Prowadząca programu „Kuchenne rewolucje” Magda Gessler to kobieta o wielu twarzach i pasjach. Potrafi wzruszyć się drobiazgami, ale i tupnąć nogą, gdy coś nie idzie po jej myśli. W rozmowie z Faktem Gessler zdradza szczegóły swojego dzieciństwa, miłosnych związków i wyjawia, dla kogo ma serce do gotowania…


Można panią jeszcze zaskoczyć czymś w kuchni?

– Zawsze. Najcudowniejsze na świecie jest to, że ja cały czas się uczę i poznaję kuchnię. W najprostszych wsiach, domach, rodzinach, gdzie jest naprawdę bardzo biednie i człowiek nie spodziewałby się czegoś nauczyć, można odkryć drobiazgi, które sprawią, że inaczej spojrzymy na smak, potrawę, region czy nawet na ludzi.


Miewa pani chwile, kiedy nie może pani patrzeć na kuchnię?

– Nie, nigdy. Wydaje mi się, że to zawsze jest dla mnie odkryciem tak jak dla zagadka kryminalna dla Sherlocka Holmesa. Gotowanie było i jest moją pasją, która wciąż się rozwija. Prawdą jest, że im więcej wiesz, tym wiesz mniej. Coraz więcej rzeczy można próbować, odkrywać i smakować.


Jest pani ostrym krytykiem. Bliscy nie boją się dla pani gotować?

– Absolutnie nie. Nie miałabym nawet podstaw do tego, by ich krytykować, bo tak naprawdę to oni gotują już lepiej ode mnie! I mój syn, i córka są bardzo zaangażowani emocjonalnie w sztukę kulinarną i są świetnie do tego przygotowani teoretycznie i praktycznie.


„Kuchenne rewolucje” cieszą się ogromną popularnością. Czuje pani, że osiągnęła sukces?
– Nie. Czuję jedynie, że muszę bardzo dużo pracować. Jest mi oczywiście bardzo miło, że program oceniany jest tak wysoko e . Teraz kręcimy kolejne odcinki do następnej edycji i proszę mi wierzyć, to jest ciężka praca. Ale i dająca niebywałą satysfakcję. Jednak to ciągle jest przede wszystkim walka o to, by ludzie zrozumieli, na czym ta robota polega. Tym bardziej, że w ciągu zaledwie kilku dni trzeba naprawdę zrewolucjonizować nie tylko restaurację, ale i ludzi i ich podejście.


A jaka jest reakcja restauratorów, gdy wchodzi pani do ich lokalu jako osoba prywatna?

– Jest strach, a czasem nawet przerażenie. I zawsze ogromna ulga po pierwszych trzech zdaniach, o ile jest dobrze. Jeśli sytuacja jest kiepska, cóż... ja też nie czuję się wtedy komfortowo. Ale jeśli jest dobra wola, chęć, przyjemność tych, co podają danie, kiedy widać, że szczerze się starają, to zawsze jest miło.


Jak to się stało, że malarka została restauratorką?

– Można powiedzieć, że w moim domu zawsze malowano jedzeniem. Kuchnia była wspaniała. Zarówno moja mama, jak i obydwie babcie były cudownymi kucharkami, a ich kuchnie wyjątkowym miejscem. To były dwa światy, włoski i rosyjski na ziemi polskiej, co sprawiało, że było jeszcze ciekawiej. Szalenie ważne było też to, że ich gotowanie było doceniane, co sprawiało im mnóstwo radości. Tak jak mnie teraz. Wiadomo, że trzeba mieć dla kogo gotować, by czerpać z tego prawdziwą radość.W momencie kiedy kobieta pyta męża, jak smakował mu obiad, a on odpowiada „może być”, to wszystko traci smak. W takiej chwili trzeba się zastanowić, czy gotujemy dla właściwej osoby. Ja zawsze wybierałam mężczyzn według tego, jak jedli moje danie.


Zdarza się Pani jeszcze malować?

– Codziennie maluję, dlatego sypiam tylko po trzy godziny. Obecnie pracuję nad kolejną swoją wystawą.


Co panią bardziej relaksuje – malowanie czy gotowanie?

– Spinam się w obydwu przypadkach. Jestem perfekcjonistką i swoim własnym największym krytykiem. Takie samo spinam się i mobilizuje przy nakręcaniu programu. Praktycznie podczas każdych „Kuchennych rewolucji” wymyślam danie, które gdzieś pojawia się w mojej wyobraźni, gdy zmieniamy daną restaurację. To jest dla mnie forma sprawdzianu, przypomnienia sobie różnych rzeczy od podstaw. To wyzwanie, ale i wielka przyjemność.


Kiedyś chciała pani zostać baletnicą...
– Tak, miałam wtedy 10 lat i zafascynowana oglądałam „Jezioro łabędzie”. Moje emocje sięgały wtedy zenitu. To samo czułam, gdy w wieku 5 lat byłam w Budapeszcie i oglądałam wystawę Picassa. Tak już mam. Te same emocje w momencie, gdy wchodzę do sklepu z farbami czy kredkami, te same, gdy wchodzę na dobry targ, i te same, gdy widzę piękny taniec. Zresztą tańczyłam na Kubie od 14 do 16 roku życia. I wspominam to fantastycznie.

Czytaj dalej...

>>> Czytaj także: Jacyków: Moje wielkie greckie wakacje


Lubi pani show-biznes?
– Czuję się w nim dość naturalnie. Ale z drugiej strony ja nie żyję z show-biznesu, w związku z czym nie czuję żadnej presji. Na salonach z kolei nie bywam, bo dużo pracuję, a gdy tylko mam wolne, lecę do ukochanego do Kanady.


No właśnie. Jaki jest pani sposób na związek na odległość?

– Można utrzymać związek na odległość, jak widać po nas – jesteśmy razem już 8 lat. A mój sposób? Ja po prostu w domu jestem kobietą domową: sprzątam, prasuję, gotuję...

>>> Czytaj także: Jacyków: Moje wielkie greckie wakacje