Często znajomi pytają mnie, jaka muzyka jest najlepsza dla wina. Zawsze odpowiadam, że naturalnie Beethoven – ale to dlatego, że ja sam najchętniej słucham tego wiedeńskiego klasyka. Choć prawdę mówiąc, chętniej robię to w sali koncertowej niż w winiarni. A jeśli ktoś nie lubi muzyki poważnej? – nadaj indagują. – A niech sobie pije przy czym chce – odpowiadam. Z winem jest podobnie jak z dobrym jedzeniem – najważniejsze jest to, w jakiej atmosferze je próbujesz. Gdzie siedzisz, w jakim towarzystwie, jakie jest światło, jakie odgłosy wokół, jakie dźwięki. Bo odpowiednio dobrana muzyka może pięknie udekorować każde wnętrze, w którym się znajdziemy. W wykwintnej francuskiej restauracji w dawnym stylu, aż się prosi o kwartety smyczkowe Haydna; w wiedeńskiej kawiarni – o spokojne dźwięki pianina, a w toalecie ekskluzywnego hotelu – szum morza i ćwierkanie (za przeproszeniem) ptaszków.

Gdy wybieramy wino na jakąś okazję, próbujemy zestawić je z konkretnymi potrawami. Zaczynamy szukać podobieństw, które mogłyby pomóc w stworzeniu idealnej kompozycji. Można się zabawić i spróbować znaleźć analogie między stylem wina a rodzajem muzyki. I tak – chcąc posłuchać jazzu lub bluesa – powinniśmy sięgnąć po mocne, wyraźne, przeładowane taninami wina z Nowego Świata. Słodkie likierowe tokaje, czy sauternes’y – zachwycające złocistą suknią i pełnymi przepychu aromatycznymi dekoracjami, od razu nasuwają się nam barokowe ozdobniki z utworów Vivaldiego czy Haendla. Pijąc zaś prawdziwego szampana, myśl od razu ucieka do paryskich kabaretów. Mając w kieliszku bikavéra, od razu rozglądamy się za skrzypkiem, który zaintonowałby rzewnego czardasza. Tylko czy to wszystko jest potrzebne, by w pełni cieszyć się dobrodziejstwami wina?

Kiedyś w Alzacji byłem goszczony w restauracji szczycącej się michelinowską gwiazdką. Kolacja w takim miejscu to zazwyczaj wielki spektakl. Na jedną osobę przypada jeden kelner. Maître d’hôtel anonsuje każde danie z taką powagą, jakby obwieszczał przybycie koronowanej głowy na bal. Czyni to oczywiście po francusku, nie zważając na to, że niemal nikt z zaproszonych nie rozumie ani słowa. Na stole pojawiają się kolejne dania. Wszystkie są wyśmienite, a idealnie dobrane wina tworzą doskonałą całość. Do tego wysmakowany wystrój sali, a muzyka… No właśnie – dlaczego nie ma muzyki? Ktoś grający gdzieś z boku na fortepianie lub chociaż delikatna melodia sącząca się z głośników pięknie dopełniłaby całości. Otóż nie – nasz gospodarz tłumaczył – w tej restauracji najważniejsze jest jedzenie. Muzyka mogłaby rozproszyć nasze zmysły. Wystraszeni popatrzyliśmy na sobie, a kolację skończyliśmy w zupełnym milczeniu, bojąc się, aby przypadkiem nie zdekoncentrować innych gości. Cisza jest zawsze dostojna, a hałas zwykle pospolity – jak uczyła mnie moja polonistka. To prawda. Zatem gdy chcemy w skupieniu zdegustować i opisać wino, powinniśmy to robić w ciszy i spokoju. Jednak zwykle sięgamy po kieliszek nie po to, by przeprowadzać wnikliwą analizę organoleptyczną – ale po to, by wina po prostu się napić i czerpać z tego powodu przyjemność. Muzyka, którą lubimy – jakakolwiek by była – na pewno nam w tym pomoże. A dla mnie przy winie najlepszą muzyką jest gwar rozmów przyjaciół, z którymi dzielę swoją enologiczną pasję.

 

Wojciech Giebuta

Redaktor magazynu "Czas Wina"