Do każdej z książek Mai Sobczak, a ta jest trzecią, zaglądam z ogromną ciekawością. Co prawda nigdy nie udało mi się przetestować wszystkich przepisów, ale są takie, do których wracam regularnie.

W "Qmam kasze, czyli powrót do korzeni" to kopytka dyniowo-gryczane, wegańska focaccia orkiszowo-jaglana z tymiankiem i cytryną, czy kapusta włoska faszerowana pęczakiem i wędzoną śliwką.

W "Przepisach na szczęście" moi faworyci to congee ryżowe z kiszonym pomidorem i kapustą pak choi, czyli doskonała alternatywa, dla tych, którzy tak jak ja nie przepadają za owsianką na słodko oraz pieczony seler z sosem kokosowo-limonkowym. Dzięki tej książce Mai odkryłam, że oprócz klasycznego kiszenia wszelakich warzyw, można to robić z dodatkiem miodu i sosu sojowego a zamiast ziela angielskiego i chrzanu warto dodać kardamon, czy kurkumę.

Trzecia książka, czyli "Qmam kasze. Do ostatniego okruszka" to przepisy wpisujące się w ideę #zerowaste”, czyli nie marnowania żywności, a co za tym idzie gotowania z resztek.

"Żyjemy w czasach przesytu, ogólnego nadmiaru – informacji, jedzenia czy gromadzonych rzeczy. Mimo to jesteśmy wiecznie głodni nowego, wręcz spragnieni i wciąż nienasyceni, po omacku szukając satysfakcji nie tu, gdzie trzeba. Pracujemy dużo, żeby mieć dużo i móc dużo, a tak naprawdę nie wykorzystujemy w pełni własnych możliwości czy talentów, część wyrzucając nieświadomie do śmieci. Po czasach komunistycznego wyposzczenia rzuciliśmy się na WSZYSTKO. Tego jest naprawdę dużo, gniecie się poupychane w szufladach, marnuje w lodówce i śpi zapomniane w komodzie, w dodatku jakość tego, co nas otacza, jest najczęściej wątpliwa" – pisze we wstępie Maia.

Trudno się z nią nie zgodzić. Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto robiąc porządki w lodówce nie znajdował w niej pomarszczonych marchewek, czy pietruszek, przeterminowanego serka albo jogurtu, czy też kilkunastu plasterków wędliny zakupionych na wypadek gdyby…Wszystkie te skarby zazwyczaj lądowały w koszu. Tymczasem jak pokazuje Maia z niektórych z nich, bo z racji wegańskiej filozofii w jej lodówce nie ma nabiału ani "martwych zwierząt", można wyczarować kulinarne cuda. W jej przepisach nie brakuje też pomysłów na to jak w obiadowe resztki tchnąć drugie, całkiem smaczne życie.

Czy to kulinarne odkrywanie Ameryki? Niekoniecznie. Autorka udowadnia, że moda na niemarnowanie przez lata była głęboko zakorzeniona w polskiej kuchni i rzeczywistości. Owszem wiązała się głównie z dosyć sporymi brakami w spożywczym asortymencie, ale dziś wielu z nas powraca z sentymentem i na samą myśl o kopytkach, zagniatanych przez babcię z pozostałych po niedzielnym obiedzie ziemniaków, cieknie mu ślinka. W jednym z przepisów w nowej książce Maia wykorzystuje je wraz z resztką ugotowanego kalafiora do stworzenia kremowego białego sosu idealnego do zaserwowania ze szparagami, czy innymi letnimi warzywami. Jest naprawdę dobry.

Pietruszka, czy marchewka z wegańskiego rosołu idealnie według jej koncepcji sprawdzi się jako składnik orkiszowego makaronu, liście kalafiora w kim chi, a obierki jabłek posłużą do wyprodukowania domowego octu. Podobnie jak w poprzednich książkach, tak i tu nie brakuje przepisów oryginalnych i tak podbijających kubki smakowe, że po prostu nie da się do nich nie wrócić. To z pewnością receptura budyniu z mleka ryżowego z domową granolą, który z powodzeniem można zaserwować jako ciepłe śniadanie oraz faszerowane chapati z szybką raitą z kokosowego jogurtu.

Na pierwszy rzut oka potrawy te mogą wydać się lekko wyrafinowane, czy też skomplikowane w przygotowaniu. "W kulinariach warto przestrzegać prostej zasady, mniej znaczy więcej, a jedzenie najpierw pochłania się oczami, później nosem, a dopiero na końcu trafia do ust. Często proste jedzenie, podane w niebanalny sposób, wygląda jak najwykwintniejsze danie świata, na którego widok dostaniesz natychmiastowego ślinotoku". Warto, zatem ratować okruchy i tworzyć z nich nową, prostą, ale ciekawą jakość. Pomoże w tym z całą pewnością właśnie ta książka.