po wodę morską do gotowania małży. Chłopak zapytał, czy ma iść po nią na plażę z wiadrem. Właściciel z pełną powagą, odpowiedział, że tak. Chłopak poszedł, a szef zadzwonił do znajomego ratownika i poprosiłby ten uniemożliwił mu czerpanie wody morskiej na pobliskiej plaży. Gdy chłopak usłyszał od niego, że może nabrać wody do wiadra, ale dopiero dwa kilometry dalej, udał się posłusznie w tamto miejsca. Gdy wrócił do restauracji spocony, zgrzany z dwudziestolitrowym wiadrem wody, właściciel i cała obsługa tarzali się po podłodze i pękali ze śmiechu. Gdy się uspokoił, uścisnął rękę chłopaka i powiedział: "Witaj w zespole".

Czy w takim razie za chwilę podobnie jak kucharzami polska gastronomia stoi, stać będzie też świetną obsługą i profesjonalnymi kelnerami?

Patrycja: Na pewno tak będzie. Wymusi to aktualna sytuacja na rynku gastronomicznym. W bardzo wielu miejscach można dobrze zjeść, więc to, czym się można wyróżnić na tle konkurencji to właśnie serwis. Zwykle jest tak, że idziemy do restauracji pierwszy raz, dla jedzenia, a wracamy dla obsługi. Rozmawiając z jedną z kelnerek, usłyszałam od niej, że rodzina wciąż ją pyta, kiedy wreszcie znajdzie normalną, poważną pracę. Napisaliśmy naszą książkę również między innymi po to, aby udowodnić, że to jest normalna, poważna praca, w której cały czas można się sprawdzać i dokształcać, a rozwój nigdy się nie kończy. Mamy nadzieję, że niebawem będziemy obserwować modę na bycie kelnerem albo szefem sali, tak jak narodziła się i wciąż trwa moda na bycie kucharzem.

*Anegdoty pochodzą z książki ""Gościnność. Sztuka dobrej obsługi w gastronomii" dostępnej na stronie www.goscinnosc.pl.

PATRYCJA SIWIEC Z wykształcenia kulturoznawczyni, z zawodu dziennikarka. Zastępczyni redaktor naczelnej magazynu Food Service, w którym redaguje dział Wino. Brała udział i relacjonowała międzynarodowe wydarzenia gastronomiczne: Madrid Fusion 2014-2017, The World’s 50 Best Restaurants, Obsession Food&Wine Festival. Przeprowadziła kilkadziesiąt wywiadów z topowymi szefami kuchni i restauratorami z całego świata. Zdobywała doświadczenie między innymi w winnicy Chateau Castigno we Francji oraz w restauracjach Northcote w Wielkiej Brytanii (1* przewodnika Michelin) i El Celler de Can Roca w Hiszpanii (3* przewodnika Michelin). Poza tym pracowała w Polsce i zagranicą jako kelnerka, sommelierka, a także specjalistka od komunikacji i marketingu.

ADAM PAWŁOWSKI MS Pierwszy Polski Master Sommelier. Mistrz Polski Sommelierów 2014, laureat nagrody Akademii Gastronomicznej w Polsce Ars Coquinaria 2017 w kategorii „Mistrz Mistrzów”. Wykładowca i egzaminator The Court of Master Sommeliers, certyfikowany wykładowca The Wine & Spirit Education Trust, szef sommelierów restauracji Ed Red, niezależny konsultant branży HoReCa, felietonista magazynu Food Service, członek Stowarzyszenia Sommelierów Polskich. Szlify w branży zdobywał między innymi w restauracji Northcote w Wielkiej Brytanii (1* przewodnika Michelin).