Moja sąsiadka pani Halinka na przełomie lat 80. i 90. XX w. wstawała bladym świtem i ruszała na giełdę samochodową w podwarszawskim Słomczynie. Tam w jednym z lokali przez kilkanaście lat serwowała wygłodniałym sprzedawcom i klientom pyszności. – Miałam klasykę: bigos, flaki, kurczaka z rożna. Były też zagraniczne hity, które już się na naszym rynku zadomowiły, m.in. hot dogi, hamburgery, cheeseburgery i chipsy – wylicza. Pamięta, że niektórzy klienci mieli problem z wymówieniem nazw niektórych dań. – Był pan, który zawsze prosił o keczuk, nie o ketchup. Inny poczytywał sobie za punkt honoru, żeby mnie czegoś nauczyć i za każdym razem tłumaczył mi, że po polsku hot dog to „gorący pies” – opowiada. Dziś pani Halinka jest – jak mówi o sobie – szczęśliwą emerytką. Gastronomicznego bakcyla połknął jej syn Krzysztof, który prowadzi w centrum Warszawy jedną z licznych burgerowni. Jego klienci mogą uraczyć podniebienia „kaszana burgerem”, a jeśli nie jedzą mięsa, skusić się na „wegana”. Do „fryt” proszą o „keczupik”, a na ich specjalne życzenie mięso w burgerze może być „well done”, czyli po naszemu dobrze wysmażone. – Głód jest w Polakach ten sam, tylko moda na nazwy dań się zmienia – śmieje się pani Halinka.

Jej słowa potwierdzają to, co odkrył amerykański psycholog Brian Wansink, nazywany Sherlockiem Holmesem zachowań żywieniowych. W książce „Beztroskie jedzenie” stwierdza, że oprawa dania – w tym jego nazwa – ma nawet większe znaczenie niż sama potrawa. Aby to udowodnić, razem ze swoim zespołem przeprowadził badanie w jednej z restauracji. Okazało się, że dania takie jak „tradycyjna cajuńska czerwona” czy „satynowy budyń czekoladowy” sprzedawały się o 27 proc. lepiej niż te o klasycznych nazwach, czyli po prostu czerwona fasola z ryżem i budyń czekoladowy.

Polska droga do kulinarnego marketingu z prawdziwego zdarzenia była trudna i trzeba było ją pokonać dość szybko. O ile w okresie transformacji goście nie byli specjalnie wybredni, to z biegiem czasu coraz więcej podróżowali i byle czym nie dawało się ich zadowolić. Wiele osób wiedziało już, jak powinna smakować pizza z prawdziwego zdarzenia lub solidny befsztyk. Polska gastronomia w przyspieszonym tempie uczyła się, jak żyć w nowej rzeczywistości. Było to o tyle łatwe, że produkty, które dotychczas pozostawały w sferze marzeń, nagle można było tak zwyczajnie kupić.

Od PRL do pięciu smaków

Jak wyjaśnia dr Magdalena Tomaszewska-Bolałek, badaczka kultury żywieniowej, autorka książek o kuchni i kierownikczka Food Studies na Uniwersytecie SWPS, przez wiele wieków podstawowym językiem kulinariów był francuski. – Ważny był również włoski. Ale zarówno XX w., jak i XXI w. to dominacja angielskiego. To najczęściej używany język na świecie, w tym także oficjalny język hashtagów w social mediach – mówi.

Zgadza się, że w Polsce ogromny napływ zagranicznych terminów nastąpił właśnie po 1989 r. – Kiedy w sklepach i restauracjach pojawiło się wiele nieznanych produktów i dań – mówi. Jak za dotknięciem magicznej różdżki, z menu restauracji małych i dużych oraz barów takich jak ten pani Halinki znikać zaczęły kurczaki z rożna, kiełbasa z wody czy flaki po warszawsku. Ich miejsce zajęły hamburgery, cheeseburgery, pizze, zupy pho i sajgonki.

Współcześnie polskie kulinaria czerpią z wielu źródeł. Restauracje chętnie posługują się francuskimi nazwami potraw i technik ich przyrządzania. Brzmi to bardziej profesjonalnie i elegancko. Angielskie nazwy dobrze przyjmują się ze względu na to, że są zrozumiałe dla osób mówiących różnymi językami. Polskojęzyczne słownictwo wskazuje natomiast na rodzimy charakter jedzenia. Sposób komunikacji zależy w dużym stopniu od odbiorców i celu, jaki chcemy osiągnąć – wyjaśnia dr Tomaszewska-Bolałek.

Zdaniem dr Aleksandry Drzał-Sierockiej, współkierowniczki Food Studies na Uniwersytecie SWPS, która zajmuje się m.in. jedzeniowym tabu i filmom poświęconym tej tematyce, rok 1989 jako przełom w nazewnictwie i polskiej gastronomii trzeba traktować bardzo symbolicznie. – Przemiany dotyczące gastronomii, a co za tym idzie również jej języka, trwały już kilka dobrych lat. Pierwsze hot dogi czy hamburgery mieliśmy jeszcze zanim runęła żelazna kurtyna. Po 1989 r. zachłysnęliśmy się tym, co z Zachodu, a nasze swojskie dania wyrzuciliśmy do kosza. Historia lubi się powtarzać i teraz znowu są one w modzie, tak samo jak gramofony i płyty winylowe – tłumaczy. Jej zdaniem „wykwintny” i „fikuśny” język kulinariów na dobre zaczął się rozkręcać tuż przed pierwszą połową lat 90. – Polacy „przeżyli” otwarcie pierwszego McDonalda, rozsmakowali się w jedzeniu włoskim i azjatyckim. Poczciwy makaron stał się pastą i podawano go we wszelkich możliwych konfiguracjach. Czyli swojskie kluski stały się daniem światowym – wyjaśnia.